Historia farmacji - trochę arytmetyki w aptekarstwie

Stan liczbowy aptek w większych skupiskach miejskich to problem stary jak świat. Potencjalny aptekarz, po uzyskaniu nieodzownych pozwoleń, z reguły pragnął założyć aptekę w większym mieście. Najlepiej, żeby było to miasto znaczące, tak w sensie politycznym, jak i gospodarczym.  Taka lokalizacja apteki zapewniała egzystencję samemu aptekarzowi, jak i jego rodzinie.

W efekcie prowadziło to do sporego nagromadzenia się placówek aptecznych, które zaczęły ze sobą konkurować. Podobny biznes prowadzili korzennicy, którzy również trudnili się wyrobem i sprzedażą leków (chociaż aptekarzami z wykształcenia nie byli), stanowiąc dla prawdziwych aptekarzy ogromną i przykrą konkurencję. Swoisty „monopol" na sporządzanie leków dostali aptekarze w słynnych uzupełnieniach Konstytucji Królestwa Sycylii w 1240 r.


Aptekarze kontra korzennicy

Tymczasem korzennicy dosyć brutalnie wkraczali w kompetencje zawodowe aptekarzy. Straty finansowe zaś, jakie ponosili aptekarze, skłoniły ich do szukania porozumienia z korzennikami. Poszukiwanie zgody z reguły nie dały żadnego efektu. Spójrzmy na sytuację w Toruniu w drugiej połowie XVI w. Sprawa nabrzmiała do tego stopnia, że musiały się nią zająć władze miejskie. Pierwszym jej krokiem w tym kierunku było ograniczenie liczby aptek w mieście do trzech, co już znacznie zmieniło sytuację materialną aptekarzy, wzmacniając też ich pozycję wobec korzenników.


W zachowanych dokumentach z 1571 r. czytamy:

„... Czcigodna Rada Miejska wraz ze wszystkimi chwalebnymi ordynkami jednomyślnie postanowiła, że miasto nie może mieć więcej, jak tylko trzy apteki, do których jednakże mniej więcej przed trzynastu laty doszła jeszcze czwarta apteka Scheickerta, nazwana Apteką Radziecką, prawdopodobnie z tego czasu wynikających przy¬czyn, co jednak pozwala się uważać za rzecz korzystną".

Od 1572 r. żaden ze starających się aptekarzy o uzyskanie pozwolenia na założenie apteki w Toruniu takiego pozwolenia nie otrzymał. Co więcej, już legalnie działający w Toruniu trzej aptekarze poczynili przygotowania, aby przy spotkaniu z królem Stefanem Batorym potwierdził on swoim autorytetem królewskim posiadany dekret Rady Miejskiej. Taki dekret przedstawiono królowi Batoremu w dniu 28 grudnia 1576 r., kiedy gościł w Toruniu z racji toczących się w tym mieście obradach Sejmu Walnego. Wydanego dokumentu nie znamy w postaci pergaminowego oryginału. Treść tego przywileju z późniejszym jego zatwierdzeniom w 1589 r. przez króla Zygmunta III Wazę została odnotowana w aktach miasta Torunia.

Pomijając kwiecisty styl takich dokumentów, warto z nich wyło¬wić dwie sprawy. „Stefan, z łaski Bożej król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki Inflandzki itd., Pan a także władca Siedmiogrodu, oznajmiamy tymże naszym dokumentem wszystkim razem i każdemu z osobna, którym na tym zależy, iż wielka liczba aptekarzy sprzeciwiła się temu uporządkowaniu i słusznemu urządzeniu. Najczęściej bowiem zdarza się z tego powodu sprzedawanie dla zysku leków przestarzałych zamiast świeżych, sfałszowanych zamiast prawdziwych, rozłożonych zamiast działających, co jest rzeczą bardzo niebezpieczną, a czemu trudno zapobiec przy większej ilości aptek – uważamy, że należy zająć się unormowaniem aptekarzy naszego miasta Torunia”.

Dlatego też król podjął decyzję (zatwierdzającą właściwie wcześniejszy dekret Rady Miejskiej): „aby nie więcej, jak trzy było aptek wiecznie istniejących i dziedziczących, a to z tych przyczyn, o których wyżej wzmiankowaliśmy".

Żeby zaś nie było wątpliwości, kto po aktualnie działających aptekarzach ma (może) dziedziczyć aptekę, dokument królewski wymienił ich nazwiska. Byli to: Marcin Mochinger, Andrzej Dietrich i Fryderyk Tenck. To im i ich dziedzicznym następcom zapewniano „wszelką swobodę sprzedawania w wymienionych aptekach wszelkich rzeczy służących ludziom do użytku, przygotowywanie leków oraz prowadzenia i dostarczania innych środków wchodzących w zakres tej sztuki”.


Gdańskie rygory

Drugim miastem w Polsce, które wprowadziło podobne ograniczenia co do liczby działających aptek, był Gdańsk. Okazją do tego stała się sprawa wdowy po zmarłym w 1650 r. aptekarzu Henryku Lincke. Wtedy to Rada orzekła, że nie ma zamiaru przekraczać liczby sześciu aptek istniejących w Gdańsku. Mimo takiego oświadczenia nie jest rzeczą absolutnie pewną, czy rzeczywiście w 1650 r. istniało w Gdańsku owe sześć aptek, dokumenty wszakże wskazują, że była to tylko liczba docelowa, maksymalna.

Postanowienie to wyraźnie precyzuje dopiero uchwała Rady Miejskiej z 15 stycznia 1655 r. Nadto uchwała ta regulowała prawa wdów po zmarłych aptekarzach oraz sytuację życiową synów zmarłych apte¬karzy, którzy zamierzaliby pójść w ślady ojców i zostać aptekarzami. Tylko w ten sposób synowie aptekarzy mogli wejść w posiadanie apteki po ojcu. Rygoru nieprzekraczania liczby sześciu aptek Rada Miejska w Gdańsku przestrzegała przez kilkadziesiąt lat. Nie pomagały w tym względzie nawet przywileje królewskie, a nawet osobista interwencja króla polskiego Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który w 1670 r. wydał przywilej na założenie apteki w Gdańsku Marcinowi Gerbrichtowi.


Na interwencję króla w sprawie apteki Gerbrichta Rada w dniu 13 października 1670 r. odpowiedziała temuż Gerbrichtowi, że nie może mu zezwolić na otwarcie apteki, ponieważ w Gdańsku jest już jedna apteka królewska (założona jeszcze przez Jana Kołderłeina w 1553 r.), a otwarcie nowej zwiększy liczbę aptekarzy ponad przewidziany limit. Dopiero w dniu 21 czerwca 1675 r. Rada Miejska podjęła decyzję w sprawie nadania Gerbrichtowi prawa do posiadania oficyny aptekarskiej (Ius Apothecae), uzależniając to jeszcze od wyników egzaminu. Prawdopodobnie warunek ten Gerbricht spełnił, gdyż 15 kwietnia 1678 r. złożył wreszcie przysięgę aptekarską. Ostatecznie zgodę na praktyczne już uruchomienie własnej apteki Marcin Gerbricht uzyskał 8 czerwca 1682 r. W dwanaście lat po otrzymaniu przywileju królewskiego na uruchomienie apteki w Gdańsku.

Taki był Gdańsk przed wiekami: twardy, nieustępliwy, dumny i zadziorny; w wielu przypadkach potrafił się sprzeciwiać woli królewskiej. Choć – co istotne – zawsze opowiadał się po stronie królów polskich, w Koronie Polskiej upatrywał swoje istnienie, ale rządził się swoimi prawami. Także w zakresie aptekarskim i... liczby aptek w mieście.

Tak oto kiedyś, przed wiekami, potrafiono utrzymywać w ryzach stan liczbowy aptek w większych skupiskach miejskich.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze