Joanna Orleańska - chętnie zagram dobrą wróżkę

"...mam delikatny organizm. Miałam nawet taką śmieszną sytuację, gdy poszłam do lekarki rodzinnej i ona powiedziała mi, że urodziłam się nie w tym wieku, co powinnam. Stwierdziła, że odpowiedni byłby dla mnie wiek XIX − powinnam leżeć i pachnieć, a nie tak ciężko pracować..."

Gdy rozmawiałyśmy po raz pierwszy, najbardziej uderzył mnie pani głos. Jest taki delikatny, ciepły i przyjemny dla ucha. Zazdroszczę, bo sama mam głos Baby Jagi. Za to pani mogłaby grać dobrą wróżkę, zdarzyło się?


Nie, nigdy nie grałam księżniczek ani dobrych wróżek, ani nawet żadnych pozytywnych postaci z bajek (śmiech). Kiedyś w spektaklu dziecięcym „Przygody Hucka Finna” grałam dziewczynę kowboja. A jeśli chodzi o dubbing, to zawsze gram małych, niegrzecznych chłopców (śmiech). Nie ukrywam jednak, że po kilku trudnych rolach filmowych, które ostatnio grałam, mam w sobie taką chęć zagrania jakiejś jasnej, ciepłej postaci, która niesie ze sobą słońce, więc chętnie wcieliłabym się w dobrą wróżkę. Z przyjemnością wchodziłabym na plan i czyniła dobro (śmiech).


Pani mąż też ma taki miły głos. Nie myśleli państwo o wydaniu audiobooka z bajkami dla dzieci?


Nagrywaliśmy kiedyś charytatywnie mity greckie oraz bajki dla fundacji pomagającej chorym dzieciom. Nie były to jednak jakieś duże produkcje.


Głos to jedno z narzędzi pracy aktora. Czy jakoś specjalnie pani o nie dba, np. pije siemię lniane, robi płukanki?


Piję wodę z miodem, cytryną i siemieniem lnianym, ale to raczej z troski o swój delikatny żołądek, a nie głos.


Ma pani problemy z żołądkiem?


Tak, ze względu na moją pracę i związany z nią stres żołądek jest moim słabym punktem. Muszę dbać o to, co jem, po prostu uważać, co sobie tam do niego wprowadzam.


Sprawia pani wrażenie takiej kruchej i delikatnej. Zastanawiam się jak u pani z odpornością? Czy często się pani przeziębia?


Rzeczywiście mam delikatny organizm. Miałam nawet taką śmieszną sytuację, gdy poszłam do lekarki rodzinnej i ona powiedziała mi, że urodziłam się nie w tym wieku, co powinnam. Stwierdziła, że odpowiedni byłby dla mnie wiek XIX − powinnam leżeć i pachnieć, a nie tak ciężko pracować (śmiech). Było to po jednej z produkcji, gdy dziesięć dni z rzędu kończyliśmy zdjęcia w nocy, byliśmy po dwadzieścia godzin w pracy i złapała mnie jakaś infekcja. Często się przeziębiam, bo zawód aktora wiąże się z nieregularnym i niehigienicznym trybem życia.


Widzowie trochę inaczej wyobrażają sobie ten zawód...


Owszem, większość ludzi myśli, że aktorzy śpią do południa, pachną, odpoczywają, a potem wychodzą na bankiety. A to jest tak naprawdę bardzo ciężka, fizycznie obciążająca praca. Z jednej strony to ciśnienie, stres, a z drugiej to, że pracuje się na własnym organizmie, z własnymi emocjami, które sprawiają, że nasz mózg de facto nie odróżnia emocji prawdziwych od tych nieprawdziwych, granych.


Co to znaczy?


Gdy mocno jestem w roli, to muszę w sobie wzbudzić pewnego rodzaju emocje, żeby je prawdziwie oddać na ekranie. Dzięki temu przeżywam w pracy ekstremalne stany, których nie doświadczyłabym w życiu, ale z drugiej strony odbija się to na moim organizmie. Mózg dostaje po prostu sygnał stresu, bólu, cierpienia i zaczyna reagować. Jest to nawet naukowo potwierdzone, że jeśli będziemy długo myśleć o rzeczach nieprzyjemnych, to w końcu je odczujemy. Wystarczy tylko intensywnie pomyśleć np. o cytrynie i już się wydziela więcej śliny. Tak samo, gdy gram jakąś trudną rolę i przez 30 dni chodzę do pracy, przeżywam te emocje, jestem nimi „torpedowana” i ciągle myślę o nich − a jak większość aktorów jestem osobą silnie emocjonalną i wrażliwą − to organizm w końcu zaczyna produkować więcej hormonu stresu kortyzolu, co źle wpływa na zdrowie. My pracujemy na żywym organizmie, na własnym organizmie, który eksploatujemy, więc nic dziwnego, że to się później przekłada na stan zdrowia.


I jak tu się nie napić, by zapomnieć o tych cierpieniach?


Niestety to niechlubna prawda, ale rzeczywiście część aktorów odreagowuje, sięgając po alkohol. Ja nigdy nie stosowałam żadnych używek. Stronię od alkoholu, śmieję się, że stosuję go w dawkach leczniczych – ewentualnie jeden, dwa kieliszki wina czy odrobina koniaku. Nigdy nie byłam fanką upijania się czy nadużywania alkoholu. Nigdy nie paliłam papierosów. Powiem nawet, że mi to przeszkadzało, gdy musiałam grać osobę palącą, bo ja zwyczajnie nie umiem się nawet zaciągnąć. Jakoś tak naturalnie mój organizm dążył do życia w harmonii.


A gdy w domu pojawi się grypa, to kto w państwa aktorskim małżeństwie choruje bardziej widowiskowo i teatralnie?


My w ogóle nie dajemy sobie przyzwolenia na takie długie chorowanie (śmiech). Oboje z mężem jesteśmy osobami bardzo aktywnymi, więc denerwujemy się, gdy choroba nas zatrzymuje i wytrąca z pewnych działań. Nienawidzę leżeć w łóżku i chorować. Wiem, że są osoby, które czerpią z tego przyjemność, bo mogą wtedy poczytać książkę, pooglądać telewizję, ale dla mnie, gdy muszę odpoczywać z przymusu, to jest to po prostu gehenna. Dlatego oboje staramy się jak najszybciej z choroby wyjść.


Zdarzało się pani iść do pracy, będąc chorą?


Niestety tak. Nawet ostatnio chodziłam na plan „Ojca Mateusza” z obustronnym zapaleniem płuc. Zdarza się, że sceny letnie, wymagające lekkich ubrań gramy w listopadzie, więc się przeziębiamy, ale pracujemy dalej. Ten zawód jest naprawdę dla twardych ludzi (śmiech).


Kiedyś powiedziała pani, że chciałaby zagrać twardą brunetkę, ale wszyscy widzą w niej eteryczną blondynkę?


To prawda, często reżyserzy albo inne osoby zajmujące się produkcją filmu biorą do niego aktorów według pewnego klucza. Jeśli aktorka sprawdziła się kiedyś w określonej roli, to potem zatrudniają ją w podobnej. Mnie na początku kariery zdarzyło się zagrać kilka ról pokrzywdzonych kobiet i wiele osób tak mnie zobaczyło. I chyba dalej mnie tak widzą, bo takie zwykle dostaję propozycje. Mamy mały rynek filmowy i reżyserzy czy producenci boją się obsadzić kogoś w roli nieoczywistej, bo to może im się nie opłacić. Dzisiaj wręcz oczekuje się od aktora takiego jednego, jasnego wizerunku. W rezultacie do określonych ról mamy ciągle eksploatowane te same osoby.


Marzy się pani zagranie czarnego charakteru?


Myślę, że w kinie granie przeciwko swoim warunkom jest dużo ciekawsze. Niby zdaję sobie sprawę, że mój wygląd, kolor włosów, tembr głosu niesie już coś ze sobą, determinuje role. Chociaż zdarzyło mi się zagrać w niemieckim filmie „Mit dem Rücken zur Wand” postać kruchej, delikatnej, uczciwej blondynki, która, jak się okazuje na samym końcu filmu, pod tą powierzchownością skrywała oblicze kobiety przebiegłej i bezwzględnej. I to moim zdaniem było ciekawe dla widza, zaskakujące. Granie samego siebie jest dla aktora nudne.


Skoro większość reżyserów zatrudnia aktorów „po warunkach” to może czas na jakąś metamorfozę?


Myślałam o tym, ale z drugiej strony to może przynieść odwrotny skutek, bo mogę np. przestać w ogóle grać, ponieważ widzowie nie będą mnie akceptować. Już parę razy starałam się przyciemnić włosy. I co? Gdy dostaję produkcję, to męczę się, gdyż z tych przyciemnionych włosów muszę wracać do blondu, bo reżyserzy i widzowie tak mnie jednak wolą oglądać. Poza tym nie mam też ochoty w życiu prywatnym udawać kogoś innego i np. zafarbować się na czarno czy ubierać się jak kobieta lekkich obyczajów, żeby reżyserzy mnie zauważyli. Chociaż być może jest to jakiś sposób, ale nie wiem, czy we mnie jest aż taka determinacja, aż takie marzenie, żeby ze swojego życia prywatnego czynić poligon teatralny.


Należy pani do tych aktorek, które dla roli zdecydowałyby się ogolić głowę na łyso, sporo przytyć albo dać się oszpecić?


Nawet już mi się zdarzyło dość mocno oszpecić się dla roli. W filmie „Ostatnie piętro” moja bohaterka jest przetrzymywana przez męża w domu, zaczyna ciężko chorować, lecz on nie wzywa lekarza. Ta sytuacja doprowadza do tego, że kobieta stopniowo gaśnie, a gdy umiera, zostaje przez męża zamurowana w ścianie. Niestety mało jest takich ról w polskiej kinematografi i, od produkcji hollywoodzkich dzieli nas przepaść. Oczywiście marzy mi się taka rola, do której ktoś zaproponowałby mi, żebym schudła, przytyła, czy obcięła włosy. Byłabym na to gotowa, gdyby rola była tego warta.


A gdyby reżyser zasugerował wypełnienie zmarszczek albo powiększenie piersi?


Zdecydowanie nie. Jestem sceptycznie nastawiona do botoksu. To jednak działanie jadem kiełbasianym, który na pewien czas paraliżuje mięśnie. Po jakimś czasie twarz może się dziwnie „zachowywać”, bo jedne mięśnie działają, a inne nie. Poza tym te wszystkie „zrobione” twarze upodabniają się z czasem do siebie.


Zresztą botoks nie jest pani potrzebny. Naprawdę bardzo młodo pani wygląda! To zasługa diety, snu, genów?


Chciałabym się wysypiać (śmiech). Jestem niestety nocnym markiem, a odkąd nasze dziecko poszło do szkoły, muszę wcześniej wstawać i w związku z tym tego snu jest za mało. Ale, tak jak już wcześniej powiedziałam, nigdy nie paliłam, nie piłam, nie stosowałam innych używek i nigdy się nie opalałam. Unikam słońca, jak mogę i myślę, że to się dobrze odbija na kondycji mojej skóry. Zauważam np., że gdy wyjeżdżamy na wakacje nad morze, gdzie przebywamy na ostrym słońcu, to gdy wracam, moja skóra jest przesuszona i gorzej wygląda.


I nie stosuje pani żadnej diety?


Nigdy nie stosowałam (śmiech). Oczywiście staram się zdrowo odżywiać i myśleć o swoim organizmie, ale też bez przesady. Od wielu lat stołuję się w domu, sama gotuję, staram się, żebyśmy nie jedli przetworzonej żywności. Codziennie na śniadanie wypijamy z mężem koktajl z jarmużu, pietruszki, banana, odrobiny imbiru i wody mineralnej. Taki koktajl „trzyma” człowieka kilka godzin i jest też niezastąpionym źródłem np. witaminy C, która przyswaja się w tej postaci w stu procentach. Od lat nie piję też coli czy napojów gazowanych, uznaję tylko naturalne soki. To pewnie także zasługa genów, bo moi rodzice wyglądają młodo i są ciągle aktywni.


A chodzi pani do kosmetyczki?


Nie, nie lubię tego. Wydaje mi się, że po wizycie wyglądam gorzej niż przed (śmiech). Nie wiem, na czym to polega, ale od razu po kosmetyczce zaczyna mnie wysypywać, mam podrażnioną skórę. Dwa razy zdecydowałam się na kwasy i powiem, że rzeczywiście po paru tygodniach cera była bardzo nawilżona i świeża. Natomiast cały ten tydzień, kiedy skóra odchodziła mi z twarzy jak krokodylowi, to był dla mnie jakiś koszmar (śmiech). I po prostu ciężko mi się ponownie na coś takiego zdecydować. Kupuję za to dobrej jakości kosmetyki, z masłem karite, kokosem czy olejem arganowym z witaminami A i E, który jest świetnym, naturalnym wspomagaczem urody. Myślę, że nie bez znaczenia jest też stosowanie peelingów.


A co ze sportem, ćwiczy pani na siłowni?


Nie, nienawidzę siłowni (śmiech). Jak sobie pomyślę, że mam pójść na taki rowerek albo podnosić hantle w zapoconym, dusznym albo klimatyzowanym pomieszczeniu, to jakoś mi się nie chce sportu uprawiać (śmiech). Prowadzę aktywny tryb życia, wiele lat pracowałam w teatrze, co wiązało się z aktywnością fizyczną. Z mężem od paru lat rekreacyjnie gramy w tenisa. Co weekend staramy się wyjeżdżać na kort i tam się wybiegamy (śmiech). W zeszłym roku brałam też udział w 2 edycji „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami” i miałam tam trzymiesięczny trening taneczny. Powiem szczerze, że tego mi naprawdę bardzo brakuje i żałuję, że nie znalazłam czasu i motywacji, żeby kontynuować tę przygodę. Moje ciało po tych trzech miesiącach zaczęło wyglądać o niebo lepiej.


Tak sobie myślę, że z taką młodzieńczą urodą spokojnie można panią obsadzić nawet w roli 19-letniej Joanny d’Arc zwanej Orleańską. To prawda, że otrzymała pani imię na jej cześć?


Tak, mój ojciec jest archeologiem i zawsze był zafascynowany postaciami historycznymi. Jak byłam małym dzieckiem, to nie opowiadał mi bajek o księżniczkach, tylko ciekawe historie o koniu trojańskim albo o Rycerzach Okrągłego Stołu czy właśnie o Joannie d’Arc, na której cześć mam imię. Bawiłam się w Joannę w dzieciństwie. Ojciec przynosił z wykopalisk różne miecze, które konserwował i fotografował, i pamiętam, że nieraz mi się zdarzyło wziąć taki miecz i wyobrażać sobie, że walczę (śmiech). Wiele lat potem poznałam Pawła (mąż Paweł Orleański – przyp. red.) i przyznam, że w pierwszej chwili nie skojarzyłam tego z tą historią. Dopiero później, gdy przyjęłam nazwisko męża i usłyszałam tę zbitkę – Joanna Orleańska, to ta historia we mnie na nowo odżyła. Nie chcę, żeby to zabrzmiało patetycznie, ale uważam, że gdzieś tam byliśmy dla siebie stworzeni. Wiele osób do dziś uważa, że to mój pseudonim, jakaś fanaberia. Widziałam taki wpis w internecie „Joanna Orleańska (PRAWDZIWE nazwisko Pierzak)”, tak jakbym sobie to nazwisko wymyśliła (śmiech). A ja po prostu wyszłam za mąż i jak 90 proc. kobiet przyjęłam nazwisko męża.


Pani tata się pewnie ucieszył, że wyszła pani za mąż za Orleańskiego?


(śmiech) Myślę, że się ucieszył, że Paweł, to po prostu fajny człowiek, a nie ze względu na jego nazwisko.


Prowadzi pani z mężem firmę producencką. Czy umiejętności aktorskie przydają się w biznesie?


Przydają się o tyle, że łatwiej jest nam „zaczarować” klienta, zrobić cały teatr na spotkaniu. Potem już potrzebne są inne cechy, jak dobra organizacja, zejście na ziemię, a nie bujanie w chmurach, w emocjach. Liczą się konkrety i efekt pracy. Mój mąż jest utalentowany na wielu płaszczyznach. Ma smykałkę do technicznych rzeczy, bo ja np. jestem komputerowym antytalentem. Śmieję się, że nawet wysłanie załącznika to dla mnie ogromny problem. Mam natomiast świetny zmysł organizowania, mam dużą wyobraźnię, więc pomagam mu w kreacji i produkcji. Dobrze uzupełniamy się w pracy i chociaż czasem dochodzi między nami do kłótni, to bardzo lubię z nim pracować.


Pani działalność na tym polu została doceniona. Otrzymała pani w tym roku statuetkę „Polskiej Lwicy Biznesu” w kategorii Media. Czy ta nagroda otwiera jakieś drzwi?


To się jeszcze okaże. Nie ukrywam, że było to dla mnie wielkie zaskoczenie. Nigdy nie sądziłam, że po artystycznej szkole otrzymam jakąkolwiek nagrodę w kategorii biznesowej (śmiech). Traktuję to wyróżnienie jako potwierdzenie, że warto się spełniać i iść za swoimi marzeniami. Cieszę się, że moja ciężka praca została doceniona.


Mam dwie przyjaciółki spod znaku Raka, obie mają niezwykłą umiejętność planowania podróży – od dojazdu, wyboru miejsca noclegu, atrakcji do zwiedzenia, po wcześniejsze sprawdzenie, gdzie można dobrze zjeść. Pani też ma taki „dar”?


Absolutnie mam taki dar (śmiech). Czasami myślę, że popełniłam błąd, wybierając kierunek studiów, że powinnam iść na coś związanego z organizacją. Jeśli chodzi o podróże, to są pasją i miłością mojego życia. Uwielbiam zmieniać otoczenie, klimat, patrzeć jak ludzie żyją. To otwiera głowę, uczy tolerancji, pokazuje, w jakim miejscu jesteśmy, co ewentualnie możemy zmienić. Potrafi ę też dobrze zaplanować podróże. Zdarzyło mi się nawet pilotować kierowcę przewodnika podczas jednej z naszych wypraw (śmiech).


Dziękuję.

Autor:

Komentarze