Kiedy mi u was dobrze

Mówi się o nich pokolenie „bumerang”. Zamiast wyprowadzić się i wieść samodzielne życie, wolą mieszkać z rodzicami. Lata lecą, a im nie w głowie małżeństwo ani dzieci.Rozmowa z dr hab. Aldoną Żurek, socjologiem z UAM w Poznaniu.

Wielu singli po trzydziestce mieszka nadal z rodzicami i nie zamierza tego zmieniać. W niektórych krajach to już niemal „epidemia”. Czy to jakiś nowy trend społeczny?


To zjawisko narastające w wielu krajach. Szacuje się, że w Japonii 80 proc. 35-latków to single nadal mieszkający z rodzicami. Na świecie takich ludzi opisuje się jako „pokolenie bumerang”, „hotel- mama”, „pasożytniczy single”. My nie dopracowaliśmy się jeszcze własnego określenia, nie tylko dlatego, że w Polsce takich osób jest zdecydowanie mniej. Pozostawanie w bliskich relacjach z rodzicami nie jest dla nas czymś niezwykłym, inaczej niż w wielu społeczeństwach zachodnich.


Dlaczego ktoś wybiera taki styl życia? Nie ma potrzeby bycia samodzielnym?


Jeszcze kilkadziesiąt lat temu dochodzenie do samodzielności było proste. Kobiety odchodziły z domu wraz z zamążpójściem, mężczyźni po zdobyciu zawodu i niezależności ekonomicznej. Miało to miejsce w wieku 18-19 lat, po skończeniu szkoły zawodowej, bo wtedy o wiele mniej osób kończyło studia wyższe. Obecnie okres kształcenia jest dłuższy (średnia wieku absolwenta wyższej uczelni to 24-25 lat). Wiele osób woli przeczekać na łonie rodziny, aż skończy edukację i osiągnie konkretną pozycję w zawodzie. A to trwa latami. Związki małżeńskie także zawiera się później niż kiedyś, a więc odpada kolejny powód, by szybko odejść z domu.

Kolejna przyczyna ma charakter czysto ekonomiczny. Na jakie dochody może liczyć osoba, która kończy szkołę lub studia? W Europie mówi się o „pokoleniu tysiąca euro”, u nas przez analogię musielibyśmy mówić o pokoleniu 1000-1500 złotych. To nie są pieniądze, które dają możliwość samodzielnego startu. Wybór wydaje się prosty: po co mam się szarpać i wynajmować pokój, na który mnie nie stać, a przy okazji na wiele innych rzeczy, skoro mogę zostać w swoim własnym?

Ale wiele osób pociąga coś jeszcze – wygodnictwo. Bo fajnie jest być osobą dorosłą i tak być traktowanym. Pieniądze, które zarabiam, są dla mnie, mam pełną niezależność, nie muszę się opowiadać, o której wracam albo dlaczego nie ma mnie przez kilka dni. A jednocześnie mam wyprane, wyprasowane i posprzątane. Stąd określenie „hotel-mama”, którego używa się we Włoszech. Po co więc opuszczać taką miłą enklawę?


Czyli względy praktyczne przeważają?


Nie tylko. Są jeszcze inne mechanizmy. Rodzicom często jest na rękę, że dziecko nie chce od nich odejść. Dlaczego? Od początku lat 80. XX w. dramatycznie spada dzietność w naszym kraju, co oznacza, że małżeństwa mają średnio jedno lub dwoje dzieci. Inaczej wychowuje się jedynaka, inaczej szóstkę dzieci. Między nim a rodzicami powstaje rodzaj symbiotycznej więzi. Emocjonalnie trudno im się wzajemnie odpępowić. Obydwie strony czerpią z tego zyski. Skrócił się też dystans międzypokoleniowy. Rodzice stali się kimś w rodzaju starszych przyjaciół, nie staroświeckich „wapniaków”. Są bardziej wyrozumiali, akceptują styl życia młodych, czego nie mogli powiedzieć o swoich rodzicach.


A nie jest tak, że młodzi ludzie stronią od zakładania rodziny, bo to wymaga wielu wyrzeczeń?


Zdają sobie sprawę, że małżeństwo i rodzicielstwo jest kosztowne. Szacują, ile dóbr, które chcieliby mieć, pochłonie wychowanie dziecka, z ilu przyjemności będą musieli zrezygnować? Poza tym życie we dwoje wymaga kompromisów. Wszystko dzieli się na pół. Jeśli chcę kupić drogie perfumy, muszę uzgodnić to ze współmałżonkiem. Rodzice szybciej to zaakceptują. Będąc w związku, trzeba umieć się nagiąć, dostosować.


Uciekamy od małżeństwa, rodziny, bo te wartości się zdewaluowały?


Jako wartości deklarowane, nie. Nie wypada się przyznać, że nie lubi się dzieci, a małżeństwo to nuda. Ale wartości deklarowane, a realizowane to dwie różne rzeczy. Zwróćmy uwagę, czym ludzie się dzisiaj chwalą? Czy ktoś wyjmuje albumik, w którym są zdjęcia dzieci? Raczej pokaże, jak wygląda jego designerskie mieszkanie albo gdzie był na wakacjach. Obrączka na palcu nie jest dziś szczególnym osiągnięciem.


Jakie są koszty bycia singlem „przy rodzicach”?


Jak ma się te 40-50 lat i mieszka z rodzicami, to człowiek nagle się budzi, że nie ma w tym domu nic swojego, wszystko jest rodziców. To fajnie, że dogadujemy się w kwestii używania srebrnych sztućców, ale to nie są moje sztućce, nie mogę nimi dowolnie dysponować. Nawet nie mogę się z rodzicami rozwieść, żądając podziału majątku.
A druga rzecz to poczucie przywiązania. Osoba po czterdziestce, której rodzice zbliżają się do siedemdziesiątki ,czuje się w obowiązku, by zapewnić im na starość opiekę. Myśli: tak długo korzystałam z tego, co mi dawali, że teraz jestem zobowiązana im to oddać. I wiele osób uważa, że nie da się tego pogodzić z założeniem rodziny. To rodzaj spłacania długu pokoleniowego.


A co z poczuciem straconych szans?


Zwykle single są pogodzeni ze swoją sytuacją. Trudno, tak się życie ułożyło. Teraz jestem już w takim wieku, że powinnam raczej przygotowywać się do starości. Poza tym mamy inne więzi: przyjacielskie, żyjemy życiem naszych krewnych. Ponadto osobom samotnym żyje się dzisiaj łatwiej niż kiedyś. Jest większa tolerancja wobec takiego stylu życia. Nie ma już tylu dowcipów na temat starych panien i kawalerów.

Autor: Eliza Koźmińska-Sikora

Komentarze