Litwa na dzień dobry

Spróbuj smażonych świńskich uszu. Wyznaj miłość na wileńskim moście. Zostań obywatelem niezależnej republiki Użupis. A przede wszystkim baw się dobrze. W końcu jesteś na Litwie.

Most nad Wilenką aż ugina się od miłosnych wyznań. Dosłownie. Do jego żelaznych prętów przypięte są jedna przy drugiej kłódki z wygrawerowanymi sercami i inicjałami zakochanych. - Taka kłódka to znak, że para chce być ze sobą na wieki wieków. Kluczyk, na wszelki wypadek, wyrzucają do wody - tłumaczy Nikodem, dwudziestokilkuletni wilnianin, mój przewodnik po mieście. - Litewski zwyczaj nakazuje przenieść panu młodemu swoją żonę przez most. A że ten akurat jest najkrótszy w Wilnie, więc najchętniej jest wybierany - śmieje się. Romantyzm w połączeniu z humorem to jest to, co mi się na Litwie najbardziej podoba.


Mickiewicz kontra cepeliny

W tym roku Wilno jest, obok austriackiego Linzu, Europejską Stolicą Kultury. Wiele tu się dzieje, zwłaszcza latem. Festiwale filmowe pod gołym niebem, koncerty uliczne od rana do wieczora, najlepsze przedstawienia teatralne z całego kontynentu.

Dla Polaków wizyta w Wilnie to oczywiście podróż sentymentalna. Ale ja nie podążać wyłącznie polskimi śladami. Na początek próbuję wsłuchać się w litewski, ponoć najbardziej archaiczny z żywych języków praindoeuropejskich. „Labas” to cześć, „aciu” to dziękuję. Dobre na początek. Cóż, przez pierwsze dwa dni w Wilnie towarzyszy mi jednak głównie język polski. W Wilnie naprawdę łatwiej porozumiewać się w naszym języku, także z Litwinami, niż po angielsku czy rosyjsku.

Niedaleko „mostu zakochanych” gdzie stoi słynny kościół Świętej Anny, najbardziej wysunięta na wschód gotycka świątynia Europy. To symbol przynależności Litwy do świata Zachodu. Zachwycony kościołem Napoleon stwierdził, że chętnie przeniósł by go do Paryża. Tuż obok kościoła stoi pomnik Adama Mickiewicza. Nikodem pyta czy chcę odwiedzić miejsca związane z wieszczem, choćby jego mieszkanie czy celę Konrada w klasztorze Bazylianów. Chyba, że wolę Juliusza Słowackiego. Wtedy zaprowadzi mnie pod jego dom i wskaże okno, przez które piorun zabił ojczyma poety. Można połączyć ich obu, choćby przez odwiedziny Uniwersytetu Wileńskiego. Studiowali tu także Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz, Paweł Jasienica. Powinnam też podejść pod Ostrą Bramę, obleganą przez tłumy pielgrzymów, głównie z Polski.

Punktów na liście „warto zobaczyć” jest mnóstwo. Katedra, śnieżnobiały kościół Świętego Piotra i Pawła, kościół Świętej Trójcy, cerkiew Świętego Mikołaja. Wzgórze Giedymina, skąd rozciąga się widok na całe miasto lub konkurująca z nim wieża telewizyjna, o którą toczyły się walki w 1991 roku. Nie mówiąc o cmentarzu na Rossie. Po takiej wycieczce jestem wykończona i wchodzę do ukrytej w jednej z uliczek Starego Miasta knajpki. Po zdjęciach przy wejściu wisi informacja, że to tu właśnie Robert Makłowicz kręcił odcinek o cepelinach, chłodnikach i kołdunach. Niby cepeliny to po prostu wielkie pyzy, ale te z twarogowym nadzieniem (coś dla wegetarian!) i podane z kwaśną śmietaną smakują niesamowicie.


Uśmiechnij się, jesteś w Użupis

Mój znajomy Nikodem mówi piękną kresową polszczyzną, zaciągając niemal jak marszałek Piłsudski. Aż miło posłuchać! - No dobra, a teraz pokażę ci prawdziwe, żywe Wilno, czyli miasto artystów - mówi z uśmiechem. Wracamy pod kościół Świętej Anny i idziemy w stronę Zarzecza, czyli Użupis, zwanym wileńskim Montmartre’m. Ja od razu odnajduję klimat krakowskiego Kazimierza, tylko dużo więcej tu humoru.

Przy wjeździe do tej przez lata zapomnianej i zapuszczonej dzielnicy Wilna stoi dziś szyld „Użupio Res Publika”. A pod nim cztery niby znaki drogowe, po których każdy szybko zorientuje się w regułach, jakie tu panują. Po pierwsze uśmiech (choć bez przymusu). Po drugie jazda do 40 km na godzinę (po co się spieszyć!). Po trzecie portret Mony Lisy (czyli wszelkim artystom wstęp wskazany). Po czwarte „Uwaga, łatwo wpaść do wody!”. Zwłaszcza po wizycie w jednej z licznych tutaj knajpek i próbowaniu tradycyjnych litewskich likierów.

Republika Użupis ma również swoją konstytucję, która w trzech językach wywieszona jest przy głównej ulicy miasta. Artykuł 1 brzmi „Człowiek ma prawo mieszkać nad Wilenką, zaś Wilenka ma prawo koło człowieka przepływać”. Nad Zarzeczem góruje pomnik anioła z fanfarą, który ponoć pomaga każdemu artyście, nawet temu ze spalonego teatru.
Kilka godzin spędzonych w tej dzielnicy i rozumiem doskonale, dlaczego to właśnie Wilno dostało w tym roku miano Europejskiej Stolicy Kultury. Sztuka jest tu na wyciągnięcie ręki. Na ulotkach rozdawanych na ulicach zamiast reklam można znaleźć wiersze, a wracając do domu natknąć się na lekcję tańca pod gołym niebem.


Trzy okna Karaimów

Jadę do Trok, jednej z największych atrakcji turystycznych Litwy. Kierowcy powinni pamiętać, że istnieją Stare Troki, czyli Senieji Trakai i Nowe Troki, czyli Trakai. Wbrew pozorom to te drugie są magnesem przyciągającym turystów. Choć Troki znajdują się tylko 23 kilometry od stolicy, klimat jest tu zupełnie inny. Zarówno pod względem bujnej przyrody i otaczających jezior, jak i klimatu samego miasteczka. Wzdłuż głównej ustawione są drewniane, kolorowe domy Karaimów, z charakterystycznymi trzema oknami od frontu. Karaimowie to jeden z najmniejszych narodów świata, z własnym językiem, religią i kulturą wywodzącą się z VIII wieku z Mezopotamii. Pochodzenia tureckiego, wyznają zreformowaną wersję judaizmu. Przyjmują Torę, ale odrzucając Talmud. W tej chwili na całym świecie żyje ich nie więcej niż pięć tysięcy osób, głównie na Litwie, Ukrainie, a także w Polsce. Zanim pogubię się w zawiłościach ich historii i religii, trafiam na wystawę etnograficzną przy Karaimu 22. Tradycyjne sprzęty (na mnie największe wrażenie robi kołyska od razu z nocnikiem), nakrycia głowy i ubrania, te kobiece wyszywane są złotą nitką. Zdjęcia z wizyty w Trokach prezydenta Ignacego Mościckiego, a także dokumenty i czasopisma karaimskie, często po polsku.

Przy ulicy Karaimu 28 mieści się dawna szkoła karaimska, pod 29 wciąż pełna gości restauracja serwująca m.in. tradycyjne pierogi z siekanym mięsem. Pod 30-tką stoi XVIII wieczna kienesa, czyli dom modlitwy. Jest też stary cmentarz, na którym napisy wykonane są po karaimsku, ale także hebrajsku, polsku i rosyjsku. Najstarsze nagrobki datowane są na XV wiek.

W porównaniu do nich średniowieczny zamek, usytuowany na pobliskiej wyspie robi na mnie mniejsze wrażenie. Zrekonstruowany w latach 80. XX wieku razi nieco swoją świeżością. Wybieram więc spacer po okolicznym parku i puszczam kaczki na jeziorze.


W stronę morza

Zanim dojadę nad morze, chcę zobaczyć Górę Krzyży (Kryziy Kalnas), niedaleko Szawli (Siauliai), 200 kilometrów na północny zachód od Wilna. O niezwykłej atmosferze, która tam panuje czytałam w przewodniku. Dopóki na trafiam na miejsce, trudno mi jest jednak je sobie wyobrazić. Tysiące krzyży ustawione są na niewielkim wzniesieniu. Zarówno malutkie, z różańców, jak i ogromne, kilkumetrowe. Jedne na drugich jak kiście winogron. Przy lekkim podmuchu wiatru słychać jak o siebie uderzają. Pod gołym niebem, pośrodku pustkowia. Nie przypomina to żadnego ze znanych mi sanktuariów, a przez to jest najbardziej niezwykłym z nich.

Pierwsze krzyże zostały postawione tu w XIX wieku na grobach powstańców listopadowych, choć antropolodzy twierdzą, że już w czasach pogańskich musiało być to miejsce kultu. Komunistyczne władze kilka razy próbowały zniszczyć Górę Krzyży, rozjeżdżając teren buldożerami, ale w nocy ludzie przynosili następne krzyże.

Czas na totalny relaks. Wsiadam więc do samochodu i jadę prosto nad morze. Gdy docieram do Połągi (Palanga), najbardziej znanego litewskiego kurortu niedaleko Kłajpedy, okazuje się, że kilka słów po litewsku naprawdę się przydaje. Zamiast szukać taniego hotelu (tych drogich jest mnóstwo), zaczepiam mężczyznę, który stoi przy ulicy z tabliczką „kambarai”, czyli pokoje. Mieszkanie z dwiema sypialniami, kuchnią i łazienką, w sam raz dla czteroosobowej rodziny, to koszt ok. 100 litów za dzień, czyli 120 złotych

Aby dotrzeć na plażę i molo trzeba przejść przez park botaniczny, obok wspaniałego pałacu Tyszkiewiczów. Połąga to kurort z tradycjami, przypominający mi nieco Sopot. Nowoczesne hotele sąsiadują ze starymi willami letniskowymi. Pizzę czy kebab można równie często jak natarty czosnkiem ciemny chleb czy smażone świńskie uszy.

Przed powrotem do Polski robię jeszcze wypad do pobliskiej Neryngi (Neringa) na Mierzei Kurońskiej. Jest tu o nieco drożej niż w Połądze, ale atrakcji również. Można stąd zrobić wycieczkę do delfinarium, odwiedzić dom letniskowy Tomasza Manna, albo po prostu poszwędać się między wypucowanymi rybackimi chatkami. Moim celem jest dzielnica Juodkrante i tamtejsze Wzgórze Wiedźm. Brzmi groźnie, ale to po prostu park z drewnianymi rzeźbami postaci z litewskich bajek, służącymi za zjeżdżalnie czy huśtawki. Niektórych bohaterów rozpoznaję od razu, tak jak Babę Jagę, ale większość stworów pozostaje dla mnie zagadką. Nieco przerażającą, a jednak pełną humoru.

Autor: Anita Szarlik

Komentarze

  • 2016-03-30 gość

    Warto wspomnieć, że samych kościołów jest w Wilnie czterdzieści...