Gdzie się podziały tamte rodziny?

Kiedyś w jednym domu spotykały się trzy pokolenia i żyły jak jedna wielka wspólnota. Współczesna rodzina wygląda inaczej. Młodzi szybko uciekają z gniazda, by uwić swoje własne. Starsi już tak chętnie nie zajmują się wnukami. Wolą po swojemu konsumować wiek średni. Świat się zmienił, tylko czy na lepsze?

Aż łza się w oku kręci, bo w czasach naszego dzieciństwa było wiele takich domów. Mama z tatą, dziadek z babcią, ciocia z wujkiem, rodzeństwo, rój kuzynów i kuzynek – po prostu pełna chata. Wspólne posiłki, zabawy. Wzajemne przeżywanie radości i smutków. Dziś rzadko spotyka się taki obrazek. – W Polsce rodzin wielopokoleniowych jest i tak dużo, bo około 10 proc. To dość dużo na tle innych krajów europejskich. Podobnie jest w południowych Włoszech i w Grecji – mówi socjolog, dr hab. Aldona Żurek z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ale ta liczba wynika bardziej z brakujących mieszkań, niż z trzymania się tradycji. Pytanie, dobrze to czy źle?


Jak onegdaj bywało

Kiedyś pokolenia były wobec siebie wzajemnie funkcjonalne, to znaczy dopełniały się, wspierały, były nawzajem sobie potrzebne. W tej chwili ta funkcjonalność się zatraca. Coraz mniej jest familii wykonujących wspólny zawód, który przechodził z ojca na syna, gdzie wspólna praca cementowała rodzinę. W wychowaniu i opiece nad dziećmi pomagały babcie, ciocie. Pomysł na przedszkola i żłobki zrodził się dopiero na początku XX wieku. Wcześniej kobiety musiały radzić sobie we własnym gronie. Na wspólnym mieszkaniu zyskiwało też starsze pokolenie. Młodzi byli w każdej chwili w zasięgu ręki, pomocni w tych sferach życia, w których starszym ciężko było podołać. Mieszkając razem było po prostu łatwiej żyć.

- Wielopokoleniowość była świetnym rozwiązaniem na czas kryzysu – mówi dr Aldona Żurek. Wystarczy przekalkulować. Czy mieszka jedna osoba, czy więcej, czynsz płaci się ten sam. A i żarówka świeci tak samo dla jednej, jak dla kilku osób. Za to gdy jedna gotuje obiad, druga może robić pranie – jak w sprawnym przedsiębiorstwie.


Czysty zysk

Ale na tym nie koniec. Dom pełen ludzi w różnym wieku i różnych koligacji jest doskonałym polem dla rozwoju umiejętności interpersonalnych. Dzieci cudownie chowają się w takich warunkach. Wchodzą w wiele rozmaitych relacji, uczestniczą w różnorodnych rodzinnych zdarzeniach, poznają ludzkie zachowania. Nie przypadkowo wielu pisarzy to ludzie z takich właśnie rodzin. Nic, tylko książki pisać.

Skoro było tak dobrze, co się stało? Wielopokoleniowe rodziny rozdzieliła sytuacja mieszkaniowa. Kiedyś trudniej było wyprowadzić się na „swoje”. Zupełnie naturalne było zamieszkiwanie młodych małżonków z rodzicami. Choć sytuacja dotycząca mieszkań w naszym kraju jest wciąż trudna (stąd programy rządowe w rodzaju „Rodzina na swoim”), dziś prościej znaleźć własne lokum. Ale zmieniła się też nasza mentalność. Młodzi ludzie dążą do samodzielności i niezależności za wszelką cenę. Tak podpowiadają standardy społeczne. Nawet starsze pokolenie jest zgodne, młodzi powinni mieszkać osobno – „nie buduje się gniazda na gnieździe”. Ale ma to też swoje negatywne strony.


Co straciliśmy?

Niezależność ma swoją cenę. W wielu sferach życia oddalone od siebie pokolenia muszą liczyć tylko na siebie. Obecne babcie coraz rzadziej chcą na stałe zajmować się wnukami. – Oczywiście, bardzo je kochają, w Polsce to wręcz syndrom drugiej mamy – mówi dr Aldona Żurek. Ale nie chcą zastępować rodziców i być dyspozycyjne przez 24 godziny na dobę. Wolą wnuki odwiedzać i zajmować się nimi czasowo, by mieć z tego przyjemność, niekoniecznie obowiązek. Czują się młodziej niż ich matki w tym wieku, a współczesny świat oferuje im wiele innych form spędzania wieku średniego niż opieka nad wnukami. Jeśli młoda mama chce zostawić dziecko pod czyjąś opieką, a instytucja babci nie zadziała, musi znaleźć inne zastępstwo. Dlatego profesja niani święci triumfy.

Brak bliskiego kontaktu z wnukami nie jest bez znaczenia dla ich stosunku do dziadków w przyszłości. Rozluźnianie się więzi pokoleniowych może skutkować tym, że zabraknie im zapału do opieki nad zniedołężniałą babcią czy dziadkiem, gdy będą tego potrzebować. To zjawisko obserwowane jest w wielu krajach kultury zachodniej.

A starsi nie mają lekko. Prędzej czy później dopada ich wdowieństwo, choroby, zniedołężnienie. Kłopotem zaczynają być choćby codzienne zakupy. Jeśli dzieci są daleko, trzeba szukać miłych sąsiadów lub wolontariuszy. Nawet jeśli sytuacja nie jest tak dramatyczna, odwiedziny czy telefony od dzieci, to nie to samo, co bycie z nimi na co dzień. Osobne zamieszkanie rodzi też lęk, że kiedyś nie zadzwonią na czas. Dlatego pojawiają się oferty pagerów dla osób starszych, które umożliwiają szybki kontakt z dziećmi. Wystarczy wcisnąć guzik i specjalna centrala przekazuje informację, że trzeba natychmiast pojawić się w domu matki czy ojca. To pokazuje, że ludzie na wiele sposobów próbują radzić sobie z dzielącą ich odległością.

–Seniorom najbardziej doskwiera samotność. Tym bardziej że teraz żyjemy dłużej niż kiedyś i starość bywa dłuższa od młodości – mówi dr Aldona Żurek. Uśmiechnięta staruszka, która zagaduje nas w sklepie i dosłownie nie chce wypuścić z rąk, oczekując dłuższej rozmowy, to osoba cierpiąca na deficyt kontaktu społecznego. Są kraje, które próbują temu zaradzić odgórnie. Angielska opieka społeczna zajmuje się nie tylko stroną materialną i pielęgnacyjną seniorów. Tam osobna grupa pracowników socjalnych zabiera swoich podopiecznych do kina lub do teatru dbając, by mieli dostęp do kultury i kontaktów z ludźmi. My, jako państwo, nie mamy wiele do zaoferowania osobom starszym. Dlatego musimy zadbać o nie sami.


To, co najcenniejsze

Oddalenie między pokoleniami to nie tylko kwestia odległości, ale także zaległości. Pewne wartości i przekonania starsi ludzie przekazywali młodym w sposób naturalny, dzieląc z nimi wiele wspólnych doświadczeń. Żyjąc daleko od siebie nie mamy ku temu okazji. Cierpią na tym przekazy pokoleniowe. Kiedyś, gdy kobieta rodziła dziecko, jej matka, babka służyły radą i pomocą, wymieniały się w opiece nad maleństwem. Pokazywały, jak je karmić, kąpać, pielęgnować. Dziś młoda mama do wszystkiego dochodzi sama.

Rolę przekaźników wiedzy i doświadczenia pełnią dziś szkoły rodzenia, pisma poradnikowe, programy telewizyjne. Często zamiast zadzwonić do mamy, wchodzimy na fora internetowe i szukamy rad obcych kobiet, tak samo jak my poszukujących tam wsparcia. Z jednej strony to dobrze, że sięgamy po nowoczesne rozwiązania. Z drugiej, nie zawsze wystarcza sucha teoria. Dużo ważniejsze jest wsparcie i miłość, które możemy otrzymać od najbliższych nam osób. Depresja poporodowa, która dopada około 20% młodych matek, częściowo wynika z faktu, że brakuje im oparcia i zwykłej ludzkiej życzliwości, której nie dają „białe fartuchy”. Brakuje zwierzeń matki, że jej macierzyństwo na początku też nie było sielankowe, a miłość do dziecka nie zawsze przychodzi od razu niczym objawienie. To wiele ważnych tematów, o których inaczej się rozmawia z kimś bliskim. Inaczej o nich czyta czy słyszy.


Jakie są te zmiany?

Społeczeństwa ewoluują. W trakcie życia jednego pokolenia następują wielkie zmiany. Czy jest czego żałować, nad czym płakać? – Żal niesie tylko frustrację, a zmian społecznych nie da się zatrzymać – mówi dr Aldona Żurek. – Dobrze jednak, byśmy zachowali coś, co jest cenne w polskiej mentalności, a mianowicie poczucie silnej solidarności rodzinnej. To dotyczy najbliższych krewnych, wobec nich czujemy się do czegoś zobowiązani. Mam nadzieję, że to uchroni nas od sytuacji, jaka ma miejsce w Anglii czy Niemczech, gdzie starsi ludzie są skazani na domy starców, bo dzieci nie chcą brać na siebie ciężaru ich starości. Ciekawe, czy ta osławiona polska rodzinność przejawi się w przyszłości w opiece nad starszym pokoleniem?


Konsultacja – dr hab. Aldona Żurek, socjolog z UAM w Poznaniu.

Autor:

Komentarze