Konfortatywa a sprawa polska

To, że brać aptekarska jest zdolna – wiemy od kilku stuleci. Mówią o tym zachowane dokumenty i różne inne przekazy pisane. Ale żeby jeden aptekarz, sam w pojedynkę, był zdolny doprowadzić do upadku I Rzeczpospolitą…

Co ma piernik do aptekarza?


W takim Gdańsku na przykład aptekarze trudnili się wypiekiem korzennego ciasta o wdzięcznej nazwie „krude”. Z tego względu w swoim czasie (a był to początek XV wieku) nazywani byli nawet „krudenerami” (dziś określenie „krudener” byłoby chyba synonimem słowa „cukiernik”). No, ale co się nie robi, aby tylko interes szedł. Jakie jednak w smaku było owo ciasto korzenne „krude” – bliżej nie wiadomo. W każdym razie warto tu przytoczyć opinię Theodora Hirscha (poł. XIX w.), że pierniki toruńskie były o wiele smaczniejsze od wyrobów cukierniczych aptekarzy gdańskich (ciekawe, czyżby jakieś zachowały się do XIX w. i Hirsch je próbował?).

Z kolei nieżyjący już docent dr Henryk Pankiewicz przypomniał swego czasu, jak to dawni aptekarze trudnili się wyrobem znakomitych nalewek. I nie tylko wyrobem, także ich wyszynkiem. Jako że z handlowania tylko lekami nie utrzymaliby się oni sami, jak i ich rodziny. Swoją drogą, ciekawi mnie, co by na praktyki dawnych aptekarzy – gdyby je dziś wprowadzono do aptek – powiedzieli inspektorzy nadzoru farmaceutycznego?

Strach pomyśleć. Jedno wiem na pewno: z tamtych odległych czasów została aptekarzom wyborna umiejętność sporządzania wspaniałych nalewek, różnych „benedyktynów”, „cytrynówek”, „wiśniówek”, „miodników--krupników”, nie mówiąc już o całej kolekcji win (bywało, że czasem… destylowanych). Piłem, smakowałem… Mniam, mniam… Dodam tu jeszcze – w największym sekrecie – że owe omszałe (a jakże!) flasze znakowane były… trupimi główkami (sic!) dla odstraszenia potencjalnych, a niepowołanych kiperów.


Stanisław Koniecpolski i jego aptekarz

Wypunktowałem powyżej „duchowy” (czyt. spirytusowy) aspekt zdolności wytwórczych aptekarzy. Ale żeby jeden aptekarz, tak sam w pojedynkę, był zdolny doprowadzić do upadku… I Rzeczpospolitą, to tu już przysłowiowa szczęka opada. A ja nie łgam. Za Jarosławem Krawczykiem podaję (a ten za Joachimem Gerliczem, szlachcicem ruskim), jak to „Pan Stanisław Koniecpolski zmarł w majętności swojej w Brodach w kilka niedziel po
ożenieniu od konfortatywy, którą zażywał dla młodej żony, bo mu a p t e k a r z (podkreśl. A. D.) na kilka był dał, co on zażył i swego życia wiek dokonał”. My, starzy pigularze, znamy się na „materii” i rozumiemy, że imć pan Stanisław Koniecpolski przedawkował „lekarstwo”, które miało mu dać „męską moc” wobec poślubionej młodej żony. Widocznie sam nie dowierzał owemu aptekarzowi i całą porcję (a właściwie kilka porcji) łomotnął sobie od razu.

No, i szlag go trafił. Nie na darmo ów Jerlicz „lekarstwo” to konfortatywą nazywał, gdyż według niektórych słowników nazwa specyfiku wzmacniającego od łac. słowa „fortis” się wywodzi. A specyfik ten nie tyle serce pokrzepiać miał, ile organ męski w materiach miłosnych niezwykle ważny. Na koniec zasadne pytanie: a jakiż związek ma opisany incydent z upadkiem Pierwszej Rzeczpospolitej Szlacheckiej? Jak się za chwilę okaże – ma.

Otóż tenże Stanisław Koniecpolski, początkowo hetman polny koronny, a potem hetman wielki „bujał” skutecznie Tatarów, Turków i Szwedów. Trochę gorzej mu szło z Kozakami. Krawczyk twierdzi, że Koniecpolski był z nimi na remis. Jednakże w ostatecznej rozgrywce (pisze „meczu”) z Chmielnickim stawiał mimo wszystko na Koniecpolskiego. No cóż, po drodze życia wielkiemu hetmanowi (w końcu znów nie takiemu staremu – 52 lata) nawinęła się młoda i powabna podwika, która skutecznie zawróciła mu w głowie. A że – najwidoczniej
– hetman nie za bardzo pewny był swej „męskości”, wolał się zabezpieczyć odpowiednim „lekarstwem wzmacniającym” otrzymanym od bliżej nieznanego aptekarza. No, i wyzionął ducha. A Rzeczpospolita straciła bitnego wodza, który, gdyby żył, może nie dopuściłby do oblężenia Zbaraża i wielu innych klęsk, zwłaszcza tej pod Beresteczkiem (dowodzący wówczas wojskami polskimi ówczesny hetman Marcin Kalinowski poniósł sromotną klęskę, sam ginąc).

Można tu gdybać, co by było, gdyby żył Stanisław Koniecpolski? Czy doszłoby do tak haniebnej klęski pod Batohem? Cisnące się na usta pytania pozostaną pewnie bez odpowiedzi. Łącznie z tą, czy pewien aptekarz – chcąc „wygodzić” staruszkowi – nie zaszkodził Polsce? Bo ta – zmęczona w końcu „potopem” kolejnych wojen poczęła się z wolna chylić ku upadkowi, aż upadła zupełnie. Na całe 123 lata. Ach, gdyby nie ten aptekarz…

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze