Jestem w podróży - rozmowa z Joanną Trzepiecińską

Olga Oswaldo rozmawia z Joanną Trzepiecińską.

Jest pani osobą bardzo zapracowaną – poranne próby i wieczorne spektakle w teatrze, kręcenie kolejnych odcinków serialu i wyjazdy z koncertami. Do tego dwaj synowie i codzienne obowiązki domowe. Jak pani dba o swoją kondycję, o zdrowie?


– Kiedy mam wolną chwilę, lubię pobyć sama. Wsłuchać się we własne myśli, nazwać potrzeby. Albo spędzić ten czas czytając. Ale moi aktywni synkowie rzadko pozwalają mi na błogie lenistwo. Zmuszają mnie do ciągłego ruchu. Choć nigdy nie byłam typem sportowca, dzięki nim jeżdżę na łyżwach, nartach, na rowerze, chodzimy razem na basen. Ale wiem z doświadczenia, że prawdziwie dobre samopoczucie mamy wtedy, gdy zachowujemy równowagę między ciałem a duchem. Jeśli mam spokojny umysł, to potrafię uporządkować trudne sytuacje, czuję się zdrowa i silna. Toteż nie kumuluję złych wspomnień, nie żywię długo urazy. Wybaczam. Staram się też nie przegapić życzliwych, pomocnych w trudnych chwilach ludzi. Kontakty z nimi dodają energii.


Jakie zasady życiowe, wyniesione z rodzinnego domu, są nadal dla pani istotne?


– Pochodzę z tradycyjnego domu, w którym pielęgnowano pokoleniową hierarchię. Cenię sobie „rodzinność”. To nie znaczy, że muszę ciocie i wujków widywać codziennie. Trwam jednak w wierze, że zawsze mogę na nich liczyć. Nie musimy żyć swoimi sprawami, ale wiemy, że w razie kłopotów możemy nie tylko na sobie polegać, ale mamy wręcz obowiązek sobie pomóc. To jest też ważne, kiedy poprzez małżeństwo wchodzimy do nowej rodziny. Mimo rozwodu jestem nadal w dobrych kontaktach z rodziną byłego męża. Niezwykle sobie cenię jej troskę.


Kiedyś powiedziała pani, że im jest kobieta starsza, tym bardziej siebie lubi. Co to znaczy?


– Lata pracy nad sobą dają po prostu efekty. Jestem coraz atrakcyjniejsza. A co nie widać? (śmiech). Ale mówiąc poważnie… Mam tendencje do bycia perfekcyjną. To trudna cecha. Wywołuje ciągłą potrzebę analizowania. Wzmaga krytycyzm i niezadowolenie wobec własnych dokonań. Z drugiej jednak strony zmusza do pracy. Nie pozwala spocząć na laurach. Każe zdobywać nowe umiejętności. A ja kilka takich, bardziej i mniej potrzebnych, posiadam. Paradoksalnie nowa sytuacja życiowa pozwoliła mi przypomnieć sobie o kilku takich atutach. Z wiekiem poznajemy swoją wartość i przestajemy się przejmować byle jakimi opiniami.


Za rolę Claire w spektaklu „Dowód” reżyserowanym przez Andrzeja Seweryna, wystawianego w Teatrze Polonia otrzymała pani rok temu prestiżową w środowisku teatralnym nagrodę Feliksa. Czy teatr ciągle jest największą miłością?


– To, co najlepsze, spotkało mnie w tym zawodzie. Dotyczy bowiem mojej pracy na scenie. Tę przy „Dowodzie” realizowanym w Teatrze Polonia cenię sobie szczególnie. Spotkanie z Andrzejem Sewerynem, Marysią Seweryn, z ludźmi pracującymi przy tym spektaklu przywraca wiarę w sens uprawiania tego zawodu. Ich profesjonalizm, nadzwyczajna rzetelność, nieustawanie w drążeniu, zgłębianiu granego materiału przy każdym spektaklu jest imponująca. Andrzej Seweryn jest mistrzem analizy. To wielka przyjemność móc pracować z aktorami tak uprawiającymi ten zawód. A poza tym, w tym teatrze istnieje prawdziwe życie bufetowe! Z moich doświadczeń wynika, że teatr bez dobrego bufetu musi paść (śmiech).


Drugą pani miłością stały się chyba recitale, z którymi jeździ pani po całej Polsce?


– Bo to wielka frajda móc zrealizować własny projekt, a potem podzielić się nim z publicznością i otrzymać za to podziękowanie. Odważyłam się na to przedsięwzięcie dzięki pomocy wspaniałych muzyków jazzowych, z którymi mam przyjemność grywać. Móc stanąć na jednej scenie z Bogdanem Hołownią, Andrzejem Jagodzińskim, Włodzimierzem Nahornym czy Januszem Szromem to dla mnie wielki zaszczyt. A poza tym, tak przyjemnie jest móc się nadal uczyć. Od najlepszych. No i nie ma co ukrywać, że śpiewam w tym programie piękne piosenki. Realizowałam ten projekt z potrzeby serca, a ono skierowało mnie ku wyrafinowanym słowom i wartościowej muzyce.


Jednak, co tu dużo mówić, to role filmowe, a właściwie dwie Alicje, przyniosły pani największą popularność. Pierwszą była Alicja z „Papierowego małżeństwa”, a drugą Alutka z serialu „Rodzina zastępcza”. Zwłaszcza ta druga postać, grana przez panią z powodzeniem od wielu lat, jest tak lubiana przez telewidzów. Ma pani z nią coś wspólnego?


– O Alutce mówiłam już nieraz, bo też nie sposób nie zauważyć, że jest to serial pisany z ogromnym talentem, dający aktorom świetny materiał do grania. To jest postać, od której naprawdę można się wiele nauczyć. Bo choć Alutka obdarzona jest dość pokrętną logiką, to radzi sobie w życiu imponująco. W przeciwieństwie do mnie.


Dużo się ostatnio działo w pani życiu, zwłaszcza osobistym. W jakim jego momencie znajduje się pani obecnie?


– W niezwykle interesującym. Rozpiera mnie ciekawość, co mi się teraz przydarzy. Co życie przyniesie. Czym nagrodzi, a z czym każe się zmagać. To wszystko napędza we mnie olbrzymią pożądliwość każdego następnego dnia. Nowa sytuacja zmusiła mnie do podsumowania ostatnich lat. Myślę, że naprawdę dobrze je przeżyłam. Zapracowałam uczciwie na to, by mieć swoją publiczność. Naprawdę wielką satysfakcją jest móc wypełnić salę. Oznacza to, że ludzie, którzy kupują na mnie bilet, mają do mnie zaufanie, szanują moją pracę. Urodziłam dwóch pięknych, inteligentnych synów. Pracuję nad tym, żeby wyrośli na mądrych ludzi. Efekty mojej pracy pozwoliły mi na zorganizowanie domu. Żyję w przekonaniu, że choć moje małżeństwo się skończyło, to przecież miało sens, bo przeżyłam nie tylko chwile trudne, ale też piękne i niebanalne. W jakim momencie życia więc jestem? Jestem… w podróży.

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze