Jestem w ciągłym ruchu

Przygodę z telewizją zaczynała, będąc dzieckiem. Teraz sama ma dziecko, ale mimo to nie zwalnia. Gra w teatrze i serialu, koncertuje. Lubi, jak dużo się dzieje. Nam opowiedziała o początkach swojej kariery, instynkcie opiekuńczym i relaksującej mocy gotowania. Z Aleksandrą Szwed, aktorką i wokalistką, rozmawia Anna Komorowska


Biorąc pod uwagę to, ile ma Pani lat, trudno uwierzyć, że w tym roku powinna Pani obchodzić dwudziestolecie swojej pracy! Pamięta coś Pani z początków przygody z telewizją?


Oczywiście. Swoją pierwszą wizytę w telewizji pamiętam, jakby to było wczoraj. Miałam zaledwie 5 lat i było to dla mnie nie lada przeżycie. Nagrywaliśmy program „Ziarno”, odcinek wielkanocny. Pamiętam, że jak szalona biegałam po korytarzach TVP na Woronicza, siejąc zamęt (śmiech). Biedny kierownik planu zapewne przeżywał koszmar, próbując mnie okiełznać. Zrobiłam reżyserowi awanturę o królika, którego − ku memu ogromnemu niezadowoleniu – nie było widać w kadrze i wróciłam do domu z kilkoma... kurczaczkami. Babcia, kiedy je zobaczyła biegające po wielkanocnym stole, omal nie dostała zawału.


Była Pani małym dzieckiem, więc sama nie chodziła na castingi. Ktoś za Panią decydował w jakich programach brać udział, o jaką rolę się starać, czy miała Pani coś do powiedzenia?


I tu panią zaskoczę – nikt za mnie nie decydował. Moi rodzice zawsze byli przy mnie i wspierali mnie, ale nigdy nie próbowali mojego życia przeżyć za mnie i bardzo im za to dziękuję. Mogłam na nich liczyć nawet wtedy, kiedy jasno dawali mi do zrozumienia, że nie zgadzają się ze mną w danej kwestii, albo kiedy mieli wątpliwości co do słuszności moich decyzji. Mimo tego w kwestiach zawodowych od zawsze decyzje podejmowałam ja. Moi rodzice za każdym razem służyli mi radą, przedstawiali swój punkt widzenia, dzielili się zastrzeżeniami, obawami, pomysłami, ale dopóki wywiązywałam się ze wszystkich obowiązków i wszystko w domu i szkole było w porządku, ostatnie słowo należało do mnie. To ogromne zaufanie, które we mnie pokładali, dało mi niesamowitą siłę i było wielką motywacją nie tylko do działania, ale także do zachowania rozwagi. Chciałam udowodnić, że się nie pomylili i że jestem tego godna. Chyba mi się udało. Mam taka nadzieję.


Później była długa przygoda z „Rodziną zastępczą”. Serial trwał ponad 10 lat, musieliście się już chyba czuć jak prawdziwa rodzina?


Faktycznie. Po tylu latach plan serialu stał się dla mnie drugim domem, a ekipa rodziną. O ile planu już nie ma, to więź z ludźmi pozostała do dziś. Zawsze, kiedy spotykam kogoś z dawnej ekipy „Rodziny zastępczej”, czuję ogromną radość. To takie uczucie jak wtedy, kiedy spotka się po latach dobrego, dawno niewidzianego przyjaciela. W sumie tak właśnie jest.


Ma Pani nadal kontakt z serialowym rodzeństwem?


Kiedy nasza wspólna przygoda z „Rodziną zastępczą” dobiegła końca, po pewnym czasie nasze drogi się rozeszły, ale nadal jesteśmy sobie bardzo bliscy. Dorastaliśmy razem, spędziliśmy ze sobą ponad 10 lat i na planie żyliśmy ze sobą jak prawdziwe rodzeństwo. Żaden czas ani odległość nie jest w stanie tego zmienić.


Teraz gra Pani Lilianę w serialu „Barwy szczęścia”. Dziewczyna jest tancerką z Kuby. Czy takie gorące rytmy są bliskie Pani sercu, czy woli Pani coś bardziej klasycznego, a może nowoczesnego?


Z każdego po trochu. W zależności od nastroju. Jednak muszę przyznać, że gorące rytmy mają w sobie „to coś”.


Tańczy Pani (i stepuje!) również na deskach teatru i to w stroju… zakonnicy. Zdarzyło się, że ktoś z widzów wyszedł oburzony albo że wśród publiczności były prawdzie zakonnice?


Gościliśmy na widowni zarówno zakonnice, jak i księży. I to niejednokrotnie. Spektakl bardzo im się podobał. Kiedy występowaliśmy w Częstochowie mieliśmy przyjemność po spektaklu spotkać się z prawdziwymi siostrami. Powiedziały coś, czego się nie spodziewałam i co bardzo mnie wzruszyło – że tym spektaklem robimy dla wiary więcej niż niejedno kazanie. Jednak religia i wiara to kwestie niezwykle delikatne i bardzo osobiste. Zdarza się, że niektórym nie odpowiada humor i frywolność z jaką podeszliśmy do tematu w tym spektaklu. Osobiście liczyłam się z tym, decydując się na tę rolę, ale z radością mogę stwierdzić, że do tej pory były to naprawdę nieliczne, pojedyncze przypadki.


À propos zakonnic. Kiedyś przeczytałam, że aktorzy są bardzo przesądni i podobno zakonnica na widowni może być przyczyną zapomnienia przez aktora tekstu. A czy Pani jest przesądna?


Nie należę do osób przesądnych, choć przyznaję – przydeptuję scenariusz, kiedy go upuszczę i nigdy nie gwiżdżę na planie ani w teatrze. No, chyba że rola tego wymaga.


Jest Pani aktorką, ale zajmuje się też konferansjerką, śpiewa i udziela się charytatywnie. W dodatku niedawno została Pani mamą. Jest szansa, żeby to wszystko „ogarnąć”?


Ja po prostu kocham, kiedy się dużo dzieje. Zawsze powtarzałam w wywiadach, że nie znoszę stagnacji i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Kocham być w ciągłym ruchu między innymi dlatego, że pozwala mi to w pełni doceniać i należycie celebrować każdą pojedynczą chwilę spokoju. Zawsze lubiłam stawiać przed sobą nowe wyzwania, nieustannie sprawdzać się w różnych, nowych dziedzinach. Fakt, że każdego dnia mogę robić coś zupełnie innego, to jedna z rzeczy, które najbardziej cenię w mojej pracy. Daje mi to nie tylko ogromną satysfakcję, ale i poczucie spełnienia. Poza tym może to dziwne, ale łatwiej jest mi wszystko „ogarnąć”, kiedy mam dużo zajęć – im więcej, tym lepiej (śmiech). Nie wiem na czym to polega, ale w tym szaleństwie jest metoda.


Zaledwie chwilę po urodzeniu dziecka odzyskała Pani rewelacyjną sylwetkę. To zasługa genów, specjalnej diety, czy może uprawia Pani jakiś sport?


To przede wszystkim zasługa dwóch mężczyzn mojego życia (śmiech). Syna obdarzonego ogromnym apetytem i mojego partnera, który jako zawodowy trener personalny bardzo mi pomógł i nadal pomaga w jak najszybszym powrocie do formy. Moje ciało jest, jakby nie patrzeć, w pewnym sensie moim „narzędziem pracy”, a mój zawód wymaga ode mnie pełnej sprawności fizycznej. Tu chciałabym zwrócić uwagę na jedną, moim zdaniem bardzo ważną rzecz – to nie wyścig. Trzeba słuchać siebie, swojego ciała i podchodzić do sprawy z rozsądkiem. W końcu nasze zdrowie jest tutaj najważniejsze. Nic na siłę. W moim przypadku nie bez znaczenia było też to, że do samego końca, dosłownie do ostatniego dnia przed porodem, byłam aktywna. Oczywiście, jak już wspominałam, każdy przypadek jest inny i należy o tym pamiętać. Ja na szczęście bardzo dobrze znosiłam ciążę, więc mogłam sobie na to pozwolić.


To może pora pomyśleć o wydaniu jakiegoś poradnika dla młodych mam – np. „Jak wrócić do formy, ale nie dać się zwariować”?


Schlebia mi pani, naprawdę, ale pisanie poradników, chyba jednak zostawię ekspertom (śmiech).


Jest Pani taką „energetyczną” osobą, gdzie ładuje Pani akumulatory?


W domu. To moja oaza spokoju i miejsce, w którym naprawdę odpoczywam.


Dla niektórych kobiet gotowanie to przykry obowiązek. Pani się raczej nie zalicza do tego grona, prawda?


Absolutnie nie. Uwielbiam gotować, zwłaszcza jeśli robię to dla kogoś. Dla mnie to jeden z najlepszych sposobów na odstresowanie się. Pewnie to dla niektórych zabrzmi dziwacznie, ale chwile spędzone w kuchni są dla mnie niezwykle relaksujące. Skupienie się na prostych czynnościach takich jak choćby obieranie, krojenie czy mieszanie i własnych zmysłach – na węchu, smaku, wzroku, dotyku, a nawet słuchu − naprawdę pozwala mi się uspokoić i zebrać myśli.


Gotuje Pani nowocześnie i „chudo” czy tradycyjnie „na bogato”?


Różnie. To zależy tak naprawdę tylko od tego, co w danej chwili znajduje się w lodówce (śmiech) i oczywiście od tego, na co mają apetyt moi najbliżsi.


W wywiadach bardzo ciepło wyraża się Pani o mamie i babci. Gotujecie czasem razem, czy każda jest królową, która rządzi w swojej kuchni?


Na co dzień każda z nas ma swoje kulinarne królestwo, ale czasami, zwłaszcza w okolicy świąt, kiedy to na dłużej pojawiam się w rodzinnym domu, zdarza się nam gotować razem i naprawdę bardzo, bardzo to lubię. Gotujemy, śmiejemy się, rozmawiamy – tak po prostu. Niby to czynności zupełnie prozaiczne, wręcz banalne, ale jest w tych chwilach coś absolutnie magicznego. Takie momenty są dla mnie bardzo ważne i wyjątkowe choćby dlatego, że spędzam je razem z dwiema najwspanialszymi kobietami pod słońcem.


Jak wracam od mamy albo drugiej mamy, czyli teściowej, to zawsze „bogatsza” o kilka słoików z pysznościami. Pani też tak ma?


(śmiech) Oj tak. Ale to przecież nic innego, jak niemy, acz bardzo smakowity, dowód ich miłości do nas, więc jakżebym mogła się przed tym wzbraniać?


Nie da się ukryć − ma Pani wiele talentów. Po kim jest Pani taka zdolna?


Hmmm... Pewnie po mamusi (śmiech).


Ma Pani w spojrzeniu takiego diablika (jak mawiała moja babcia) i to akurat komplement z mojej strony. Czy zdarza się Pani żartobliwie podokuczać innym, ma Pani cięty dowcip?


Dziękuję (śmiech). Czy mam cięty dowcip, to chyba nie mnie oceniać, ale faktycznie lubię się czasem poprzekomarzać.


Zostańmy w temacie „diablików”. Ma Pani jakieś malutkie grzeszki? Może zdarza się Pani zjeść jakiś fast food, kupić setną torebkę albo nie zmyć makijażu przed snem?


Winna. Winna. Winna. Więcej grzechów nie pamiętam (śmiech).


Zapewne wszystko będzie Pani wybaczone, bo robi Pani dużo dobrego dla innych – udziela się Pani charytatywnie dla chorych dzieci i pokrzywdzonych psiaków. Jako zodiakalna Lwica ma Pani potrzebę ochrony słabszych?


Faktycznie mam bardzo silny instynkt opiekuńczy. Zawsze miałam. Nie wiem czy to kwestia znaku zodiaku. To raczej geny (śmiech) i zdecydowanie coś, co wyniosłam z domu. Tak mnie po prostu wychowano. Mam świadomość tego, że miałam wiele szczęścia w życiu – mam pracę, którą kocham, dach nad głową, rodzinę i przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć i jestem zdrowa. O nic więcej nie mogłabym prosić losu. Staram się więc pomagać tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, co ja. Dobro przecież tak naprawdę nic nas nie kosztuje – odrobinę czasu, chwilę uwagi. Jeśli w ten sposób można pomóc choć jednej osobie czy zwierzakowi, zwrócić uwagę ludzi na jakiś problem, to uważam, że warto.


Dziękuję za rozmowę

Autor:

Komentarze