Lubię się wiercić - rozmowa z Katarzyną Pakosińską

Katarzyna Pakosińska sama siebie nazywa Kasią Pakosią - artystką kabaretową z przypadku. Chciała być aktorką, graficzką w końcu poważną panią z telewizji. Ostatecznie stała się najbardziej rozpoznawalną kobietą naszej sceny kabaretowej. Uwielbia pończochy, dobre jedzenie, ale nade wszystko Gruzję. Live motivem każdego wywiadu z panią Kasią jest jej śmiech, nie inaczej było i tym razem.

Michał Adaszewski rozmawia z Katarzyną Pakosińską


Katarzyna Pakosińska sama siebie nazywa Kasią Pakosią - artystką kabaretową z przypadku. Chciała być aktorką, graficzką w końcu poważną panią z telewizji. Ostatecznie stała się najbardziej rozpoznawalną kobietą naszej sceny kabaretowej. W zależności od nastroju czasem jest z tego dumna, innym razem ma dość etykiety kabareciarza. Uwielbia pończochy, dobre jedzenie, ale nade wszystko Gruzję. Live motivem każdego wywiadu z panią Kasią jest jej śmiech, nie inaczej było i tym razem.


Spotkaliśmy się w winiarni „Tbilisi”, rozumiem, że to miejsce nieprzypadkowe. Dużo mówi się o pani miłości do Gruzji...


(śmiech) Faktycznie, kiedy zapytał pan gdzie możemy się spotkać od razu pomyślałam o tej winiarni. Cóż, Gruzja to jedna z moich największych miłości. Pierwszy raz byłam tam, z zespołem folklorystycznym. Pojechaliśmy na tak zwaną wymianę. My uczyliśmy się tańców gruzińskich a Gruzini łowickich. Miałam piętnaście lat i od razu zakochałam się w tym kraju.


W Gruzji zostawiła pani mnóstwo energii – nauczanie w polskiej szkole, taniec w zespole folklorystycznym, produkcje dla tamtejszej telewizji, wreszcie realizacja dokumentu o tym kraju – szaleństwo.


(śmiech) Dobre określenie - szaleństwo. Młodzieńcza wyprawa do Gruzji zostawiła trwały ślad na mojej duszy. Postanowiłam odnaleźć przyjaciół z tamtego czasu. Z powodzeniem. Spotkałam ludzi już dojrzałych, wyedukowanych. Zderzenie naszych pasji dało wyraz w postaci filmu dokumentalnego - „Tańcząca z Gruzją”.


Jak narodził się pomysł na realizację tego filmu?


W trakcie jednej z biesiad w Tbilisi moi gruzińscy przyjaciele stwierdzili, że wspaniale byłoby zrobić film o Polce, która wie o Gruzji więcej niż sami Gruzini. Namówiłam ich jednak, żeby to był film dla Polaków o Polce, która odkrywa Gruzję. I tak się zaczęło. Zaczęły się również przygody.


Czyżby nie do końca realizowała się pani w kabarecie?


Na scenie kabaretowej znalazłam się zupełnie przypadkiem. Po polonistyce skończyłam dwuletnie dziennikarstwo i chciałam iść raczej w tym kierunku. Kabaret natomiast ze studenckiego wygłupu nagle się zrobił czymś bardzo konkretnym i wyprzedził mnie tak samo jak śmiech, który nieoczekiwanie stał się moją wizytówką. Nie byłam typem chichoty.


Spotkanie z „Kabaretem Moralnego Niepokoju” to również był przypadek?


Pokierowała mnie intuicja. Kiedy była pierwsza próba kabaretu miałam jakiś bardzo ważny casting do filmu. Zamiast iść na casting wybrałam się na tę próbę. Chciałam poznać facetów, o których mówiło się na wydziale, że są pozytywnie nakręceni.


Planuje pani kolejne filmy?


W planach mamy film o Indiach, Turcji i Azerbejdżanie. Jesteśmy już po dokumentacjach. Tylko jechać i kręcić.


Dlaczego akurat te kraje?


Mam „ciągoty” do wschodu. Czuje się tam jak w domu. Może to ta moja szczera dusza (śmiech). „Tańcząca z Gruzją” pokazywana była na wielu festiwalach, dzięki czemu nawiązaliśmy mnóstwo kontaktów. Pierwsi odezwali się Hindusi z propozycją realizacji takiego filmu o ich kraju. Tak samo Azerbejdżan. Byliśmy na spotkaniu z ministrem kultury, który dał nam zielone światło.


Praca w kabarecie, a już tym bardziej realizacja filmów podróżniczych to w olbrzymim stopniu życie na walizkach. Nie każdy to kocha.


Chyba jest mi to pisane. Lubię się wiercić. Choć z drugiej strony jestem domatorką. Wiem, to paradoks. Kocham jednak dom. W związku z tym, że większość czasu spędzam poza nim, potrafię go docenić. Kiedy już z tych wszystkich podróży wracam do mojego ukochanego Milanówka, to bardzo ciężko mnie z niego wyciągnąć. Zresztą moim marzeniem na przyszłość jest zamknąć się w domu i zająć pisaniem.


Rozumiem, że to kolejna pasja.


Najbardziej jednak zaniedbywana. Myślę, że to kwestia lenistwa, bo przecież nie mogę tłumaczyć się brakiem czasu – te godzinę dziennie udałoby się wygospodarować. Trzeba się zaprząc żeby nie wypaść z pisarskiego rytmu. Pewną dyscypliną były cykliczne felietony do tygodnika „Na żywo”. Od roku nie piszę nic regularnie i pojawiła się pewna tęsknota za słowem...


Wróćmy na chwilę do tych podróży, jak spędza pani czas po powrocie do domu?


Staram się nakręcać rodzinę:) Nawet rodziców, którzy są typowymi osadnikami. Usiłuję ich wyciągnąć z domu. Na przykład kupując im wycieczki. Wśród moich przyjaciół z kabaretu krąży anegdota o wigilii w moim domu. Wszyscy już rozpakowali swoje prezenty, pod choinką została jeszcze tylko biała koperta przeznaczona właśnie dla rodziców. Tata w nerwach zaczyna się licytować z mamą kto ma ją wyciągnąć. W końcu mama przerażona wychodzi do kuchni, z której dobiega jej rozpaczliwe pytanie - „Czy to chociaż Europa?” Bardzo się boją tego wychodzenia z domu (śmiech), ale powoli nauczyłam ich, że warto podróżować.


Podróże, to również odkrywanie smaków, a słyszałem że jedzenie nie jest pani rzeczą obojętną.


Uwielbiam jeść. Na szczęście mam dosyć dobrą przemianę materii. Pierwszą rzeczą jaką planuję po przebudzeniu jest posiłek. Jeśli jestem w domu, sama coś wymyślam, jeżeli w trasie to wsiadając do busa od razu pytam gdzie będziemy jedli. Koledzy z kabaretu, a właściwie koleżkowie, bo tak ich nazywam, są prawdziwymi dżentelmenami, więc zawsze pozwalają mi decydować o miejscu i rodzaju posiłku.


Sama pani także gotuje?


Oczywiście, w końcu jestem mamą. Jedyne czego musiałam się nauczyć, to przyrządzanie zup, ponieważ nigdy ich nie jadałam. To taka nowość w mojej kuchni. A wiadomo dziecko musi mieć posiłek składający się z dwóch dań.


Kuchnia gruzińska jest inspirację?


Naturalnie, że tak. Wbrew pozorom wcale nie jest kuchnią pikantną. Pachnie orzechami, winogronami i kolendrą. Odpowiada mi w niej wszystko z wyjątkiem surowych ryb. Do tej pory pamiętam pierwszą gruzińską biesiadę, w trakcie której zapowiedziano największy rarytas, po czym wniesiono właśnie surowe ryby – omal nie zemdlałam.


Dobra przemiana materii, o której pani wspomniała w dużym stopniu zależy od tego czy się ruszamy, uprawia pani jakiś sport?


Mój sport to przede wszystkim bieganie, najczęściej z wywieszonym językiem i dwoma torbami w roli obciążników (śmiech). Ostatnio pływam. Nauczyłam się tej trudnej sztuki dopiero jako trzydziestolatka. Zawsze panicznie bałam się wody. Kiedy zaszłam w ciążę musiałam w pewnym momencie zrezygnować z jazdy konnej – jedynego sportu, który uprawiałam w miarę regularnie. Musiałam znaleźć coś w zamian i padło na pływanie. Uwielbiam również tańczyć.


Czy córkę zachęca pani do sportu?


Maja jest nakręcona przez mamę. Ponieważ tak jak ja uwielbia taniec, zapisałam ją do „Mazowsza”. Dwa razy w tygodniu ma zajęcia z elementami baletu. Sylwetka, sposób poruszania, myślę, że dla każdej dziewczynki jest to bardzo ważne. Również pływa, jeździ konno, a także na nartach. To inicjatywa taty ponieważ dla mnie narty są czarną magią. Moje dziecko zaczęło w wieku czterech lat i są tego efekty. Śmiga tak, że mam gęsią skórkę.


Czego poza snem brakuje pani w tym zabieganym życiu?


Świętego spokoju (śmiech). Żeby w ciągu dnia mieć chociaż taką godzinę dla siebie. Móc się wylegiwać w ogródku zimowym, który specjalnie do tego celu zbudowałam. Mam tam ukochany kącik do spędzania czasu z książką. Taka godzina pozwala bardzo naładować akumulatory, zregenerować się.


Czy udaje się pani wygospodarować czas na wakacje?


Tak, to rzecz obligatoryjna. Chociaż, kiedy byłam dzieckiem nie lubiłam wakacji. Należałam do tej grupy dzieci, która czeka na szkołę. Wakacje uważałam za czas stracony. Teraz to się zmieniło. W ogóle moje życie układa się trochę na odwrót. Jako nastolatką zachowywałam się jak swoja starsza ciocia. To wszystko, co powinnam zrobić wtedy, robię teraz. Z wiekiem staję się coraz bardziej zakręcona (śmiech). Spełniam swoje marzenia.


Ponoć cecha, której pani brakuje to asertywność?


Nawet zapisałam się na kurs asertywności. Rok temu lekarz stwierdził u mnie nowotwór. Przepłakałam cały wieczór, ale rano wstałam otrzepałam się i spróbowałam zaplanować najbliższy czas. Na każdym kroku towarzyszył mi ogromny stres. Kiedy jednak wychodziłam na scenę, uznałam, że nie mam prawa okazać negatywnych emocji. Widownia liczy, że nasz występ pozwoli na chwilę zapomnieć o kłopotach. Schodziłam ze sceny ocierałam łzy i znowu grałam. Nawet koledzy z kabaretu przyznali później, że niczego nie zauważyli , może tylko barwa mojego śmiechu była inna, nie jestem wykształconą aktorką, wszystko co robię na scenie wynika ze mnie. Później okazało się że…. lekarz się pomylił.


Ważną cechą kabareciarza jest tak zwany luz wynikający z dystansu do siebie. Można się tego nauczyć?


Tak. Sama jestem tego przykładem. Każda kobieta ma kompleksy. Mnie udało się ich pozbyć. Zaakceptowałam na przykład swój śmiech piętnowany na egzaminach do szkoły aktorskiej, gdzie usłyszałam, że mam „gotyckie podniebienie”. Zaczęłam zakrywać usta. Koledzy pomogli mi, to przezwyciężyć. Na pewno łatwiej żyje się ludziom, którzy mają dystans do siebie dlatego warto się tego uczyć.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze