Hormony i UV. Słońce pod kontrolą.

Większość kobiet nie kojarzy przebarwień z zawirowaniami hormonalnymi. Tymczasem wysoki poziom estrogenów we krwi może być przyczyną ich powstawania. Nie zapominajmy, że hormony są rozprowadzane przez krew. Jest naturalne, że docierają do skóry. Tam, wytropione przez światło, stymulują komórki barwnikowe do większej aktywności.

Hormony i UV

Dodatkowo podczas miesiączki szczególnie powinnyśmy unikać opalania. Wtedy jajniki produkują największą ilość estrogenów. Dlatego w tej fazie cyklu należałoby staranniej niż zwykle chronić skórę kremami z filtrami. Na te miesięczne wahania hormonów nakładają się zaburzenia w ich wydzielaniu spowodowane chorobami m.in. tarczycy oraz menopauzą.

Kolejna przyczyna to przyjmowanie leków hormonalnych. Pigułki antykoncepcyjne, terapie stosowane przez endokrynologów w leczeniu problemów skórnych lub przy kłopotach z zajściem w ciążę, a nawet HTZ (Hormonalna Terapia Zastępcza) zalecana w okresie przekwitania, zwiększają ryzyko powstawania przebarwień. Zwykle terapie polegają na przyjmowaniu dużej dawki estrogenów. Ich obecność łagodzi wahania nastroju (estrogeny zapobiegają spadkowi libido), zwiększa szansę na zapłodnienie (u kobiet, których jajniki wydzielają za mało hormonów, by doszło do owulacji), korzystnie wpływa również na stan skóry (neutralizuje działanie androgenów), ale powoduje też powstanie niechcianych plam na skórze.


Przebarwienia a stres

Ważnym, choć często pomijanym, czynnikiem powstawania przebarwień jest stres. Pod jego wpływem może dojść do nadprodukcji hormonu MSH {Melanocyte Sti-mulating Hormone), który pobudza pracę melanocytów. Najczęściej kojarzonym z hormonami przebarwieniem jest melasa, zwana potocznie ostudą. Występuje ona w czasie ciąży, kiedy organizm produkuje dużo estrogenów, i widoczna jest w postaci rozległych ciemnych plam na twarzy, szyi i dekolcie. Ostuda to zjawisko normalne i zwykle przyjmuje się, że po porodzie sama ustąpi. Zazwyczaj tak jest, jeśli plamy są powierzchowne, czyli barwnik utrzymuje się w naskórku. Kiedy jednak przebarwienie ma charakter mieszany, nie ustąpi tak łatwo.


Skuteczna ochrona filtrów

Obserwacje przeprowadzone przez amerykańskich dermatologów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wykazały, że promienie UV stanowią zagrożenie dla zdrowia i są przyczyną nowotworów skóry, w tym najgroźniejszego z nich - czerniaka. W odpowiedzi na ich apel firmy kosmetyczne wprowadziły do oferty produkty z filtrami ochronnymi. Podjęto akcję edukacyjną na szeroką skalę. Nie było to łatwe, gdyż wciąż pokutował mit o opaleniźnie jako oznace zdrowia i krzepy fizycznej. Poza tym przybrązowiona skóra stała się modna. I to była moda nie tylko związana z show-biznesem. Trochę hippisowski styl życia, promujący kontakt z naturą, sprawiał, że ludzie chętnie się opalali również nago.

W latach sześćdziesiątych Francuzki, jak zwykle wyznaczające trendy obyczajowe, zrzuciły biustonosze i wprowadziły na plaże topless - który nawet dzisiaj przyprawia o zgrozę amerykańskie turystki, wychowane w duchu bardziej purytańskim. W tym czasie przekonanie tłumów lubiących długo wygrzewać się na plaży do zachowania ostrożności w kontaktach ze słońcem było pracą dla tytanów. Zmiana mentalności zajęła prawie całe pokolenie i udała się dzięki temu, że kobiety przekonały się, że filtry ochronne zawarte w kremach do opalania nie wykluczają opalenizny. Ograniczają jedynie promieniom UV dostęp do komórek skóry.

Filtry należą do najprostszych komponentów kosmetyków i można je podzielić na dwa typy: mineralne i chemiczne. Po latach eksperymentów większość firm kosmetycznych, chcąc podnieść skuteczność ochrony, łączy te dwa rodzaje.

Filtry mineralne to rozdrobnione minerały, zawieszone w kremie, które rozprowadzone na skórze działają na zasadzie małych lusterek odbijających światło. Uważa się je za bezpieczne i pozbawione substancji alergizujących, więc szczególnie chętnie stosowane są w kremach przeznaczonych dla dzieci oraz osób podatnych na uczulenia.

Skuteczność kremów z filtrami mineralnymi rośnie wraz z dużą ilością substancji mineralnych w kosmetykach. Minusem tych filtrów jest jednak efekt „bielenia" pojawiający się w pierwszej fazie rozsmarowywania kremów na skórze. Można odnieść wrażenie, że preparaty gorzej się wchłaniają. Z kolei filtry chemiczne, które uchodzą za skuteczniejsze, działają na zasadzie absorbowania promieni ultrafioletowych i mogą być przyczyną uczuleń.
W kremach o dużym współczynniku ochrony najczęściej stosuje się mieszaninę obu rodzajów filtrów. Wysokość ochrony przeciwsłonecznej zależy od ilości filtrów zawartych w kosmetykach, a stopień ochrony oznaczony jest na opakowaniach jako SPF (Sun Protection Factor - Współczynnik Ochrony Przeciwsłonecznej). Obecne normy unijne określają jego minimalną wartość jako 6.


Fałszywa magia liczb

Jeszcze do niedawna w aptekach wypatrywałyśmy preparatów ochronnych z filtrami 70 czy 100. Dziś już ich nie kupimy. Dlaczego? Sugerowanie wysokiego stopnia protekcji było nagminnie nadużywane i zostało zakazane w krajach Unii Europejskiej. Liczba 100 czy też słowo „bloker" pozwalały przypuszczać, że preparat, który nabywamy, całkowicie chroni nas przed promieniowaniem UV.

Tymczasem tak nie jest. Skuteczność poszczególnych preparatów jest inna, kiedy mamy do czynienia z tymi o niskim współczynniku ochrony. Jeśli chodzi o wyższe faktory, nie ma już takiej różnicy. Zdolność ochrony skóry jest wyraźnie proporcjonalna do zwiększającej się wartości SPF Różnica między SPF 30 a 50 i więcej wynosi zaledwie 2-3 proc, a ochrona w 100 proc. jest nieosiągalna, czyli w praktyce krem z faktorem 30 chroni tak samo skutecznie jak krem z faktorem 100.

Marketingowe zabiegi mające działać na naszą wyobraźnię i skłaniać do płacenia wyższych kwot za wyimaginowaną ochronę zostały ukrócone. Obecnie największe oznaczenie faktora na opakowaniu wynosi 50+, bez względu na to, o ile ewentualnie przewyższa on tę wartość. Zgodnie z przepisami każdy preparat chroniący przed promieniowaniem UVB musi również osłaniać przed UVA. Ale nie ma ogólnie obowiązującej normy określania tej ochrony. Stosowane przez producentów oznaczenia wyrażane są w nieporównywalnych między sobą parametrach, w przeciwieństwie do ochrony UVB, podawanej zawsze w jednakowej jednostce SPF Stosunek ochrony UVB (podany jako SPF na opakowaniu) do stopnia ochrony UVA musi wynosić 3:1.


Nie tylko przed UV

Ważnym elementem działania filtrów jest również ochrona przed wolnymi rodnikami. Pojawiają się one w wielkich ilościach pod wpływem promieni UV. Cząsteczki te, obdarzone ogromną energią, wykazują niebywałą aktywność i niszczą prawidłową strukturę komórek skóry, powodując jej przedwczesne starzenie.

Mają tylko jeden, samotny elektron, który poszukuje swojej pary. Zbliżając się do innej cząsteczki, wyrywa jej prawidłowo umieszczony elektron, destabilizuje ją. Każdy taki wolny rodnik powoduje reakcję lawinową, podczas której wiele komórek skóry ulega bezpowrotnemu uszkodzeniu.

Co prawda, nasz organizm posiada niezwykłą zdolność regeneracji, ale tak olbrzymie szkody wyrządzone podczas wielogodzinnych seansów opalania, a na dodatek powtarzanych latami, są praktycznie nie do naprawienia. W tej sytuacji filtry stanowią ważny element ochrony przed wolnymi rodnikami i z tego też powodu wchodzą również w skład kremów przeznaczonych do codziennej pielęgnacji cery.


Zamiast słońca

Dermatolodzy zalecają stosowanie balsamów stopniowo opalających, samoopalaczy lub opalania za pomocą techniki air-brush. Jest to jedyne rozsądne i bezpieczne wyjście w czasach mody na opaleniznę. Wszystkie wymienione tutaj sposoby opierają się na substancji zwanej dihydroksy-acetonem (DHA), zupełnie dla ciała nieszkodliwej, a w zetknięciu ze skórą i powietrzem barwiącej keratynę, czyli białko, z którego zbudowana jest wierzchnia warstwa naskórka. „Opalenizna" na bazie DHA po kilku dniach złuszcza się wraz z naskórkiem.

Decydując się na sztuczną opaleniznę, mamy do wyboru kilka możliwości. Możesz zastosować balsamy progresywnie barwiące skórę. Ich zaletą jest to, że nadają karnacji ładny odcień bardzo delikatnej opalenizny, nie wymagają wprawy w aplikacji i można je stosować na co dzień jak zwyczajny balsam. Ponieważ opalenizna nie jest mocna, a aplikacja codzienna, nie ma więc niepożądanego efektu, jaki towarzyszy złuszczaniu się zabarwienia uzyskanego poprzez stosowanie klasycznego samoopalacza. Nie musimy obawiać się też powstania nieestetycznych smug. Natomiast tradycyjny samoopalacz wymaga w aplikacji pewnej wprawy i uprzedniego przygotowania skóry.

Aby uzyskać piękną opaleniznę, można też zabarwić skórę substancją opalającą za pomocą pistoletu ciśnieniowego. Dzięki temu farba rozkłada się równomiernie. Technika ta znana jest jako zabieg air-brush, a jej zaletą jest nie tylko precyzyjna aplikacja zapewniająca wyrównany odcień karnacji, ale również możliwość wybrania intensywności zabarwienia. Jeśli chcemy regularnie odświeżać opaleniznę, należy raz w tygodniu odwiedzać gabinet proponujący air-brush.

Autor: Oprac. GG

Komentarze