Kromka chleba na 24 kawałki. Monolog matki anorektyczki

„Nienawidzę swojej matki” – czytam w dzienniku Magdy. Serce przeszywa mi tak potężny ból, że nie mogę oddychać. Łzy cisną się do oczu. Ledwie widzę litery, ale pospiesznie przerzucam kolejne strony: „Tak bym chciała, żeby rodzice byli ze mnie dumni”, „Jestem wstrętna, gruba jak foka”, „Tylko ANA mnie rozumie”. Między krótkimi zapiskami pełzają czarno-białe wychudzone potworki. Roi się od nich w każdym jej szkolnym zeszycie.

Czytam i mam wyrzuty sumienia, że naruszam jej prywatność. Włażę z butami w intymny świat. Czytam i nie dowierzam, że to myśli mojej córki, tej wspaniałej, mądrej, otwartej, wesołej. Taka przynajmniej do niedawna była. Czytam i poznaję swoje dziecko na nowo, choć miałam na to 15 lat... Jestem zdruzgotana, zrozpaczona, bezradna.


Kromka z 24 kawałków

Magda wstaje z łóżka. Nalewa do miseczki zimnego mleka i wrzuca kilka kawałków jabłka. Przed tygodniem pływało tam jeszcze chociaż kilka płatków śniadaniowych. Kiedy zwracam uwagę, że to zbyt ubogie śniadanie, burczy coś pod nosem. Dobre i to, bo coraz częściej wrzeszczy, że znów się czepiam. Zamyka się w łazience na ponad pół godziny. Nie wiem, co można tam tak długo robić. Potem kilka razy zmienia ciuchy. Wyraźnie widać, że jest niezadowolona z tego, co widzi w lustrze. Wściekła łapie plecak i wychodzi, trzaskając drzwiami. Bez słowa.

Zbliża się szesnasta. Miała być w domu dwie godziny temu. Przychodzi zdenerwowana, ale nie chce powiedzieć, co się stało. Twierdzi, że obiad już zjadła u babci. Robi sobie mocną herbatę. Z plecaka wyjmuje litrową mineralną i wlewa w siebie całą zawartość butelki. Kiedy chcę pogadać, mówi że ma dużo nauki. Zamyka się w pokoju. Po godzinie, pod jakimś pretekstem, zaglądam do niej. Leży na łóżku zwinięta w kłębek, szczelnie otulona polarowym kocem. Nie widzę jej twarzy, bo nakryła się z głową. Nie wiem, czy śpi, czy udaje. Tak jest już od kilkunastu dni. Siadam na brzegu łóżka, próbuję ją pogłaskać, przytulić. Odsuwa się. Prosi, żebym zostawiła ją samą. Miała uczyć się do sprawdzianu, ale jakoś brakuje jej zapału. Coś pisze w zeszycie, a raczej gryzmoli.

Wieczorem niespodziewanie się ożywia, proponuje, że zrobi kolację. Krząta się po kuchni, nie dopuszcza nikogo do pomocy. Serowe placuszki lądują na talerzach. Wszyscy chwalą. Magda przygląda się, jak pałaszujemy ze smakiem, lecz sama nie je. Mówi, że nawąchała się tłuszczu i straciła apetyt. Robi sobie kanapkę: chrupkie pieczywo, szynka, ogórek. Ani grama masła. Dzieli ją nożem na równiutkie 24 kawałki. Zaobserwowałam, że zawsze jest ich tyle samo. Przeżuwa powoli, dokładnie. Zjedzenie jednej kanapki zajmuje jej prawie pół godziny. Popija obficie niegazowaną mineralną.


Książkowy przykład

Opowiadam koleżance z pracy o dziwnym zachowaniu córki. Próbuje mnie uspokoić, przypomina, że Magda od kilku lat wydziwia z jedzeniem. Rzeczywiście, a to jadła tylko ryby, a to tylko sałatki warzywne. Teraz jest jednak inaczej. Nie chodzi włącznie o to, czym się żywi, ale o to, jak się zachowuje i jak wygląda. Nie da się w ogóle dotknąć, choć jeszcze niedawno właziła mi na kolana. Zamknęła się w sobie. Jest szorstka, obca i agresywna. Ma coraz gorsze oceny w szkole. Niepokoję się, bo uczyła się dobrze.

W ciągu kilku miesięcy bardzo schudła. Nie daje się zważyć, ale wagę trzyma pod łóżkiem, w zasięgu ręki. Tak, jak miarkę krawiecką. Chyba sobie kupiła, bo wygląda na nową, a nie pożyczoną od babci-krawcowej. W szafce nocnej znalazłam środki przeczyszczające. Po co je trzyma? Magda odpowiada, że ma zaparcia. Ciekawe po czym? Po mleku z jabłkami?

Pod oczami pojawiły się sińce. Ma zapadnięte policzki i suchą skórę, którą bez przerwy naciera moimi balsamami. Zużywa je błyskawicznie. Zauważyłam, że ma jakieś dziwne dłonie, pociemniały jej paznokcie. Kiedy biorę ją za ręce, czuję chłód. Stopy też ma lodowate, jakby nie dochodziła do nich krew.

Mąż przyniósł do domu książkę, którą podrzuciła mu znajoma. Wziął do przeczytania, choć twierdzi, że to psychologiczne bzdury.

Jakie tam bzdury! Dla mnie to odkrycie. Opisane jest w niej wszystko, co zaobserwowałam u Magdy! Dopiero teraz dociera do mnie, że Magda jest anorektyczką.


Bezradność

Proszę, żeby coś zjadła. Podtykam pod nos jej ulubione potrawy. Tylko się złości. Błagam. Krzyczę. Płaczę. Nigdy nie wylałam tylu łez. Gotuję dietetyczne potrawy, byle tylko coś w nią wcisnąć. Wszystko na nic. Nie siada z nami przy stole. Bierze talerz, zamyka się w pokoju. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, wyrzuca jedzenie do sedesu.

Na kolację 24 kawałki jałowej kanapki i ziółka. Sprawdzam, co pije. To środek na przeczyszczenie. Wieczorem zakłada dres i biega, aż dobrze się spoci. Nie zajmuje jej to dużo czasu, bo bardzo szybko się męczy.

Nie śpi już od czwartej nad ranem. Słyszę przez ścianę, jak przewraca się na łóżku, gasi i zapala lampkę, chodzi po mieszkaniu.

Nie chce iść do lekarza. Twierdzi, że nic jej nie jest. Gaśnie na moich oczach. Na skórze pojawiają się łuszczące wykwity. Dopiero to sprawia, że zgadza się na wizytę w przychodni.

Lekarka rodzinna stawia Magdę na wagę. Porównuje wynik z zapiskami w karcie i z niedawnym bilansem. Magda waży 10 kg mniej niż poprzednio. Lekarka nie wydaje się zaniepokojona, choć ja panikuję. Zapisuje jakiś lek na poprawę apetytu. Tylko tyle.

Magda przestaje miesiączkować.


Na własną rękę

Rozpaczliwe szukam pomocy. Godzinami ślęczę przed komputerem w nadziei, że znajdę jakąś wskazówkę. Wszędzie blogi anorektyczek doradzających sobie, jak jeszcze bardziej schudnąć, jak oszukać mózg i żołądek, 40 powodów dla których warto być chudą. I te bzdurne deklaracje: „Kocham nic nie jeść. Nie jestem chora, po prostu mam silną wolę”, „Chuda = silna”. Każda chce być motylkiem: przezroczystym, zwiewnym, wolnym. Ostentacyjne pożegnania. Już nie wiem, o co w tym chodzi. To moda, poza czy rozpaczliwe wołanie o pomoc?

Znajduję kontakty do specjalistów, ale w odległych miastach. Dzwonię. Najbliższa wizyta za dwa miesiące. Nie mamy tyle czasu, bo Magda słabnie z dnia na dzień. Poza tym nie chce słyszeć o spotkaniu z psychiatrą. „Wariatkę chcecie ze mnie zrobić” – wrzeszczy.

Rozpytuję wśród znajomych. Może ktoś wie, dokąd powinnam udać się z córką. Kolega daje mi adres poradni psychologicznej w sąsiednim mieście. Ktoś inny podsuwa numer telefonu do specjalistki od anoreksji. Jedziemy na wizytę całą rodziną. Mąż jest zawstydzony, ja nie mogę opanować łez, Magda siedzi ze spuszczoną głową i milczy. Psychiatra przekonuje do terapii rodzinnej. Umawiamy się na kolejne spotkanie za dwa tygodnie. W domu Magda stwierdza, że „ta baba” jej się nie podoba i więcej tam nie pójdzie.

Zatroskana koleżanka dociera do znajomego endokrynologa w szpitalu klinicznym. Zgadza się z nami spotkać. Po kilku minutach rozmowy stawia diagnozę: anoreksja nervosa. Każe przywieźć skierowanie od lekarza rodzinnego. Na oddział kładzie ją następnego dnia


Szpital odmienia Magdę

Spędzam z nią każde przedpołudnie. Gadamy, plotkujemy, albo milczymy, trzymając się za ręce. Coraz częściej pozwala się przytulić. Powoli przybywa na wadze. Walczy ze sobą. Raz jest zadowolona, raz nienawidzi siebie za to, że wracają jej kobiece kształty. Codzienne ważenie doprowadza ją do szału, a najbardziej to, że nikt nie informuje jej, o ile przytyła. Ojciec okazuje jej więcej zainteresowania, mówi nawet, że ją kocha. To z jego strony duży postęp.

Bardzo powoli wraca Magdzie normalna temperatura ciała. W oczach pojawiają się dawne iskierki. Rozmowy z psychologiem i psychiatrą uzmysławiają jej powagę sytuacji. Najbardziej porusza ją to, że długa przerwa w miesiączkowaniu i zaburzenia hormonalne mogą sprawić, że będzie miała problemy z zajściem w ciążę.


Dlaczego?

Codziennie zadaję sobie to pytanie i nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Czy jestem złą matką, ślepą i głuchą na wołanie dziecka o ratunek? Jak mogłam dopuścić do tego, że tak się pogubiliśmy? Może byłam zbyt zajęta sobą, kiedy ona potrzebowała wsparcia, albo zrzuciłam na nią zbyt wiele swoich frustracji? Winię siebie za to, że zbyt późno dojrzałam.


Na prostej

Magda wraca do szkoły. Najlepsza koleżanka jest przy niej w trudnych chwilach. Śmieją się, wygłupiają. Idą do dyskoteki. W każdy wtorek spotkanie w psychologiem. Jestem z nią, a ona jest coraz bardziej ze mną. Małymi kroczkami zbliżamy się do siebie. Nawet nie wiem, kiedy minęły te trzy ciężkie dla nas lata.

Szaleję ze szczęścia. Magda otwiera się przede mną, zwierza ze swoich wątpliwości, dzieli codziennymi smutkami i radościami. Łazimy po sklepach, opowiada mi o chłopakach, doradza mi w różnych sprawach. W tym ferworze, niby przez przypadek, dotykamy swoich dłoni, obejmujemy się...

Nie wiem, czy liczy kalorie, ale lubi sobie podjeść. Wagi w domu nie ma. Krawiecka miarka niestety nadal leży w szufladzie blisko łóżka.

Drżę, gdy ogląda w telewizji wieszakowate modelki. Widzę w jej oczach zachwyt dla ich wychudzonych sylwetek. Nasłuchuję, kiedy zbyt długo przesiaduje w łazience. Mam wrażenie, że wymiotuje. A może się mylę? Żyję nadzieją, że na zawsze zerwała kontakt z ANĄ – „serdeczną przyjaciółką” anorektyczek. I że nie zawładnęła nią MIA...

Autor: Ewa Michalska

Komentarze