Kryzys wieków kobiecych

Pierwszy siwy włos. Przeważnie go wyrywamy. Nie godzimy się na przemijanie już od najmłodszych lat. Trzydziestka. Dla wielu kobiet początek dojrzałości. Koniec dziewczyństwa. Zaczyna się czas kobiety na obcasach. Zaczynamy spostrzegać pierwsze zmarszczki. To boli. Na szczęście są kremy wygładzające skórę… Ale…

– Swoje trzydzieste urodziny świętowałam na Mazurach. Mój mężczyzna zaprosił mnie na romantyczną kolację na jachcie. Sam ją przygotował. Były wspaniałe wędzone ryby i białe wina, a do tego egzotyczne sałatki. Radowaliśmy się obydwoje. Ale na drugi dzień poczułam taki smutek, że uciekłam na bezludną wyspę. Popłynęłam sama, kajakiem. Chciało mi się ryczeć – mówi Monika z Jastrzębiej Góry. Dlaczego? – Poczułam się stara – odpowiada.


Kryzys czterdziestki. To jeden z najgorszych kryzysów. W tym wieku na pewno kończy się już młodość. Wiele z nas chciałoby ją na siłę zatrzymać. Dlatego zwykle ignorujemy nasze czterdzieste urodziny albo nadmiernie je fetujemy, chcąc tak naprawdę zagłuszyć ból. Ból przemijania.


Kryzys wieku

– Na swoją czterdziestkę poszłam ze znajomymi do modnej dyskoteki. Bawiliśmy się super. Czułam się prawie jak młoda dziewczyna. Może tylko za dużo wypiłam – mówi Dorota, nauczycielka hiszpańskiego. Inną metodą na zagłuszenie bólu jest udawanie nastolatki, odejmowanie lat na siłę. – Ja to się nie przyznaję do swojej czterdziestki. Zakładam szorty, idę na salsę albo zapisuję się na kurs lotniarstwa – mówi Kinga, account manager. Jeśli z natury jesteśmy aktywne i wysportowane, to nie ma nic złego w lataniu na paralotni. Jeśli mamy zgrabną sylwetkę i ładne nogi, to możemy spokojnie chodzić w mini. Ale jeśli robimy to tylko dlatego, aby się odmłodzić, to katastrofa. Nierozwiązany kryzys przemijania dopadnie nas znowu. Za kilka lat. Najpóźniej koło pięćdziesiątki. Pogodzone z przemijaniem kobiety czerpią profity ze swojego wieku, cieszą się kobiecością. Lubią się stroić, zakładają ciuchy podkreślające ich dojrzałe kształty. I nie są im potrzebni do szczęścia młodsi adoratorzy…


Kryzys małżeństwa

Marta ma męża Czarka, dwie dorastające córki, dobrą pracę i domek z ogródkiem. Pozornie jej życie jest udane. O takim kiedyś marzyła. Ale ona nie jest szczęśliwa w swoim małżeństwie. Coraz częściej myśli o rozwodzie.
– Od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: czy ja kocham męża, czy on kocha mnie? – mówi 38-letnia Marta. Z Czarkiem poznali się jeszcze w liceum i jako nastolatki zakochali w sobie. Potem byli przez kilka lat parą, na drugim roku studiów pobrali się. Przez całe lata ich związek funkcjonował bez zarzutu. Każdy w nim miał określone zadania i obowiązki. – Czarek zajmował się zarabianiem na dom, ja wychowywałam córki, ale też chodziłam do pracy – mówi. Może wzięła na siebie zbyt dużo. Ale w sumie czuła się spełniona, realizowała wzorzec zachowania wyniesiony z domu rodzinnego – zaradnej żony, jaką była jej matka.

Ale córki zaczęły dorastać i już nie potrzebowały tyle opieki i czasu ze strony mamy. Dla nich teraz najważniejsi stali się znajomi, mama z tatą zeszli na dalszy plan. Rozczarowanie, żal, smutek – coraz częściej takich uczuć doznawała Marta. „Czy o to w życiu mi chodziło?” – zastanawiała się rozgoryczona. Zaczęła tęsknić za bliskością z mężem, po której nie było śladu. Bo Czarek, przyzwyczajony jedynie do roli żywiciela rodziny, odseparował się od Marty. Po ciężkiej pracy każdą wolną chwilę spędzał z kolegami – grając w kręgle albo siedząc w pubie. W tym czasie Marta gotowała, prała, sprzątała albo odrabiała z dziećmi lekcje. Punkt kulminacyjny nastąpił, kiedy dziewczynki wyjechały na wakacje. Marta i Czarek spotkali się w pustym domu. Była sobota. Żadne z nich nie musiało iść do pracy. Nie mieli sobie nic do powiedzenia.


Świadomość kryzysu

Znak naszych czasów? W jakimś sensie. Kryzys związku dotyczy wielu małżeństw i par. Powód? Wypalenie dotychczasowej formuły powstępowania. Marta i Czarek, aby rozwiązać swój wspólny problem, muszą znaleźć nowy rodzaj relacji. W przeciwnym razie pozostanie im tylko rozstać się. 40-letnia Ewa, tłumaczka francuskiego, jest właśnie po rozwodzie. Ewa była tak zajęta własną karierą, że nie zauważyła, kiedy równie zapracowany Piotr znalazł sobie inną. Ich małżeństwo miało etap tzw. wypalenia, ale oboje nie chcieli tego dostrzec. Ewa brała na siebie coraz więcej obowiązków służbowych, aby tylko nie wracać za wcześnie do domu. Piotr spędzał noce na dyżurach w szpitalu, mówiło się, że dla chleba, ale naprawdę bał się być z żoną sam na sam. Wychowaniem Agatki zajmowała się niania na zmianę z babcią.

Zachowanie Ewy i Piotra psycholodzy nazywają transem. Oboje rozwinęli znieczulający pracoholizm, aby tylko nie poddać konfrontacji ich życia małżeńskiego, czyli nie spotkać się z cierpieniem. Zatuszowali je, zamietli pod dywan. Inne rodzaje ucieczek, czyli transów, które stosują w podobnych przypadkach ludzie, to: alkoholizm, telewizjomania, depresja, obżarstwo, hazard, umartwianie się, wyuczona bezradność lub nadaktywność, nadmiar obowiązków.


Kryzysu nie da się zapomnieć

Kryzysu nie da się zignorować. Ani wytrzeć gumką. Pojawi się ponownie, w najmniej spodziewanej chwili. Tylko może być już za późno, aby go rozwiązać. Tak się stało w przypadku Ewy i Piotra, którzy przypłacili to rozwodem. Ewa była zaskoczona, kiedy pewnego dnia Piotr jej zakomunikował, że jest zakochany i odchodzi z domu. Szybki rozwód? Może być rozwiązaniem. Ale nie w przypadku Piotra, który z nową partnerką prawdopodobnie powtórzy nieudany związek, ponieważ i w nim okaże się, że nie potrafi okazywać bliskości. Piotr nie rozwiązał poprzedniego kryzysu, nie nauczył się okazywania uczuć. Kryzysy związku dotyczą także innych kontaktów interpersonalnych. Jeśli nie potrafimy się komunikować z innymi, jasno wyrażać swoich potrzeb, uczuć, określać swojego terytorium, to będziemy tak samo jak partnerów zmieniać pracę, szefów, podwładnych czy znajomych. Tylko konfrontacja z problemem i rozwiązanie, czyli zmiana swojego postępowania zahamuje serię kryzysów w naszym życiu.


Kryzys tożsamości

Pojawia się w różnym wieku. Kiedy okazuje się, że to, co robiliśmy dotąd, jest dla nas nic nie warte. Po prostu pewnego dnia wstajemy rano i dochodzimy do wniosku, że nasze życie jest bez sensu. Czujemy charakterystyczną dla kryzysu pustkę.

Ewa była redaktorką w prestiżowym wydawnictwie. Od kilkunastu lat w tym samym dziale: dom i ogród – adiustowała teksty, skracała je i upiększała, by podobały się czytelniczkom. Nie pamięta od kiedy, ale zaczęła tracić zapał do pracy. – Coraz trudniej mi było wstać o określonej porze. Chociaż godziny pracy w redakcji nie są tak sztywne, można było przyjść nawet na jedenastą– opowiada 39-letnia Ewa. W końcu pewnego dnia stwierdziła, że nie chce więcej chodzić do pracy, której nie cierpi. Napisała wymówienie. Minęło kilka tygodni. Ale Ewa zamiast ulgi czuła przerażenie. – Budziłam się rano i nie wiedziałam, co dalej robić ze swoim życiem – mówi Ewa. Faza zamętu. Tak nazywają ten etap kryzysu psycholodzy. Może trwać dłużej lub krócej. Ale chaos zawsze poprzedza pojawienie się nowego porządku, czyli rozwiązania.

Aby znaleźć swoje miejsce w życiu, Ewa będzie musiała poszukać, poeksperymentować, może zaryzykować zmianę zawodu. W końcu do tej pory spełniała oczekiwania swojej matki, która marzyła o tym, aby mieć córkę redaktorkę, zmuszając wcześniej swoje dziecko do studiów na polonistyce. Kiedy Ewa odnajdzie swoje prawdziwe talenty i możliwości oraz zgodnie z nimi ułoży sobie życie, nareszcie będzie szczęśliwa. Rozwiąże kryzys pasji. I sensu.

Kryzysy są potrzebne, abyśmy mogli się rozwijać, zmieniać. Bo życie tak naprawdę polega na zmianach. Nie bójmy się kryzysów.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze