„Lekarze i dietetycy ich nienawidzą!”

Te slogany brzmią jak kiepski żart, ale nabierają się na nie tysiące osób. Nieuczciwi producenci pseudosuplementów masowo ogłaszają się w internecie, w tanich pisemkach kobiecych czy gazetkach reklamowych, a swoje „cudowne” środki sprzedają wyłącznie wysyłkowo, nigdy za pośrednictwem aptek. Ich produkty nie są warte złamanego grosza, ale sprzedają się świetnie (i bardzo drogo!). Może czas zrobić z tym porządek?

Spragnieni cudu? Oto cud – prosto z reklamy. Maria (lat 38) po dwóch ciążach nie mogła zrzucić trzydziestu nadwyżkowych kilogramów. Wpadła w depresję, bo mąż ją zdradzał ze szczupłą koleżanką, zajadała więc smutki i nie mogła utrzymać żadnej diety, o sporcie nawet nie wspominając. Ale pewnego dnia koleżanka poleciła jej doskonałe tabletki odchudzające firmy X, które w trzy tygodnie całkowicie odmieniły życie Marii. Teraz nasza bohaterka waży zaledwie 55 kg, mąż za nią szaleje i codziennie przynosi jej kwiaty, a i my możemy podziwiać jej szczupłe wdzięki na załączonych zdjęciach „przed i po”. W pakiecie jest też chwytliwy slogan reklamowy, świadczący o tym, że nowy suplement jest przełomowy w świecie nauki („dietetycy nienawidzą jego odkrywców”, gdyż – jak łatwo można się domyślić – szybko stracą pracę). Brzmi znajomo? Tego typu reklamy są wszędzie – przede wszystkim w popularnych serwisach internetowych, ale też w kolorowych kobiecych pisemkach, w darmowych gazetkach reklamowych czy w prasie z programem telewizyjnym. Zmieniają się imiona bohaterów, problemy, z którymi walczą (nadwaga, słaba potencja, niskie libido, za mały rozmiar męskiego przyrodzenia, zmarszczki, halluksy itp.), oraz, oczywiście, nazwy i ceny „leków”. Te historie nie są prawdziwe. Wymyślają je zatrudnieni do tego celu redaktorzy i copywriterzy. Nad dołączanymi do tekstu zdjęciami efektów odchudzania czy wydłużania w pocie czoła pracują graficy. Wszystko od A do Z jest wyssane z palca, a jedną z wysysających te brednie osób byłam również ja. Przypadkowo, bardzo krótko i bardzo burzliwie. Ale było warto, by dziś móc opowiedzieć o oszustwach, na które wciąż nabiera się mnóstwo naiwnych, zdesperowanych osób.

Pracować dla „producenta suplementów diety”

Nie sposób policzyć, ile firm parafarmaceutycznych zalewa w tej chwili swoimi wyrobami polski rynek. Firmy otwierają się i zamykają, rejestrują i wyrejestrowują, zmieniają adres siedziby, własną nazwę oraz nazwy swoich produktów. Prawda jest taka, że nikt i nic w naszym kraju nie ma nad nimi kontroli. Nowych pracowników wabią jako „producenci suplementów”, a to, czym faktycznie zajmuje się firma i na jakich zasadach odbywa się praca, okazuje się dopiero po podpisaniu umowy na okres próbny. A praca polega – dosłownie! – na wymyślaniu bajek dla naiwnych. Te bajki tworzą copywriterzy (odpowiedzialni za przekonujące treści reklam i stron internetowych), graficy (wizualizujący „dowody” efektywności i autentyczności produktów), a także telemarketingowcy, którym płaci się za każdego przekonanego do zakupu klienta. A nad wszystkim czuwa szefostwo, z którego nie można wydobyć informacji, co tak naprawdę tkwi w sprzedawanych przez nich tabletkach i gdzie właściwie są one produkowane.

Pokaż kotku, co masz w środku

Tak, tak – nawet ja, czyli osoba odpowiedzialna za prawidłowo opisany na opakowaniach „skład” produktu, brałam go dosłownie z sufitu, bo nikt w firmie nie przedstawił mi żadnych dokumentów potwierdzających, co tak naprawdę zawierają te „cudowne” pigułki. Zasadniczo istotny był tylko składnik wiodący, czyli np. jagoda acai lub kapsaicyna (obydwa w środkach na odchudzanie), żeń-szeń syberyjski (potencja), L-arginina (powiększanie penisa) itp. Na temat procentowej zawartości tych substancji w produkcie – ani słowa. Pozostałe składniki tabletek trzeba było sobie dosztukować na podstawie własnego śledztwa, co robi i jak reklamuje się konkurencja. Z tym że u nas miało być więcej, lepiej, mocniej! Czyli wrzućmy do opisu składu jednej tabletki to, co inni dodają do pięciu różnych. Żeby móc później opowiadać o tym przez telefon potencjalnym klientom i deklasować konkurencję.

Co więc tak naprawdę siedzi w „genialnej” pigułce np. na powiększanie penisa? Proszę Państwa – nie siedzi w niej absolutnie nic poza bezużytecznymi wypełniaczami i – ewentualnie – śladowymi ilościami substancji aktywnych, aby uniknąć problemów prawnych w razie ewentualnej kontroli (która się zresztą i tak raczej nie zdarza). Na moje liczne prośby o wyjaśnienie sytuacji szefowie firmy mówili bardzo mętnie o efekcie placebo. I to by było na tyle – klient wydaje 400 zł za suplement odchudzający, bardzo chce więc wierzyć, że „lek” działa. Co zabawne, nie doczekałam się żadnych dowodów, że wszystkie sprzedawane przez tę firmę produkty, a więc m.in. te na odchudzanie, potencję, libido i powiększanie penisa, to nie są te same białe tabletki bez żadnego rzetelnego opisu składu. Wyglądały tak samo, ba!, miały nawet identyczne białe plastikowe opakowania, do których graficy dorabiali odpowiednie etykiety i pudełka. A gdzie były produkowane, skąd trafiały do siedziby firmy? To kolejna tajemnica, pilnie strzeżona przed pracownikami. „W fabryce pod Warszawą” – tyle zdołałam się dowiedzieć. Czy wszystkie zalewające internet „cudowne” tabletki wychodzą z tej samej linii produkcyjnej i zawierają takie samo wielkie NIC? Wcale bym się nie zdziwiła.

Certyfikaty jakości z Google

Tak, każdy z produktów wypuszczanych na rynek przez firmę, dla której pracowałam, miał piękny, autentycznie wyglądający certyfikat jakości. Drukowany malutkimi literkami na pudełkach lub ulotkach suplementu, widoczny w reklamach prasowych, oraz – rzecz jasna – zajmujący honorowe miejsce na stronie internetowej produktu (ale zawsze bez możliwości powiększenia obrazu), to od początku do końca dzieło grafika. Wzór certyfikatu zazwyczaj „łowiło” się w wyszukiwarce Google, a potem w programie graficznym dodawało odpowiedni tytuł, wymyślało nazwę konkursu, w którym rzekomo zwyciężył dany środek, tworzyło jakieś wyimaginowane stowarzyszenia naukowe, które potwierdzały jakość i skuteczność danego produktu. Tytuły certyfikatów miały być czytelne, ale już treść poniżej nie do odcyfrowania. Certyfikat miał wzbudzać zaufanie klienta, a ewentualne pretensje o nieczytelność można było zrzucać na kiepską jakość skanu (nie zdarzyło się, klientom wystarczało, że „jakiś” certyfikat widnieje na pudełku).

Słowo honoru „lekarza”

Co zatem z firmującymi dany produkt lekarzami? Każdy suplement miał swojego eksperta (czasami nawet kilku) znanego z nazwiska, podpisu i oczywiście fotografii. W przypadku środków na odchudzanie byli to lekarze, dietetycy i trenerzy, gdy chodziło o potencję, wielkość penisa czy libido, „wypowiadali” się seksuolodzy, psycholodzy, lekarze androlodzy czy urolodzy. Każdy, absolutnie każdy z tych ekspertów to wymysł pracowników firmy. Zdjęcia wyszukiwane są w zagranicznych wyszukiwarkach (graficy lubią rosyjskie serwery), nazwiska powstają w trakcie opracowywania treści reklamy. Bierze się je z głowy, czasami szefostwo zachęca do sugerowania się nazwiskami prawdziwych naukowców i lekarzy, lekko je modyfikując lub np. zmieniając imię lub dodając drugie nazwisko. Jeśli pod entuzjastyczną opinią eksperta (napisaną od początku do końca przez zatrudnionego redaktora!) widnieje zamaszysty podpis lekarza, to znak, że złożyła go na kartce osoba o najładniejszym w firmie charakterze pisma, a grafik to zeskanował i dokleił do reklamy. To samo dotyczy wszystkich innych obecnych w reklamach ekspertów – dietetyków, seksuologów, psychologów, trenerów. Nie ma nic prostszego niż wykrycie takiego oszustwa – wystarczy poświęcić minutę na wyszukanie danego eksperta w internecie. Bardzo rzadko zdarza się, że firma decyduje się na użycie zdjęcia i nazwiska prawdziwej osoby, gdyż naczelną zasadą funkcjonowania tego interesu jest maksymalne unikanie ryzyka i nierzucanie się w oczy władzom.

„Im się udało!” – czyli metamorfozy

Pierwsza stworzona przeze mnie historia o smutnym, samotnym Antonim, który od młodzieńczych lat miał nikły wzwód, a w związku z tym masę kompleksów, ale trafił w internecie na zachwalane na całym świecie tabletki Y i jego życie seksualne diametralnie się odmieniło, sprawiła mi, przyznaję, pewną frajdę. Umówmy się, na co dzień redaktor nie dostaje zleceń o tak frywolnej tematyce. Zabawa skończyła się, gdy odkryłam, że podobne głupoty muszę produkować masowo i przedstawiać je jako autentyczne. Bardzo źle się czułam, gdy wymyślane przeze mnie historie otyłej Barbary, Grzegorza z małym penisem i Adama ze słabą potencją trafiały do ludzi, którzy brali je na poważnie. A nawet więcej – porównywali samych siebie z wymyślonymi przeze mnie postaciami, własne problemy chcieli leczyć tak, jak moi bajkowi bohaterowie. Lojalnie wspomagał mnie w tych bujdach grafik, wyszukując na rosyjskich serwerach zdjęcia przypadkowych osób przed i po jakiejś diecie odchudzającej. Czasami zagłębiał się w zagraniczne portale społecznościowe, wyszukując osoby, które mocno schudły lub gwałtownie przytyły i – nazwijmy to po imieniu – kradł ich zdjęcia na potrzeby produkowanych przez nas reklam. Działo się to zgodnie ze wskazówkami i zaleceniami szefostwa, które w tym procederze nie widziało niczego nagannego. Wręcz przeciwnie – wciąż wybrzydzało, że efekty odchudzania na kradzionych zdjęciach nie są wystarczająco spektakularne, by sprzedać ich produkt.

Gwarantowany zwrot

Jest jeszcze coś. To gwarancja jakości. O stuprocentowej pewności, że środek zadziała, lub – w razie niepowodzenia – firma zwróci klientowi pieniądze, obwieszcza się obowiązkowo w każdej reklamie. Klient czuje się bezpiecznie, ostatecznie może zakupić suplement „na próbę” i – w razie braku efektów – odzyskać kwotę, którą w niego zainwestował. I tutaj dochodzimy do tak zwanej zasady drobnego druczku. Ile osób przed zakupem przeczyta regulamin sklepu oraz warunki gwarancji, ukryte malutkimi literkami gdzieś pod nawałem kolorowych zdjęć, krzykliwych sloganów i paranaukowych tekstów? A warto to zrobić, żeby dowiedzieć się, że owszem, firma chętnie zwróci pieniądze niezadowolonemu klientowi, ale po spełnieniu przez niego bardzo konkretnych warunków. W przypadku środków na odchudzanie klient musi przedstawić wraz z wnioskiem o zwrot pieniędzy dokładny opis przebiegu kuracji zakupionymi środkami, zdjęcia sylwetki przed i po zakończeniu kuracji (wraz z systemowo wygenerowaną datą na fotografiach), swoje potwierdzone pomiary wagowe (czyli udokumentowaną wagę przed rozpoczęciem kuracji i po jej zakończeniu), zaświadczenie lekarskie potwierdzające odpowiednie uwarunkowania zdrowotne do przyjmowania suplementu oraz informację o braku przeciwwskazań do jego stosowania z datą sprzed rozpoczęcia kuracji. Co więcej, jeśli jakiemuś klientowi uda się spełnić powyższe warunki, firma zastrzega, że w trakcie rozpatrywania wniosku będzie miała prawo do wglądu w historię jego chorób przewlekłych i wszelkich innych, które mogły mieć wpływ na działanie suplementu. Czy komuś kiedykolwiek udało się otrzymać zwrot pieniędzy zainwestowanych w te „cudowne” tabletki? Nic mi o tym nie wiadomo.

Autor: Kamila Śnieżek

Komentarze