Gdyby nie kompleksy

Ponad 90 proc. z nas nie jest zadowolonych ze swojej fizyczności, a ok. 40 proc. nie lubi siebie do tego stopnia, że wstydzi się swego ciała.

Czy znasz choć jedną kobietę, która lubi swoje ciało takim, jakie jest? Która z czystym sumieniem mogłaby powiedzieć „podobam się sobie"? Najczęściej mamy sobie do zarzucenia zbyt dużą ilość kilogramów - odchudza się lub odchudzało w przeszłości aż 80 proc. nastolatek i ponad 60 proc. dorosłych kobiet.


Wszechogarniające kompleksy

Wstydzimy się nie tylko nadwagi. Wiele z nas - choćbyśmy prezentowały niezłą figurę - i tak znajdzie powód do narzekań. Zbyt masywne uda, za krótkie nogi, za szeroko rozstawione oczy, za rzadkie włosy, za duży nos, za mały biust, za szerokie biodra albo ramiona. Za wąskie lub za szerokie usta, za duże stopy, za wysokie czoło. Zbyt bardzo wystający podbródek, złe proporcje ciała. I tak dalej - bo zawsze coś można zarzucić każdej części ciała.

Skąd te kompleksy? Dlaczego tak się katujemy? Czy nie możemy kochać swoich ciał, traktując je jak przyjaciół? Dlaczego, stając przed lustrem, powtarzamy w myśli wciąż tę samą litanię zniewag i narzekań pod adresem swojej fizyczności? Nie widzimy swoich zalet? Czemu nie potrafimy ich docenić? Łatwiej to będzie zrozumieć, jeśli cofniemy się myślami do dzieciństwa.


Kiedy byłam mała...

Dziecko kocha swoje ciało. Smakuje płynące z niego doznania i żyje we własnej skórze bez oceniania, czy jest ładna czy brzydka. Niestety, to się zmienia pod wpływem różnych doświadczeń. Jednym z nich jest niezbyt czuła opieka. Jeśli maluszek jest przewijany szorstkimi gestami, których nie równoważy przytulanie i głaskanie oraz inne czułości, a jego fizyczne potrzeby nie są zaspokajane (jest często głodny, jest mu zimno, długo leży w brudnej pieluszce czy znosi niewygodę) zaczyna odczuwać kontakt z ciałem jako mało przyjemny. Drugi etap to informacje, jakie o ciele płyną z zachowania rodziców. Jeśli dziecko dorasta w tzw. zimnym domu, w którym nie jest pieszczone i przytulane; rodzice między sobą nie wymieniają czułości ani ciepłych gestów i ganią dziecko za bieganie nago, bo „pupa jest be" - dziecko zamiast nauczyć się, że ciało jest dobrym, świętym, wartym miłości przyjacielem, zapamiętuje „ciało trzeba kontrolować, a nie kochać". I w przyszłości nie będzie się w nim czuło dobrze.


Gorsza od innych?

Problem się pogłębia, jeśli wciąż słyszymy od rodziców przykre słowa pod adresem swej fizyczności. „Niechluj, flejtuch, brzuchacz, tłuścioch" - rodzice (choć w dobrej wierze) potrafią być okrutni. Kiedy mamy kilka lub kilkanaście lat, zaszczepiają w nas tendencję do porównywania się z lepszymi. „Zobacz, jak ładnie wygląda twoja siostra, czemu ty tak nie możesz?", „Nie jedz tyle, twoje koleżanki są od ciebie szczuplejsze" czy „Znowu brudna bluzka? Zawsze wyglądasz mniej porządnie niż inni!" - któż z nas nie słyszał takich uwag? Tyle tylko, że wyrabiają one nawyk porównań i zaczynamy oceniać same siebie pod kątem tego, co prezentują sobą ci „inni". I nieważne, że wyglądamy dobrze - skoro i tak wyglądamy gorzej niż ideały, które gonimy. A stąd już tylko krok do wiecznie żywych kompleksów, o które zresztą tym łatwiej, że obecne „ideały piękna" coraz bardziej oddalają się od „normalnego człowieka".

Nie dajmy się kompleksom! Warto wypowiedzieć im wojnę. Bo kiedy nie akceptujemy swych ciał, odrzucamy część siebie. Jesteśmy mniej przebojowe, gorzej sobie radzimy w pracy, mamy mniejszą satysfakcję w miłości i seksie. Co robić? Zacznijmy od małego ćwiczenia myślowego. Często wydaje się nam, że jeśli zrzucimy 10 kilogramów, będziemy szczęśliwsze. Ale czy na pewno? Czy szczuplejsze szybciej dostaniemy awans w pracy? Czy szczuplejszy mąż będzie więcej pomagał w domu? Czy dzieci będą mniej pyskowały? Czy szczuplejsze będziemy musiały mniej liczyć się z każdym wydawanym groszem? Cztery razy NIE! Sama więc widzisz, że marzenie o piękniejszym wyglądzie to mrzonka, która w faktycznym życiu tak naprawdę wiele nie zmieni.

Druga część ćwiczenia: rozejrzyj się wokół siebie. Co widzisz? Niezbyt piękne i mocno niedoskonałe kobiety w towarzystwie wpatrzonych w nie, prowadzących za rękę i adorujących przystojniaków! Pewnie nie raz pytałaś sama siebie „co on w niej widzi, taki fajny facet, a ona tak niespecjalna"... I dokładnie o to chodzi. On kocha ją za to, co płynie z jej prawdziwej natury, z wnętrza. I za jej kobiecość - czyli dokładnie za to, czego ona być może w sobie nie lubi: miękkie uda, szerokie biodra czy okrągły brzuszek. Bo mężczyznę pociąga wszystko, co odróżnia kobietę od niego samego - czyli krągłości, miękkości, ciepło. Te najpiękniejsze, idealne kobiety często kroczą przez życie same. Mężczyzna chce bowiem żyć z kobietą, nie chodzącym ideałem, a swoją partnerkę kocha za brak doskonałości właśnie.


Ucisz krytyka

Twoim zadaniem będzie zatem zamknięcie ust wewnętrznemu krytykowi. To ta część ciebie, która przed lustrem zawsze podszeptuje „ale paskudne te uda, niestety piersi wcale nie lepsze, no i te tragiczne włosy". Postaraj się usłyszeć ten głos, zamiast mu się, jak dotąd, biernie poddawać. Tym razem nie daj się „wkręcić"! To naprawdę tylko myśli, do których się przyzwyczaiłaś - a przyzwyczajenia można przecież zmienić! Tak więc kiedy wewnętrzny krytyk tylko spróbuje się odezwać, powiedz mu stanowczo „milcz!". I przekonaj sama siebie, co ci się w tobie podoba: mam takie piękne oczy, moje kości policzkowe wyglądają bardzo szlachetnie lub egzotycznie, dobrze układają mi się włosy, mam ładną linię zewnętrzną ciała, taką płynną i pełną załamań, lubię swój kontur - zawsze coś pochwal. I rób to codziennie.

To, co sobie często powtarzasz, zaczyna dźwięczeć w twych myślach, trochę jak echo w dolinie Morskiego Oka - dlatego tak ważne jest, jaki sygnał ty sama wysyłasz. Niech nie będzie to echo z przeszłości, z czasów, które już dawno minęły. Sama nadaj swemu ciału znaczenie. Zdefiniuj wasz związek na nowo. Pokochaj siebie, a zobaczysz, jak pięknie ci się odwzajemni - poczujesz się we własnej skórze jak w domu.

Autor: Agata Domańska

Komentarze