Lekko unoszę się nad ziemią - rozmowa z Moniką Mrozowską

Wywiad z Moniką Mrozowską, aktorką, jedną z bohaterek serialu "Rodzina zastępcza", w którym gra od 10 lat. Wspólnie z mężem, Maciejem Szaciłło, napisała książkę kulinarną "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy"

Jak zostaje się wegetarianką?


- Wychowałam się w domu, w którym królowała, tradycyjna polska kuchnia, a o sobie myślałam, jako o kimś mięsożernym. To było oczywiste i nie skłaniało mnie do zastanawiania się nad tym. Przed ośmiu laty wybrałam się z przyjaciółmi do Grecji, gdzie z powodu upałów nasze posiłki były dość proste, takie typowe dla kuchni śródziemnomorskiej. W zasadzie jedliśmy tylko sałatki z warzyw zakrapiane oliwą, żadnego mięsa, za to dużo owoców. Po powrocie zauważyłam, że ubyło mi tu i ówdzie parę centymetrów. Bardzo mi się to spodobało. Jeszcze bardziej podobało mi się to, że znakomicie się czułam. Miałam dużo energii i świetny nastrój. Pomyślałam wtedy, że może warto kontynuować ten sposób odżywiania się, choć może nie w tak restrykcyjny sposób, jak w Grecji. Postanowiłam nadal nie jeść mięsa, ale nie ograniczać się też wyłącznie do surowych warzyw. Jadłam je również gotowane, na ciepło, bo tego wymaga nasz klimat. Nie wpadałam już na domowe obiadki do rodziców czy do babci. Szukałam nowych przepisów, sama coś wymyślałam, kombinowałam i eksperymentowałam. Zaczęły mi wychodzić bardzo udane potrawy, smaczne, kolorowe i zdrowe. Z czasem oczywiście coraz lepiej poznawałam całą filozofię wegetarianizmu, ale nigdy nie byłam nią szaleńczo owładnięta.


A jak się zostaje autorką książki kulinarnej?


- Dojrzewałam do tego przez kilka lat, aż tu nagle… Rok temu spotkaliśmy podczas wakacji, małżeństwo Jolę Słomę i Mirka Trymbulaka, którzy są projektantami wnętrz i ubrań, są również autorami wegetariańskich książek kucharskich. Powiedzieliśmy im o swoich przepisach zbieranych od dłuższego czasu do specjalnej szuflady, a oni zgodnym chórem orzekli: no to spiszcie je i wydajcie książkę! No i wzięliśmy się do pracy. Nasze przepisy składały się z potraw, które sami wymyślaliśmy, ale w dużej mierze pochodzą one też od rodziny, znajomych i innych osób, z którymi los nas zetknął, o czym w książce wspominamy. Wbrew pozorom, kuchnia wegetariańska wymaga sporej pomysłowości, a właściwie skłania człowieka do ciągłego szukania nowych smaków, nowych zapachów.


Dlaczego w tytule jest słowo "przemytnicy"?


- W rozdziale z przepisami dla dzieci pokazujemy rodzicom, czy babciom, jak "przemycić" maluchom w posiłkach różne zdrowe składniki. Sami przećwiczyliśmy to na Karolinie, która zwyczajowo nie znosiła szpinaku. W jakiś sposób przemycamy też dorosłym, ale jeszcze niedoświadczonym w sztuce kulinarnej, pewne potrawy czy ich składniki, na które warto zwrócić uwagę. Nasza książka specjalnie nie ma w tytule żadnego słowa związanego z pojęciem wegetarianizmu, bo uważamy, że znajdują się w niej przepisy dla wszystkich osób, które łączy jedna idea, a jest nią po prostu zdrowe odżywianie. Nie namawiamy nikogo wprost do rezygnacji z jedzenia mięsa, nie epatujemy swoim wegetarianizmem, a po prostu pokazujemy inną stronę życia. Ta książka skierowana jest również dla wszystkich osób, które chcą wprowadzić do swojej diety pewne produkty, ale nie bardzo wiedzą jak je przyrządzić. Sklepy ze zdrową żywnością są już prawie wszędzie, nawet w małych miastach, a w nich różne produkty, jednakże nie każdy wie, co z nimi zrobić.


Na czym polegała wasza praca? Wszystko robiliście wspólnie?


- Wspólnie wyselekcjonowaliśmy około 100 przepisów. Potem zajęłam się opisaniem różnych anegdot i historyjek związanych z niektórymi z nich, czy z samym celebrowaniem jedzenia. W ten sposób powstawały poszczególne rozdziały i wstępy do nich. Z tego też właśnie powodu nasze "dzieło" nazywamy książką kulinarną, a nie stricte kucharską. To spora różnica! Drugim etapem było sfotografowanie tych wszystkich pyszności, a ponieważ zamówienie zdjęć u fotografika sporo kosztuje, postanowiliśmy, że zrobimy je sami. Najpierw trzeba było każdą potrawę przygotować, czy ugotować. Wspólnie pichciliśmy, a potem robiliśmy zdjęcia. Fotografowanie prawdziwego jedzenia w taki sposób, aby wyglądało ono apetycznie i zachęcająco, wcale nie jest takie proste.

Maciek, aby uniknąć przykrych niespodzianek z szukaniem wydawcy, sam założył wydawnictwo. Dla nas ta książka to sukces, tym bardziej, że tak naprawdę wszystko, od pomysłu do jej wydania zależało wyłącznie od nas.


Czym kierowaliście się państwo przy ich doborze potraw i produktów?


- Nasze przepisy przede wszystkim bazują na polskich tradycyjnych produktach, jest w nich dużo kasz i dużo roślin strączkowych. Polecamy korzystanie z całego bogactwa sezonowych, świeżych warzyw i owoców kupowanych w małych osiedlowych sklepach. Sięgamy też po polskie przyprawy, ale zdecydowanie częściej sięgamy po orientalne, typowe dla przepisów wegetariańskich. One na ogół nie rosną w Polsce, ale można je tanio kupić w wielu supermarketach. To pozwala, że na przykład na to, żeby ze znakomitego polskiego grochu, jedzonego u nas głównie w postaci grochówki, zrobić bardzo potrawę zwaną dhal poprzez dodanie do niego sambal masali, przyprawy, która można kupić w sklepach z orientalną żywnością lub zwykłego curry. Tak więc baza i główne składniki naszych przepisów są dostępne niemalże na wyciągnięcie ręki.


Czy Karolina, wasza córka również nie je mięsa, bo chyba jeszcze za wcześnie, aby zapytać, czy jest wegetarianką?


- Teraz, mając 6 lat jest wegetarianką, bo wiele rzeczy już rozumie. Postanowiliśmy, że nie będziemy Karoliny do niczego zmuszać, choć oczywiście mięsa nie było i nie ma w jej diecie. Zdając sobie jednak sprawę, że jest to wyłącznie nasz wybór, a nie jej, postanowiliśmy, że z tego też powodu będzie pod czujnym okiem specjalisty gastroenterologa z Instytutu Matki i Dziecka. Od samego początku nie miał żadnych przeciwwskazań wobec jej sposobu odżywiania, co uspokoiło nasza rodzinę. Rozwijała się dobrze i zdrowo. Przed rokiem, kiedy miała niecałe pięć lat została poddana szczegółowym badaniom. Było to wiosną, kiedy organizm dorosłego człowieka, ogólnie rzecz biorąc, jest w jakiś sposób osłabiony zimowym niedoborem witamin, a co tu dopiero mówić o szybko rosnącym dziecku. Okazało się, że nie miała żadnych niedoborów, wszystkie parametry były w normie, wiele powyżej normy, a jej krew była tak natleniona, jak u sportowca!


Nie mogę się oprzeć, aby nie zadać Pani pytania: czy wegetarianizm zbliżył Panią do przyszłego męża?


- Zbliżył, ale później. Kiedy się poznaliśmy dla mnie ważniejsza była nasza "pasja ceramiczna", a więc wspólne zainteresowania i zdobywanie umiejętności związanych z tą sztuką. Ale oczywiście, kiedy przyszedł taki moment, że mieliśmy wspólnie przygotować jakiś posiłek i zjeść go razem, okazało się, że żadne z nas nie musiało zmieniać swoich upodobań w tym względzie. Maciek od wielu już lat nie jadł mięsa, był wegetarianinem. Każde z nas, po jakimś czasie, do tej wspólnej kuchni wnosiło coś nowego i kolejny raz okazało się, że więcej nasz łączy niż dzieli! To był duży plus, jakiś znak, że warto w ten związek włożyć więcej wysiłku, żeby stało się to "coś". Wegetarianizm okazał się "pomocny" w naszym podejściu do wychowywania Karoliny, w tym do jej żywienia. Bywa, że rodzice często są pod tym względem osobami z dwóch różnych światów, każdy chce realizować jakieś swoje wizje, przekazywać dziecku swoją filozofię. W naszym przypadku od razu była zgodność i zrozumienie.


- W tym roku minęło 10 lat od nakręcenia pierwszego odcinka serialu "Rodzina zastępcza", w którym gra pani rolę Majki. W jakim momencie życia jest pani w tej chwili?


- Zawsze miałam takie marzenie, aby w momencie, kiedy skończę 30 lat, a stanie się to w maju następnego roku, móc sobie powiedzieć: jest fajnie! I w zasadzie moje marzenie się spełniło. Nie licząc na wielką karierę aktorską skończyłam wydział pedagogiczny, mam zawód. Studium ceramiczne plus dyplom pedagoga pozwalają mi na ciekawą pracę z dziećmi, co bardzo lubię, o ile tylko pozwala mi na to czas. Potrafię też pomóc mężowi w jego pracowni ceramicznej, bo ma dużo zamówień i odnosi coraz większe sukcesy. Macierzyństwo z kolei nauczyło mnie dobrego zorganizowania i silnego przekonania, że, na co dzień można połączyć wiele ról. Myślę, że już udało mi się coś zrobić, coś osiągnąć, co w jakiś sposób buduje moją i naszą przyszłość. Przede mną zaś kilka ciekawych planów, w tym pomysł na następną książkę i może jeszcze na kolejną. Tak, więc mam czasem wrażenie, że leciutko unoszę się ponad ziemią. A to takie miłe uczucie…

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze