Kryzys w związku

Kiedy w związek wkrada się rutyna, musisz zacząć działać. Wystarczy odrobina chęci, by życie z drugim człowiekiem było nadal ekscytujące. Rozmowa z Pawłem Droździakiem, psychologiem i psychoterapeutą.

Ponoć związki toczą się od kryzysu do kryzysu i trzeba pożegnać się z romantyczną wizją miłości z początkowej fazy związku. Pan też jest tego zdania?


Związki międzyludzkie podlegają pewnej ewolucji. Najbardziej rozreklamowaną fazą jest faza samego tworzenia się pary – uwodzenia i zakochania. W czasie uwodzenia każdy stara się przedstawić jak najlepszą wersję własnej osoby. Po dwóch, trzech latach ta faza zakochania się kończy i pojawia się potrzeba powtórnej definicji tego, co ludzie mają wspólnie ze sobą robić. Wtedy też pojawia się pierwszy z wielu klasycznych kryzysów, bo do kontynuowania związku potrzebna jest nowa motywacja. Poza tym znamy się już dobrze i wiemy, że duża część obietnic z fazy uwodzenia się nie sprawdziła. Ale kryzysy są cały czas.


Erich Fromm w dziele pt. „O sztuce miłości” twierdzi wręcz, że miłość właśnie zaczyna się tam, gdzie kończą się złudzenia…


Związek to ciągła negocjacja granic i bliskości. Na ile ma być blisko, na ile partner jest wiarygodny, na ile możemy się różnić, co ma być wspólne, a co odrębne itd. Jeśli nie ma negocjacji, a zamiast tego jest marzenie o jedności i doskonałej symbiozie, kryzysy, których unikamy, skumulują się w jeden potężny.


Czy ta kolejność – od zakochania do rozstania – obowiązuje zawsze? Nie ma nadziei, że właśnie nam się uda?


Wciąż jeszcze bywają związki, które nie kończą się dobrowolnym rozstaniem, tylko śmiercią jednego lub obojga partnerów. I o tej śmierci mówię tu celowo. Jeśli ktoś raz po raz zakochuje się, a później, gdy zakochanie mija, rozstaje się i szuka kolejnej osoby, może to mieć jakiś związek z lękiem przed przemijaniem, przed dorosłością, związaniem się z czymkolwiek na stałe, a wreszcie przed śmiercią. Niektórzy funkcjonują właśnie w takich cyklach i uciekają ze związku, gdy kończy się fascynacja.


Co ma wpływ na wzajemną atrakcyjność partnerów?


Są dwa najważniejsze mechanizmy. Pierwszy to podobieństwo – zgodność sposobu spostrzegania świata, zgodność wyznawanych wartości, seksualnego temperamentu, możliwości intelektualnych, proporcjonalność ambicji życiowych, pozycji społecznej rodzin, pochodzenia itd. Także zgodność atrakcyjności – najtrwalsze są te pary, w których obie osoby są atrakcyjne w podobnym stopniu. Drugi mechanizm jest bardziej złożony i ma trudną nazwę – koluzja. Koluzja to zjawisko dotyczące dwojga ludzi, polegające na tym, że znajdujemy sobie partnerów, którzy w jakiś sposób pasują do naszych wewnętrznych konfliktów. Na przykład jeśli ktoś ma problem z poczuciem bezpieczeństwa, a ktoś inny z wiarą we własną skuteczność, mogą być razem. Zasada – pierwsze przyjmuje rolę dziecka, którym to drugie będzie się opiekować. Z czasem taka koluzja może przemienić się w konflikt, bo osoba, która znalazła opiekę, może dojść do wniosku, że to nie ona obawia się życia, lecz że to partner ją ogranicza. Druga osoba z kolei może mieć złudzenie, że to nie tyle ona sama w głębi duszy czuje się niepewna, ile jest wściekła na ciągłą nieporadność partnera. Niemniej te osoby wciąż będą dla siebie atrakcyjne. Choć będą na siebie narzekać, nie będą w stanie się rozstać.


Psycholodzy i seksuolodzy twierdzą, że lepiej nie wiedzieć o sobie nawzajem wszystkiego, bo trudno kochać się z kimś, kto jest dla nas jak otwarta księga.


Najlepszy jest związek dwojga całości, a nie dwóch połówek. Ale też jak najdalej od skrajności. Druga osoba nie może być dla nas całym światem i spełniać wszystkich naszych emocjonalnych potrzeb, ale nie może też być instytucją, kimś w rodzaju dziewiętnastowiecznych „pana małżonka” i „pani małżonki”, z którymi spotyka się tylko czasem w sypialni, a dzień cały spędza oddzielnie w swoim gabinecie. Przewidywalność jest z jednej strony dobra, bo daje poczucie bezpieczeństwa, z drugiej może trochę powiać nudą…


Jak się ustrzec przed rutyną w związku?


Nuda pojawia się, gdy zaczynamy traktować związek jak instytucję typu ZUS. Coś, co będzie trwać niezależnie od wszystkiego i czego nikt nie zmieni ani nie zniszczy, bo przecież mamy złożoną przysięgę. Często polega to na nadmiernej koncentracji na „wiciu gniazdka”, sprawach materialnych, dzieciach i rytuałach. Czasem widuje się takie przyjęcia, gdzie siedzi kilka par. One rozgadane między sobą, oni przysypiają. Ostatnio, obserwując coś takiego zastanawiałem się, czy któraś z tych kobiet zadaje sobie pytanie, o czym ten jej mężczyzna teraz myśli.


Pewnie o seksie? Podobno mężczyźni bez przerwy o nim myślą…?


W tej sytuacji raczej wyobrażają sobie przestrzeń. Przypominają sobie, jak będąc na studiach popłynęli w rejs, marzą o kupieniu wiatrówki, może zastanawiają się nad tym, kto wygra wybory… Z całą pewnością nie jest to w żaden sposób związane z niczym, co dzieje się przy tym stole, gdzie panie tak zawzięcie rozprawiają. Ale to tylko wtedy, gdy ci panowie są jeszcze w miarę młodzi. Później, siedząc tam, nie myślą już o niczym. Tępo trwają i przysypiają. Czekają na koniec. Warto zwracać uwagę na osobę, z którą się jest między ludźmi. A jeśli już pani pyta o seks, odpowiem najprościej jak można. Uprawiaj z nim seks co najmniej trzy razy w tygodniu. Jeśli będzie odmawiał, ok, ale proponuj i niech nie będzie dwa razy pod rząd identycznie. Nawet najdrobniejsza zmiana jest rewolucją. Nie nakładaj do łóżka maseczki na twarz. Nigdy.


To rady dla niej, a czym on się powinien wykazać?


Niech mężczyzna wpisze sobie w pamięć telefonu wszystkie jej rocznice, z alarmem na trzy dni wcześniej i wymyśli pięć opcji. Stosować wymiennie. Niech nie chodzi po domu w ciuchach, w których nie chciałby być widziany przez stadko atrakcyjnych gimnazjalistek. Nigdy. Niech przypomni sobie jedną rzecz, którą oboje jako para lubili robić wspólnie i zaproponuje zrobienie tego jeszcze w tym miesiącu.


Robi się ciekawie…


Nie zgadzaj się z wszystkim, co on mówi na tematy niezwiązane bezpośrednio z codziennym życiem ani nie traktuj tego, co on mówi, jako bzdet. Dla niego to jest realne. Miej jakieś własne zdanie o tym i wyrażaj je w taki sposób, żeby on mógł do tego się odnieść albo przynajmniej zadawaj mu pytania, na które chciałoby mu się odpowiadać. Mężczyźni nie boją się spierać. Wręcz przeciwnie – lubią to, wręcz nie mogą żyć bez tego, bylebyś nie zrobiła z niego idioty przy ludziach albo nie wzięła publicznie strony jego największego adwersarza. Jednego i drugiego się nie wybacza, choć jeśli chcesz ustrzec się nudy, masz to tu zagwarantowane. Jeśli ona założy coś nowego, niech on powie „wow”. Większość kobiet zakłada coś nowego co najmniej raz na dwa miesiące, więc jeśli powiesz to słowo raz na dwa miesiące, będzie dobrze.


Panie Pawle, pan żartuje…


Wcale nie! Nie ciągaj go za sobą po sklepach i nie każ mu oceniać ubrań, które wiszą jeszcze na wieszakach. Równie dobrze możesz mu kazać odróżniać coca colę od pepsi coli. Jeśli każesz komuś odróżniać colę od pepsi przez cztery godziny, sama wiesz, co się może wydarzyć. Można tworzyć całe listy takich rad, ale sprowadza się to do jednego – zauważ tę osobę, z którą żyjesz i zadaj sobie pytanie: co z tego, co jest dla tej osoby naprawdę ważne? I umieścić to coś na własnej mapie świata.


Pewne rzeczy powtarzają się niemal jak refren. Ona nie chce uprawiać seksu lub „odrabia to jak pańszczyznę”. Ona nie ma energii.


Będę brutalny – jeśli nie ma seksu, to nie ma związku. On nie pamięta o rocznicach, nie widzi domowego otoczenia i zmian, które ona w nim wprowadza, nie docenia jej pracy, krytykuje jej wygląd. I znów będę brutalny – jeśli jej nie chwalisz, ona nie będzie mieć energii i zostanie „męczennicą”. Ale przede wszystkim nie krytykuj jej wyglądu. Nigdy. Jeśli raz powiesz, że z jej wyglądem jest coś nie tak, o dobrym seksie możesz zapomnieć na najbliższe pół roku. A jeśli powiesz to trzy razy, możesz o nim zapomnieć na zawsze.


Podobno związki marynarzy są bardziej trwałe niż inne, bo są oni ze swoimi kobietami na wiecznej randce. Rzadko który mąż, pracujący w biurze, po kilku latach małżeństwa zadzwoni z pracy z pytaniem „co słychać kotku?”…


W zasadzie żyjemy w czasach, w których każdy związek pracujących osób jest do pewnego stopnia takim związkiem marynarza. Często prawdziwy kryzys zaczyna się, gdy obie osoby idą na emeryturę i muszą przebywać razem. Nie mają dokąd uciec, nie mają perspektywy na rozejście się, nowy związek i wtedy z całą jaskrawością okazuje się, że przez całe lata żyli z kimś obcym u boku. Przysłowiowy związek z marynarzem może być sposobem, by się tego nigdy nie dowiedzieć.


To co robić? Żyć w jakiejś fikcji i kłaść się do łóżka w pełnym makijażu? Czy nie możemy pozwolić sobie na bycie słabym i chorym?


Warto rozróżnić uwodzenie od realnego życia. Nawet w długim związku te rzeczy powinny być zrównoważone i obie obecne. Ciągła presja solarium i szpilek nie jest konieczna, ale dobrze jest przynajmniej od czasu do czasu zadać sobie pytanie, czy na przykład w tym miesiącu była jakaś okazja, żeby mój mężczyzna zapamiętał mnie jako atrakcyjną kobietę. Musimy się po prostu starać. Nie odpuszczajmy!


Autor: Renata Mazurowska

Komentarze