Jestem typem samotnika

Wciąż jestem zachłanny - pozytywnie zachłanny. Ciągle chcę się mierzyć z kolejnymi rolami, które, mam nadzieję, na mnie czekają. Chcę iść do przodu, pracować, wzbogacać swoje myślenie o tym zawodzie - rozmowa z Samborem Czarnotą.

- Nosisz staropolskie imię, które oznacza „walczący samotnie" Czy oddaje ono Twój charakter?


Chyba tak, jestem trochę typem samotnika. Lubię czasem uciec od wszystkiego. Sam wypłynąć na jezioro, pójść do lasu czy wędrować brzegiem morza coraz dalej i dalej. Stan zamierzonej samotności jest mi potrzebny, by oddać się wyłącznie własnym myślom i marzeniom. Po prostu spokojnie nad czymś się zastanowić albo nie myśleć o niczym. Jednak, z drugiej strony, kocham być wśród ludzi. ciągle walczę. Mam na myśli to, że w dążeniu do określonego celu nigdy się nie poddaję. Nie rozczulam się nad sobą.


- Podobno jesteś bardzo wymagający wobec siebie.


Rzeczywiście, dużo od siebie wymagam i bardzo krytycznie oceniam swoją pracę i jej efekty. Jako ambitna bestia wyznaję zasadę, że zawsze może być lepiej. Kiedy coś wychodzi mi nie tak, jakbym sobie tego życzył, pracuję mozolnie aż do skutku. Myślę, że warto walczyć ze swoimi słabościami i przełamywać w sobie to, co niedoskonałe - wówczas odnosi się zwycięstwo nad samym sobą. Dlatego lubię stawiać sobie wysoko poprzeczkę i robić wszystko, co możliwe, by osiągnąć wyznaczony cel.


- Uważasz się za profesjonalistę? Mam na myśli aktorstwo.


Absolutnie tak. Zawsze uczciwie podchodzę do pracy, którą mi powierzono, i wykonuję ją z dużym zaangażowaniem, z pasją, tak, jak można najlepiej. Jeśli podejmuję się konkretnego zadania, to staram się je zrealizować na możliwie najwyższym poziomie. Moim zdaniem właśnie na tym polega profesjonalizm: na zaangażowaniu się w swoje zadania i obowiązki całym sobą.


- Poważnie potraktowałeś też „Taniec z gwiazdami" Skąd pomysł na udział w tym programie?


Już wcześniej otrzymywałem propozycje uczestnictwa w programach typu show. Jednak byłem wówczas zbyt pochłonięty pracą zawodową - w moim życiu działo się coś na tyle istotnego, że nie mogłem w pełni odpowiedzialnie zdecydować się na takie zadanie. Po prostu propozycja udziału w ósmej edycji „Tańca z gwiazdami" pojawiła się w dobrym momencie. Decydując się na ten program, kierowałem się chęcią spróbowania czegoś nowego, innego od mojej codziennej pracy artystycznej.


- Sprawdziłeś się w tej roli?


Myślę, że tak. „Taniec z gwiazdami" stał się dla mnie wyzwaniem wobec moich własnych możliwości. Szybko uświadomiłem sobie, że na parkiecie nie rywalizuję z nikim oprócz samego siebie. W tym programie potwierdza się konieczność dystansu do siebie i własnych umiejętności. Nie można zakładać sobie - będę najlepszy. Wystarczy, żeby być najlepszym przed samym sobą. To nie jest turniej tańca towarzyskiego, więc warto zachować luz. A jeśli swoim występem usatysfakcjonuje się widzów, to jest już duży sukces.


- Jesteś z siebie zadowolony?


Na szczęście, uprawiając zawód aktora, nauczyłem się unikać pytań „dlaczego nie ja?" Nie pozwalam sobie na stan permanentnej, jak to określam, burzy mózgu. Dzięki temu osiągam dużo lepsze efekty w swojej pracy artystycznej. Po prostu trzeba robić swoje. Przyznaję, że czasem - niezupełnie świadomie - pojawia się we mnie niezgoda wobec czegoś. Jednak wiem, że muszę zaakceptować dany stan rzeczy, zwłaszcza że aktorstwo to zawód wdzięczny i niewdzięczny jednocześnie. Raz jest praca, raz jej nie ma. Raz są piękne chwile, innym razem mniej piękne. I, niestety, te chwile się nie równoważą.


- Naprawdę?


Pewnie, zawód aktora to też ciężka, mozolna praca nad rolą i nad samym sobą. Tym bardziej potrzebny jest dystans. Zresztą, nie mówię o potrzebie dystansu, żeby się tym mówieniem napawać. Proszę spojrzeć - nie jestem aktorem na koturnach. Jestem normalnym, zwyczajnym gościem, który miewa lepsze i gorsze dni.

- Twój dorobek aktorski jest dość imponujący: znaczące kreacje aktorskie w macierzystym Teatrze im. Jaracza w Łodzi, współpraca z teatrami w Warszawie i Lublinie, nagrody za role teatralne, praca na planie filmowym, udział w popularnych serialach. Odczuwasz zawodową satysfakcję?


Odpowiem być może nieskromnie, ale szczerze: tak, mam poczucie satysfakcji zawodowej. Nie mogę narzekać na swoje dossier. Jednocześnie wciąż jestem zachłanny - pozytywnie zachłanny. Ciągle chcę się mierzyć z kolejnymi rolami, które, mam nadzieję, na mnie czekają. Chcę iść do przodu, pracować, wzbogacać swoje myślenie o tym zawodzie.


- Wciąż podkreślasz, że trzeba dużo pracować. Pracoholik - możesz tak o sobie powiedzieć?


Myślę, że zmierzam w tym kierunku. Przy czym nie mówię wyłącznie o pracoholizmie odnośnie do wykonywania zawodu. Pracoholizm staje się moim sposobem na życie. Po prostu nie potrafię leżeć i nic nie robić. Choć czasem chciałbym mieć taką umiejętność. Ciągle muszę być czymś zajęty. Nawet kiedy położę się z książką, często zdarza mi się, że po kilku stronach nagle zatrzymuję się na jakiejś literze i zastanawiam, o czym to w ogóle było. Pochłaniają mnie różne rzeczy jednocześnie.


- Może to rodzaj ADHD?


Możliwe (śmiech). Bardzo energetyczny i impulsywny ze mnie człowiek - czasem za bardzo. Nie wynika to jednak ze złych intencji. Czasem świadomie chcę wywołać określone emocje. Poza tym nie potrafię ukrywać w sobie uczuć. Mam dość ognisty temperament.


- A zdarza Ci się czasem leniuchować?


Odpoczywam, kiedy gotuję. Zdarza mi się to, gdy przychodzi natchnienie - kulinarny pomysł, wtedy udaje mi się coś dobrego stworzyć. Uważam, że sztuka kulinarna jest nie tyle metodyką przygotowania posiłku, co kreacją polegającą na komponowaniu smaku. Jest prawdziwą sztuką. Wyjątkowi kucharze to artyści kuchni.


- Skąd u Ciebie ta pasja?


Wyssałem ją z mlekiem matki. Moja mama kapitalnie gotuje. Podobno, kiedy byłem mały, a mama cokolwiek robiła w kuchni, to zawsze miała mnie na rękach. Zdaje się, że właśnie w ten sposób przyswoiłem sobie zamiłowanie do sztuki kulinarnej.


- Twój odpoczynek to gotowanie - co jeszcze?


Mam naturę sportowca, dlatego wolny czas spędzam aktywnie: biegam, jeżdżę na rowerze, pływam, żegluję, jeżdżę na nartach. Dzięki temu mam też kontakt z przyrodą, co jest mi bardzo potrzebne. Poza tym lubię usiąść ze swoją dziewczyną przy kominku, otworzyć dobre wino, przygotować coś specjalnego do jedzenia - żyć, nie umierać. Banalne, co?


- Raczej romantyczne. A czy Częstochowa - miasto, w którym dorastałeś - jest dla Ciebie miejscem wytchnienia od codziennych obowiązków?


Zdecydowanie tak. Już tak jest, że do miejsca, w którym człowiek się urodził i wychowywał, pozostaje sentyment na całe życie. Dla mnie takim magicznym miastem jest Częstochowa. Tam dojrzewałem, poznawałem pięknych duchowo ludzi, doświadczałem pierwszych miłości, rozstań i przeżywałem piękne rodzinne chwile. Do tej pory w Częstochowie czekają na mnie moje ulubione uliczki, ławki czy zapachy. Chętnie tam wracam.


- Wspomniałeś o duchowym pięknie. Jakie cechy charakteru cenisz sobie w ludziach?


Przede wszystkim mądrość, szlachetność, uczciwość, lojalność, odpowiedzialność...


- Brzmi jak kodeks rycerski.


Może. Jednocześnie cenię sobie w ludziach poczucie humoru i szaleństwo wyrażające się w odwadze robienia czegoś wbrew schematom. Imponują mi ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, a przy tym nie muszą się afiszować ze swoją osobowością. Tacy, którzy mają siłę sami w sobie.


- Na własnej stronie internetowej masz możliwość poznania opinii na swój temat. Jak odbierasz komplementy, a jak krytykę?


Szczerze mówiąc, do tej pory nie znalazłem jeszcze krytyki, ewentualnie krytyczne sugestie. Spotykam się raczej z przychylnymi wypowiedziami na temat mojego aktorstwa. Dziwi mnie to trochę, ale to bardzo przyjemne.


- Motywujące?


Oczywiście. To rodzaj nagrody, uwieńczenia dotychczasowych wysiłków. Przyjemnie jest mieć świadomość, że swoją pracą sprawiło się komuś radość albo skłoniło kogoś do głębszych refleksji. Miałem kiedyś ciekawą przygodę w łódzkim „Jaraczu" podczas spektaklu „Toksyny" gdzie gram pięć różnych ról. W jednej ze scen wcielam się w postać dilera, którego stałym klientem jest pewien mężczyzna. Okazuje się, że to ojciec chłopaka. Syn widzi go pierwszy raz, zastanawia się, czy zaakceptować ojca, czy nie. I w tym momencie jakaś dziewczyna z publiczności dostała nagle potwornego ataku płaczu... Zdałem sobie sprawę, że to, o czym gramy, zdarza się w czyimś życiu naprawdę. Z całą pewnością reakcje widzów są dla mnie najlepszą recenzją. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że to, co robię, ma sens.

Autor: Anna Maj

Komentarze