Hobby to moja praca

Jest kobietą wielu talentów, ma mnóstwo zajęć, kocha to, co robi, a w domu czeka na nią mąż - Bogusław Linda. Nic dziwnego, że czuje się spełniona i szczęśliwa. Rozmowa z Lidią Popiel, fotografką, redaktorką, byłą modelką.

W jaki sposób lubi pani rozpoczynać dzień?


Każdy jest inny. Mam rozmaite obowiązki, ale najbardziej lubię i najczęściej zaczynam dzień od wypicia kawy. W samotności. Wtedy mogę przemyśleć i przeorganizować moje zajęcia i ruszam do boju... a właściwie nie do boju, tylko do tańca, bo bardzo lubię to, co robię!


Jakie to są zajęcia?


Prowadzę wykłady w szkole filmowej, urządzam warsztaty fotograficzne, robię zdjęcia, prowadzę magazyn internetowy fineLIFE.pl. Zawsze chciałam mieć swoją gazetę i mam, tyle że elektroniczną, a nie papierową. Z zespołem pracujemy nad tym, aby co czwartek ukazywał się nowy „egzemplarz". Czasem piszę, a czasem robię do niego zdjęcia. To portal lajfstajlowy z klientami komercyjnymi, ale jesteśmy w pełni niezależni i ukazujące się artykuły dotyczą naszych ulubionych tematów. Dodatkowo, od czasu do czasu piszę felietony dla kilku pism i robię zamówione sesje zdjęciowe. Działam także społecznie. Ostatnio są to tzw. akcje kalendarzowe, czyli kalendarze z fotosami gwiazd, z których dochód przeznaczany jest na cele charytatywne. W tym roku - na dzieci, które urodziły się z wadami stóp. W następnym roku dochód z kalendarza będzie przeznaczony na młodą kulturę.


Przez lata była pani bardzo znaną modelką. Teraz przeszła pani na drugą stronę - z planu zdjęciowego, za obiektyw. Czy doświadczenie w pracy modelki pomaga pani w fotografowaniu, czy raczej przeszkadza?


W moim przypadku bardzo pomaga przejście na drugą stronę obiektywu. Wyzwala we mnie dużo empatii do fotografowanych osób. Wiem, co czują i wiem, jak im pomóc. Choć nawet teraz zdarza mi się stać przed obiektywem. Ostatnio Zuza Krajewska zrobiła ze mną piękną sesję fotograficzną dla Vivy. Mam nadzieje, że wleje ona do serc moich rówieśniczek odwagę, aby nie zważały na upływ czasu, tylko spełniały swoje marzenia. I czuły się pewne w swoich zamierzeniach, realizowały plany. I doceniały wartość chwili.


Czy znajduje pani czas i ochotę na jakieś ćwiczenia?


Wiem, że aktywność fizyczna jest bardzo ważna, ale niestety nie ćwiczę systematycznie. Moją ulubioną formą aktywności jest pilates, a gdy robi się ciepło, lubię pojeździć na rowerze i pooddychać świeżym powietrzem. Staram się dużo chodzić. W domu stoi rower stacjonarny i rzeczywiście czasem na nim ćwiczę. Ruch daje uczucie zadowolenia, a to jest motorem innych działań. Nieustannie sobie obiecuję, że będę więcej ćwiczyć, ale jestem przecież „robotnikiem fizycznym", gdyż stale noszę ze sobą sporo sprzętu fotograficznego i ciągle gdzieś gonię, a to na pewno również rodzaj ćwiczeń (śmiech).


Skoro nie ćwiczy pani systematycznie, w jaki sposób zachowuje tak smukła sylwetkę? Czy zawdzięcza to pani swoim genom, które nie pozwalają utyć?


Myślę, że zawdzięczam to temu, że jem mało i nie podjadam. Zrezygnowałam z potraw smażonych i duszonych, bo po nich czułam się ciężko, a tego nie lubię. Lubię dobre jedzenie, chude mięso i rośliny, lubię kawę i słodycze, ale w małych ilościach. To chyba Kate Moss powiedziała, że nic jej bardziej nie smakuje, niż uczucie lekkości.


Chciałabym zadać pani niedyskretne pytanie. Oczywiście nie musi pani na nie odpowiadać. Jak to jest być żoną Bogusława Lindy, jednego z najsławniejszych polskich aktorów i w dodatku macho?


Nie jest pani pierwszą osobą zadającą mi to pytanie. Po prostu nie wiem jak to jest nie być jego żoną. Ale rozumiem, że chce pani poważniejszej odpowiedzi: w domu jest po prostu moim mężem. A co do bycia macho, to musi mieć w sobie taki pierwiastek, bo inaczej chyba nie potrafiłby zagrać takich postaci.


A co jeszcze oprócz pracy lubi pani robić? Choćby w wolnym czasie?


Uwielbiam swój ogród. Kiedy wracam z gwarnego, szybkiego miasta, zmęczona zamieszaniem, lubię zmienić buty i iść do ogrodu. Wyrywam chwasty i jestem szczęśliwa. Nie znam nazw roślin, które lubię i które mi się podobają, nie ścigam się w hodowaniu specjalnych odmian i dopieszczaniu każdego kąta. Ogród to mój azyl. Cieszę się z wyhodowanych ziół, poziomek lub pomidorów. W domu mam dwa miejsca gdzie stoją rośliny. Lubię storczyki po okresie spoczynku, kiedy wyglądają jak suche, zaczynają powolutku wypuszczać pączki i potem kwitną. Czasami kupuję jakiś badyl i cieszę się, że w domu rośnie i ma się dobrze.


Często pani wyjeżdża za granicę, chyba lubi pani podróże?


Bardzo lubię i często jeżdżę. Czasami służbowo, aby na przykład zrobić sesją zdjęciową, a czasami prywatnie, z rodziną. Ostatni rodzinny wyjazd do Kenii był niezwykły. To kolebka ludzkości - jak dowodzą badania naukowców. Czułam się tam bardzo dobrze, jak u siebie, a może jak w raju? Tyle tylko, że w bardzo biednym raju. Odwiedziłam też wiele innych fascynujących miast i miejsc. Byłam m.in. w Izraelu, Szampanii, Australii. To fascynujące być w jakimś miejscu pierwszy raz.


Z Monika Richardson przygotowała pani książkę „Polki na bursztynowym szlaku". Skąd taki pomysł?


Prezydent Gdańska zwrócił się do nas z taką propozycją. Ruszyłyśmy na wyprawę szlakiem bursztynowym zaczynając od Rzymu. Poznałyśmy ciekawych ludzi, obejrzałyśmy piękne miejsca. I zrozumiałyśmy, że dwie kobiety potrafią się świetnie dogadać i współpracować. Ta książka to pełna ciekawostek opowieść o bursztynie, miejscach i ludziach. To była dla nas również nauka, jak zadbać o siebie w trakcie intensywnej pracy. Tysiące kilometrów pokonywałyśmy wygodnym jeepem, ale bywały momenty, kiedy zmęczenie dawało się we znaki. Monika miała sposób - nie zważając na okoliczności, czy to było muzeum, rzymskie ruiny czy kafejka, ćwiczyła jogę.


A państwa córka, Aleksandra, nie planuje iść w ślady rodziców?


Aleksandra szuka własnej drogi i bacznie obserwuje, co dzieje się wokół..

Autor: Iwonna Widzyńska-Gołacka

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    Wspaniała, piękna i mądra kobieta.