Lubię budzić sprzeczne emocje

"Mogę budzić sprzeczne emocje. Szczerze mówiąc, tak wolę. Ponieważ występuję w mediach, każdy ma prawo mnie oceniać." Rozmowa z Dorotą Wellman.

- Jak postrzegają cię ludzie?


Myślę, że dla niektórych jestem kauczukową piłeczką, która jak upadnie na podłogę, to odbijając się, skacze w różne strony i trudno ją zatrzymać. Sądzę, że jestem postrzegana jako osoba pogodna, sympatyczna, nieokazująca trosk i smutku, ale starająca się przekazywać dobrą energię innym. Zapewne są też i tacy, którzy mnie nie lubią i zarzucą mi to, że jestem uśmiechnięta, otwarta i spontaniczna. Mogę budzić sprzeczne emocje. Szczerze mówiąc, tak wolę. Ponieważ występuję w mediach, każdy ma prawo mnie oceniać.

Jestem ze sobą pogodzona. Lubię siebie i innych ludzi. A to przekłada się na sposób, w jaki z nimi rozmawiam, jak ich traktuję, z wyniesioną z domu tolerancją. Nie jestem piękna i wcale mnie to nie martwi. Bardziej zależy mi na tym, co mam w głowie niż, co mam na sobie.


- Naprawdę?


Kiedyś, przez krótki czas, chciałam przypodobać się innym. Być szczuplejsza, bardziej elegancka, a mniej spontaniczna ... Jednak ten etap mam już za sobą, bo najważniejsze to być sobą. Każde udawanie jest natychmiast przez widzów i czytelników wykrywane jako fałsz.


- Przejmujesz się plotkami, które pojawiają się w kolorowej prasie, internecie, telewizji?


Coś napisane, czy powiedziane często nie umiera śmiercią naturalną, ale żyje swoim życiem przez wiele miesięcy. Nie walczę z plotkami, które mnie dotyczą. Mogą napisać np. Że jestem narzeczoną Jarosława Kaczyńskiego, że mam kochanka, jestem w ciąży i dlatego utyłam. Nic mnie to nie obchodzi. Natomiast dotyka mnie do żywego, gdy ktoś pisze o mnie, że jestem leniwa. Nie mogę udowodnić, że codziennie bardzo ciężko pracuję. Internet np. jest jednym wielkim ściekiem, do którego można wszystko wrzucić. Gdybym przejmowała się tymi pomyjami, to nigdy bym z niego nie skorzystała, a jest to przecież dla mnie okno na świat.

Za to bardzo dokładnie czytam wszystkie uwagi widzów. Jeżeli opinia nie jest typu: "Ty gruba świnio, nie powinnaś występować w telewizji': a jest to uwaga merytoryczna, dotycząca sposobu zadawania pytań, zachowania, czy czasem zbyt dużej wzajemnej z Marcinem adoracji (a naprawdę bardzo się lubimy), to oczywiście zastanawiam się nad swoim zachowaniem i analizuję je.

W takich cennych sugestiach jest zawsze ziarno prawdy. Jeżeli ktoś zwraca mi uwagę, że popełniłam błąd, od razu to sprawdzam. Następnego dnia na antenie jestem w stanie się do tego przyznać. Z opiniami widzów zawsze się liczę, bo są twórcze i pomagają w pracy.


- Sprawiasz wrażenie osoby znającej własną wartość.


Moja pewność siebie wynika z tego, że do każdego programu jestem bardzo dobrze przygotowana. Występując publicznie, trzeba mieć doskonale opanowaną całą dokumentację, sprawdzoną i zweryfikowaną. Przeczytane wszystkie gazety i te durne, i te poważne. Wtedy czuję się dobrze i pewnie. Nawet, jeśli jestem zaskoczona jakąś sytuacją, to zawsze mogę powiedzieć: "Bardzo przepraszam, ale nie wiem, nie znam tego”. W publicznym przyznaniu się do niewiedzy na jakiś temat nie ma nic złego, ani wstydliwego. Lepiej się dowiedzieć razem z innymi niż udawać, że się coś wie.

Praca nad sobą w tym zawodzie jest niezbędna. Jeżeli ktoś osiada na laurach i uznaje, że już wszystko wie i umie, to daleko nie zajdzie. W zawodzie dziennikarza trzeba być na bieżąco z informacjami z Polski i ze świata - także z plotkami. Żeby nie zadać komuś niedyskretnego pytania, trzeba wiedzieć, co się o tej osobie mówi i pisze. To zawód wymagający znajomości różnych dziedzin. Jest to zawód nieustającej pracy i samodoskonalenia. Wcale nie jest tak łatwo, wbrew panującej opinii, poprowadzić poranny program na żywo.


- Czego najbardziej obawiasz się w pracy?


Na pewno nie boję się młodości i konkurencji. Uwielbiam pracować z młodymi ludźmi i myślę, że przyjdzie taki czas, gdy po mnie będą młodsi. To jest naturalna kolej rzeczy. Bardzo lubię konkurencję, bo ona mnie stymuluje. Często zdarza mi się gratulować kolegom udanego programu. Piszę nawet takie liściki: "Gratuluję udanego wywiadu. Wspaniale to zrobiłeś!" itd. Niestety, nie wszyscy to robią, a szkoda. Ja bardzo lubię, jak się komuś udaje. Obawiam się momentu, w którym uznam, że moja praca przestała mnie interesować. Teraz mam pracę, którą uwielbiam, i jeszcze mi za nią płacą. Nie może być nic wspanialszego.


- A w życiu?


Boję się cierpienia i choroby moich bliskich. Z tym nie zawsze umiem sobie radzić. Z resztą spraw na pewno dam sobie radę.


- Jaki masz sposób na gorszy humor?


Po prostu wściekam się. Kopię, krzyczę, tupię, biegam, idę z psem na dwudziestokilometrowy spacer, ćwiczę na siłowni, i tam wyżywam się na urządzeniach. Staram się nie popadać w przygnębienie. Rzadko zdarza mi się zamykać w pokoju i być sama ze sobą. Ostatnio zrobiłam tak, gdy dowiedziałam się, że moja mama ma nowotwór. To jest sytuacja, w której bezradny jest każdy człowiek. Potrafię słuchać innych, co widać w moich programach, ale mam tylko jedną osobę, przed którą mogłabym się naprawdę otworzyć. To jest moja mama. Już nigdy i nigdzie na świecie nie znajdę takiej drugiej osoby jak ona. Tylko jej mogę szczerze powiedzieć wszystko, co mi leży na sercu. Powierzyć każdą sprawę, choćby najbardziej bolesną i być przekonaną w 100 proc., że mnie wysłucha, zrozumie i pocieszy.

Właśnie z nią łączyła mnie wyjątkowa więź. Nie ma takiego tematu, o którym nie mogłabym z nią porozmawiać. Począwszy od najważniejszych wydarzeniach politycznych, poprzez sytuację na giełdzie, o tym, że mój syn lubi ryby oraz, co dodać do mięsa, żeby kotlety nie były twarde. To nie jest tylko taka więź pępowinowa, która łączy matkę z dzieckiem, ale więź intelektualna. Jeżeli do tego dodamy przyjaźń i zaufanie, to taka relacja jest niepowtarzalna.


- A nie uważasz, że twoje kłopoty zdrowotne są sygnałem, żeby trochę przystopować?


Moje kłopoty zdrowotne, to typowa migrena. Najgorszemu wrogowi nie życzę takiego samopoczucia, jakie mam, gdy mnie dopada. Odziedziczyłam tę przypadłość po moim ojcu. Niestety, miewam najgorsze objawy tego stanu, z utratą wzroku, wszelkimi perturbacjami żołądkowymi, szczękościskiem, zawrotami głowy i utratą świadomości.

Tego właśnie dnia, gdy przydarzył mi się wypadek, o którym wspominasz, dowiedziałam się, że moja mama jest chora, a na dodatek nasza służba zdrowia (którą serdecznie pozdrawiam!) nie chce jej leczyć, bo ma 75 lat. Poczucie bezradności i stres skumulowały się w potwornym bólu głowy. Migrena spowodowała ogromny wzrost ciśnienia. Przyszłam jednak do pracy, bo gdy pracuje się w duecie, to nigdy nie zostawia się partnera, kiedy trzeba poprowadzić trzygodzinny program na żywo. Nie straciłam przytomności, tak jak pisały media. Zabrało mnie pogotowie, gdyż podejrzewano najgorsze: guza mózgu, krwiaka, tętniaka. Tomografia wykazała, że wszystko jest w porządku, muszę po prostu brać silniejsze leki na migrenę.


- Masz plan alternatywny, gdybyś z powodów zdrowotnych musiała zmienić zawód?


Oczywiście, to nie jest żaden problem. Mogę sprzątać, w polerowaniu naczyń jestem też znakomita, stanąć z drugiej strony kamery, uczyć młodszych. Poza tym mam taki niecny plan. Za jakiś czas zostanę pierwszym prezydentem kobietą. Barack Obama mógł wygrać w Stanach, to ja mogę wygrać w Polsce.


- Czym jest dla ciebie starość?


Nie boję się starości. To naturalny proces i trzeba się z nim pogodzić. Oprócz tego, że zmienia się nam twarz, to zapominamy, że w naszym mózgu dochodzi do wielu pozytywnych przemian. Tylko trzeba jeszcze dążyć do tego, aby osoby starsze były cenione za swoją mądrość, szanowane i kochane. Niestety, w naszym kraju mają emeryturę w wysokości 900 zł, a po zapłaceniu świadczeń, niewiele zostaje im na godne życie. Tacy ludzie nigdy nie pojadą nad ciepłe morze, nie podzielą się swoim doświadczeniem, bo są codziennie upokarzane za to, że całe życie ciężko pracowały. W takim kraju nie chce mi się żyć. Dlatego zostanę prezydentem, żeby to zmienić.

Autor: Małgorzata Jaworska

Komentarze