Grunt, to nie dać się zwariować

Współczesne święta Bożego Narodzenia to nie tylko ogromne oczekiwania i wspomnienia z dzieciństwa, ale także poczucie obowiązku, które każe nam przygotować wszystko na wysoki połysk, świąteczna atmosfera, którą jesteśmy atakowani w sklepach, centrach handlowych, marketach i głos, który nam w kółko powtarza: musisz kupić to i tamto, trzeba zacząć sprzątać, gotować, umyć okna, przygotować zaczyn na ciasto. Uff, presja jest ogromna. I jak sobie z nią poradzić? Jak nie dać się „zakręcić”, „wkręcić”, bezsensownie „wpędzić” w ten przedświąteczny amok?

O tym postanowiliśmy porozmawiać z Ewą Rachutą, terapeutką z Centrum Pomocy Rodzinie „Medar” w Bydgoszczy.


„Musimy”, „trzeba” – te słowa nie wpływają chyba na nas zbyt dobrze...


Te słowa irytują nas, przeszkadzają, wprowadzają w zły nastrój i to z prostego powodu: nie lubimy być do czegokolwiek przymuszani. Słowa „trzeba”, „muszę” zastąpmy więc słowem „chcę”, „mam taką ochotę”. I nie pozwólmy innym decydować za siebie, np. paniom w sklepach, sprzedawcom choinek, ale także swoim dzieciom, np. w kwestii prezentów.


Mamy ich nie kupować?


Nie, nie, ale róbmy to z głową. Jeśli nie mamy zbyt dużych funduszy, umówmy się z rodziną na skromne upominki; nie pytajmy dziecka, co chciałoby dostać od gwiazdora, bo zaskoczyć nas może prośbą o grę komputerową za tysiąc złotych, na którą nie będzie nas stać, lecz wytłumaczmy mu, że najpiękniejsza w święta jest niespodzianka i kupmy to, co jest w naszym zasięgu. To jest oczywiście trudniejsze, bo musimy trochę pogłówkować, co dziecku sprawiłoby radość, ale dla własnego dobra, warto się pomęczyć.


A sprzątanie, gotowanie i te wszystkie inne przedświąteczne przygotowania?


Może będą kosztować nas mniej stresu, jeśli dokładnie rozplanujemy sobie wszystko i podzielimy obowiązki? Pierniki można przygotować przecież już pod koniec listopada (ja tak robię, polecam), do sprzątania można zaangażować rodzinę, a przygotowanie potraw świątecznych niekoniecznie musi spoczywać na jednej głowie. Poza tym… takie wspólne mieszanie ciasta, a później wylizywanie miski wprowadza wszystkich w dobry nastrój. To dzięki takim rzeczom czujemy, że jesteśmy razem, że tworzymy rodzinę, jakąś wspólnotę.


Wspólna praca… Podobno nie ma dla rodziny lepszego testu.


Jeśli nie potrafimy współpracować, nie dogadujemy się, są między nami jakieś niedomówienia, wyjdzie to właśnie teraz. Małe rzeczy urosną do ogromnych problemów, drobne potknięcie może okazać się powodem do kłótni na śmierć i życie. Oczywiście, gdy jesteśmy zestresowani trudniej kontrolować emocje, ale możemy się postarać. Jeśli któremuś z członków rodziny puszczą nerwy, nie ma co podbijać bębenka i odpłacać się tym samym, lecz przytulić, pogłaskać, powiedzieć: „spokojnie, będzie dobrze”, „i tak jesteś najlepszy, najlepsza”, „to nie ma znaczenia”. Na mnie takie słowa działają jak balsam, łatwiej mi opanować napięcie.


Opanować? A nie da się go po prostu wyeliminować?


Raczej nie, bo tak już jesteśmy skonstruowani, że przejmujemy się, gdy nam na czymś zależy, ale… Jeśli się postaramy, możemy to napięcie zminimalizować i święta przebiegną w spokojniejszej atmosferze.


A można ten spokój jeszcze trochę zaczarować?


Możemy spróbować przywołać dziecięce wspomnienia, które czyniły tę Gwiazdkę tak wyjątkową. Na choince powiesić starą bombkę, nad stołem jemiołę, jeśli taką wieszało się w naszym rodzinnym domu, albo zrobić coś, co zawsze towarzyszyło świątecznym przygotowaniom: upleść wspólnie z dziećmi łańcuch z kolorowego papieru, zawiesić na drzewku cukierki, orzechy, własnoręcznie zrobione ozdoby. Może warto zapytać męża, jakie danie, którego my nie mieliśmy do tej pory na stole, pojawiało się w jego domu, by później wspólnie je przygotować? Może znaleźć kolędę, która nam wszystkim, czyli nam, rodzicom, i naszym dorosłym już dzieciom kojarzy się z gwiazdką sprzed lat, tak by to samo wspomnienie zostało w pamięci naszych wnuków? To działa, naprawdę.


Przy stole: prawdziwie świątecznie, mądrze


Nad stołem powiesiliśmy jemiołę, ubraliśmy choinkę, kupiliśmy prezenty. Jeśli sami przygotowujemy wigilię, zabierzemy się zaraz za układanie sztućców, talerzy; jeżeli zostaliśmy gdzieś zaproszeni…


No właśnie, co zrobić, gdy na wigilię zapraszają nas jednocześnie rodzice i teściowie, a nam nie chce się krążyć od domu do domu? Komu odmówić? I w jaki sposób? A może lepiej zostać w domu?


Psycholog Monika Zielona-Jenek jest pewna: Nie ma na to uniwersalnej recepty. Trzeba przemyśleć, jakie będą konsekwencje wspólnego spędzania świąt, a jakie spędzenia ich osobno. Każde z tych rozwiązań niesie coś dobrego i złego zarazem. Bo z jednej strony ktoś będzie mieć do nas żal, a z drugiej może okazać się to zmiana na lepsze. Każda rodzina musi zrobić własny bilans. To, w jakim gronie spędzamy święta, wymaga mądrych posunięć i warto o tym z rodziną rozmawiać wcześniej, wyczuć nastroje, powiedzieć o oczekiwaniach. Zwłaszcza jeśli spodziewamy się, że rozmowa będzie trudna.


A co robić, gdy podczas świąt odżywają rodzinne waśnie? Zamieść pod dywan, by nie psuć świątecznej atmosfery, czy stawić czoła?


To zależy. Z jednej strony święta są dobrym momentem na to, by porobić familijne porządki – nie tylko na półkach czy w szafach, ale w rodzinnych relacjach. Mamy wreszcie czas, by do późnej nocy posiedzieć i pogadać, pobyć ze sobą autentycznie. Nawet, jeśli jakieś rozmowy okażą się bolesne, jest szansa, że wysłuchamy siebie nawzajem, wyjaśnimy zaszłości. Szczególnie że nastrój sprzyja zgodzie. Jeśli jednak ktoś czuje, że podczas świąt nie chce tego robić, warto o tym szczerze powiedzieć: „Dzisiaj nie chcę o tym rozmawiać, to zbyt trudne. Przełóżmy tę rozmowę na później”. W rodzinach, w których doszło do większych trudności, na przykład rozstania małżonków, którzy spotykają się w święta tylko ze względu na dzieci, atmosfera bywa wyjątkowo ciężka. Jeśli to więc świeża sytuacja, nie ma co urządzać wspólnego biesiadowania, bo będzie to sprzyjało narastaniu przykrej atmosfery i napięć. W takich sytuacjach warto spotkać się na krócej – na tyle, na ile jesteśmy w stanie to znieść i nie ranić się mocniej.


Bądźmy razem, po prostu


– Coraz rzadziej spotykamy się, by wspólnie świętować – zauważa Monika Zielona-Jenek. – Nawet urodziny czy imienny obchodzimy w biegu. Święta są dobrą okazją, by po prostu być razem, śpiewać kolędy, pójść na spacer, całą rodziną zagrać w grę planszową. Samym sobie natomiast warto zafundować odpoczynek – chwile bez codziennego stresu, zabiegania, dzwoniących telefonów. Podarować sobie odrobinę prawdziwie „świętego” spokoju. – Ważne jest chyba też to – dodaje Ewa Rachuta – by nie stawiać sobie zbyt wysokiej poprzeczki, by czerpać radość z drobnostek, cieszyć się chwilą, bo w życiu, jak w piosence Ryśka Riedla, najpiękniejsze są tylko one.

I tego wszystkiego Państwu życzymy.

Autor: Eliza Koźmińska-Sikora, Joanna Grzegorzewska

Komentarze