Dzielę się szczęściem

Minimalistka, ale nie w okazywaniu uczuć. Uzależniona od biegania, ale nie po sklepach. Jej promienny uśmiech i naturalność sprawiają, że nie sposób jej nie lubić. Nam opowiadała, dlaczego jest „ekoterrorystką”, czym objawia się jej „sklejenie” z córką i z kim biegała w Toruniu. Z Katarzyną Bujakiewicz rozmawia Anna Komorowska.

Martin Luther King powiedział kiedyś, że „Najbardziej niezmiennym i ważnym pytaniem życia jest: Co robisz dla innych?”. Pani robi sporo. Wspiera dzieci, osoby niepełnosprawne, chorych, zwierzęta ze schronisk − skąd w Pani ta chęć pomocy innym?


Po prostu lubię się dzielić tym, co mam. To wynosi się z domu, wynika z wychowania. Albo się to ma, albo nie. Uważam, że to kwestia empatii oraz pewnego rodzaju obowiązku. Jestem osobą znaną i myślę, że swoją popularność powinnam wykorzystać w pożyteczny sposób, np. biorąc udział w różnego rodzaju akcjach społecznych. Mnie się w życiu poszczęściło i chcę się tym szczęściem podzielić z innymi. Poza tym wierzę, że karma do nas wraca, więc może kiedyś ktoś mi pomoże, gdy będę tego potrzebować.


I wszystko charytatywnie. Obala Pani stereotyp poznaniaka − sknery i skąpca.


W Poznaniu mamy tylu wolontariuszy, że to się w ogóle nie przekłada (śmiech). Chociaż rzeczywiście my, poznaniacy, jesteśmy oszczędni, ale teraz to chyba dotyczy wszystkich, bo takie mamy czasy. Zresztą pomoc nie musi oznaczać dawania komuś pieniędzy. Ja pomagam wizerunkowo, ktoś inny zbiera paczki dla potrzebujących lub robi akcje, które mają edukować społeczeństwo, jak np. moja Drużyna Szpiku.


Na czymś Pani oszczędza?


Nie lubię wydawać pieniędzy na „bzdury”. Mam tu na myśli np. ciuchy, torebki, coś co ma wyglądać i mam się tym chwalić. Szczerze, mam jedną torebkę, którą wykorzystuję na sześćset sposobów. Nie byłabym też w stanie kupić butów za ciężkie pieniądze, bo uważam, że jest mi to niepotrzebne. Mam jedne bardzo dobre buty do biegania, w które trzeba było trochę zainwestować, ale bieganie po sklepach i wydawanie pieniędzy bez sensu mnie nie interesuje. Nie potrzebuję wybudować wielkiego domu, mogę mieszkać w takim po innych właścicielach, który był już praktycznie wyposażony. Nie zależy mi na kosztownych remontach, wolę wydać pieniądze na chore dzieci lub biedne pieski. Jestem absolutną minimalistką. Nawet biżuteria nie robi na mnie wrażenia. Mój życiowy partner śmieje się, że kupiłby mi łańcuszek, ale pewnie bym powiedziała, że mi nie potrzebny (śmiech).


A jak było z tą sukienką na studiach?


Tak, studia to był czas, kiedy ciągle miało się mało pieniędzy i trzeba było ostro kombinować, żeby przetrwać (śmiech). I wtedy z moją przyjaciółką kupiłyśmy sobie czarną sukienkę, taką długą do ziemi, z dużym dekoltem z przodu. Sukienka była zakładana raz dekoltem do przodu, raz do tyłu − w zależności od sytuacji. Była wykorzystywana przez całe studia, dorzucałyśmy tylko różne dodatki − szalik, torebkę, więc za każdym razem była w innej wersji.

Za to na pewno nie oszczędza Pani na zdrowym jedzeniu. Czy to prawda, że jest Pani domową „ekoterrorystką”?


Tak, to prawda, terroryzuję wszystkich zdrowym jedzeniem (śmiech). Staram się zdrowo gotować, używam najlepszych, sezonowych produktów. W zasadzie to nasza lodówka jest prawie pusta. Nie ma w niej nic poza porcją warzyw i kilku produktów, które kupuję na bieżąco od zaprzyjaźnionych rolników. Jemy też sporo kasz, które są bardzo zdrowe, a w Polsce mamy ich całe bogactwo.


A co z mięsem?


My z partnerem jakiś czas temu przeszliśmy na wegetarianizm, ale jestem przeciwniczką zmuszania do tego dzieci, więc kupuję córce mięso od sprawdzonych rzeźników.


Dlaczego mięso przestało Wam smakować?


Tak naprawdę to bardzo lubię mięso, ale nie podoba mi się traktowanie zwierząt. Mam tu na myśli sposób ich hodowli, przewożenia, karmienie chemią. Nie mamy gwarancji, że mięso, które jemy, jest zdrowe, naturalne. Nie podoba mi się brak szacunku dla kogoś, kto nas karmi. Dlatego zrezygnowałam z mięsa.


Zawsze Pani myślała o tym, co je i odżywiała się racjonalnie, czy był jakiś przełom?


Poniekąd to kwestia tego, że czasy są okropne. Wszystko jest już teraz przetworzone, a my zamiast iść do przodu to trochę się cofamy. Jeżdżę na wakacje do Austrii i tam wszystko jest proekologiczne, bio, bardzo pilnuje się jakości jedzenia. U nas niestety idzie się w drugą stronę i jedzenie jest coraz gorsze. Nie ukrywam też, że drugi impuls do zmiany, to narodziny mojej córki. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, co mam jej dawać do jedzenia, dużo czytałam na temat żywności ekologicznej i tego, jak ważna jest jakość pożywienia. Być może trochę mnie na tym punkcie pokręciło, ale stwierdziłam, że muszę ją jakoś chronić i zrobić wszystko, by mogła zdrowo się rozwijać.


Brzmi rozsądnie, ale co ze słodyczami, które dzieci tak kochają?


Ola też bardzo lubi słodycze, ale staram się jej je wydzielać jak mogę. Nie kupuję ich codziennie. Kiedy byłam mała słodycze jadło się od święta, teraz objadamy się nimi non stop, a to bardzo szkodzi zdrowiu. Staram się kupować te bardziej ekologiczne, czytam skład i wpajam jej, że nie trzeba ich jeść tak dużo. Uczy się i może kiedyś to zrozumie i doceni (śmiech).


I nie domaga się lizaków i czekolady?


Oczywiście, że się domaga i zawsze sobie coś zorganizuje u babci czy u innych osób, więc ja jej tego nie muszę dawać. Natomiast od dziecka przyzwyczaiłam ją do jedzenia bakalii, które zresztą sama chętnie zajadam. Ola uwielbia rodzynki, orzechy, żurawinę, daktyle, suszone morele. To taka zdrowa przekąska, do której nie muszę jej namawiać, bo bakalie mają w sobie mnóstwo naturalnej słodyczy. Śliwkę czy jabłko można w prosty sposób samemu ususzyć i później z tego korzystać.

To prawda, mój synek też lubi rodzynki, żurawinę i orzechy. Przy orzechach jest najlepsza zabawa, bo trzeba się najpierw do nich dostać.


Dokładnie, można się tym bawić, bo wyłuskiwanie orzechów to dla dzieci frajda. Mamy więc sto sposobów, żeby zastąpić słodycze.


Z badań wynika, że dojrzałe mamy są bardziej spokojne i cierpliwe. Jak to jest w Pani przypadku, nerwy nie puszczają?


Niestety puszczają, chociaż bardzo się staram być książkową, świadomą mamą. Dużo czytam i wprowadzam w życie rady, np. jestem fanką macierzyństwa bliskości. Ale jestem tylko człowiekiem, często zmęczonym i mam ochotę odpocząć. Bywa, że wybucham i potem się tego potwornie wstydzę. Myślę, że chyba łatwiej jest, jak się zostaje mamą w młodym wieku. Wtedy więcej robi się intuicyjnie, nie zastanawia się jak to, co powiedzieliśmy, wpłynie na dalsze życie dziecka, tylko po prostu się wychowuje. W świadomym macierzyństwie za dużo się analizuje, czasem bez sensu. Zastanawiam się np. czy nie powiedziałam czegoś za ostro, za dużo, czy ona przez to nie będzie się musiała kiedyś poddać terapii, bo sobie z tym nie poradzi (śmiech).


A wychowuje Pani córkę metodą kija czy marchewki?


Jestem zdania, że dziecka nie powinno się ani karać, ani nagradzać, bo to, co robi, powinno robić samo z siebie, a nie dla nagrody czy ze strachu przed karą. Wychowuję pozytywnym przykładem, absolutnie nie przez ostre karanie, jak to było w latach siedemdziesiątych, bo to nie jest fajne. Dziecko, tak jak my, ma prawo mieć swoje humory czy zły dzień, nie możemy więc go za to karać.


Po urodzeniu dziecka zawiesiła Pani na rok karierę zawodową. To raczej niepopularne zachowanie wśród „znanych mam”, które często wracają do pracy chwilę po porodzie i do tego świetnie wyglądają! Nie korciło Pani zrobić się na bóstwo i zapozować na ściance?


No więc nie (śmiech). Nie miałam na to siły, nie oszukujmy się. Myślę, że niektóre moje koleżanki mają po prostu pewne zobowiązania i muszą po porodzie szybko wracać do pracy i dobrze wyglądać. Ja nie miałam siły, byłam zmęczona i źle wyglądałam. Po urodzeniu dziecka bardzo długo musiałam walczyć ze swoją sylwetką, było mi potwornie trudno, bo byłam bliżej czterdziestki. Poza tym chciałam być jak najdłużej z córką. To moje pierwsze dziecko i raczej nie planuję następnych, bo dość późno się zabrałam za rozmnażanie (śmiech). Zresztą napracowałam się już w życiu, pracuję z przerwami od siódmego roku życia, więc uważałam, że nic się nie stanie, jak na rok się wyłączę. Świat się nie zawali, nikt za mną specjalnie tęsknić nie będzie, a ten pierwszy rok życia dziecka jest bardzo ważny. Po czterech miesiącach pojawiłam się na trzy dni zdjęciowe na planie „Listów do M” i od czasu do czasu, dla komfortu psychicznego, wychodziłam grać do teatru, ale po spektaklu od razu wracałam do domu. Nie byłabym w stanie wyjechać na dłużej i jej zostawić, to by było dla mnie za trudne. Jestem matką, która jest sklejona z dzieckiem, a moje dziecko jest bardzo sklejone ze mną.


Czym to sklejenie się jeszcze objawia?


Jestem np. mamą, która śpi ze swoją córeczką, chociaż wiem, że jest to szalenie niepopularne. Do dziś ze sobą śpimy i jest nam z tym cudownie.


A dla partnera też jest tam miejsce?


Oczywiście, mieści się z nami, nie ma z tym żadnego problemu (śmiech). Nie jest zazdrosny o swoje dziecko, radzimy sobie. Związek się nie rozpadł, mimo czterech lat spania w trójkę. Jest super, a zresztą dobro dziecka jest najważniejsze.


I tego się trzymajmy. Powiedziała Pani, że musiała długo pracować nad powrotem do formy po ciąży. No i teraz figurę ma Pani świetną. To zasługa biegania?


Z tą świetną, to bym nie przesadzała, bo taką to mają dziewczyny w rozmiarze 34. Mam niezłą, bo rzeczywiście biegam, ale też dużo pracuję i odżywiam się racjonalnie. Ostatnio stosuję taką metodę (bo nie lubię słowa dieta) pięciogodzinnego jedzenia, która dobrze robi mojemu organizmowi. Polega na tym, że je się przez 5 godzin, np. jeśli zaczynamy jeść od 15, to kończymy jedzenie o 19, tak żeby organizm miał 18-19 godzin odpoczynku. Jej zadaniem jest oczyszczenie organizmu z toksyn, taka regeneracja.


Jak długo można być na takiej „głodówce” i czy jest to bezpieczne?


Tydzień lub dwa. Nie chodzi o to, żeby był to sposób na całe życie, bo tak jak wszystko w nadmiarze może nam zaszkodzić. Metodę tę stosują sportowcy i jest polecana przez lekarzy, ale trzeba sprawdzić jak reaguje na nią nasz organizm, bo każdy jest inny. Zimą niektórym może być trudno, bo organizm potrzebuje porannego posiłku, żeby się ogrzać.


Wróćmy jeszcze do biegania. Jak często Pani biega?


Staram się codziennie, bo to takie moje uzależnienie (śmiech). Jak tylko mam możliwość, to biegam po około 40-50 minut.


Czy ma Pani jakieś zabawne przygody związane z bieganiem?


Mam jedną bardzo zabawną historię z Torunia, gdzie kręciłam zdjęcia do „Lekarzy”. W międzyczasie przygotowywałam się do maratonu, a że nie znałam terenu, zaczepiłam pierwszego napotkanego biegacza i zapytałam, jaką ścieżkę mam wybrać na około półtoragodzinny trening. On zaproponował mi, żebym pobiegła z nim. Gdy tak biegaliśmy po lesie, to zastanowiłam się przez chwilę, czy jest to rozsądne, ale stwierdziłam, że biegacz raczej mi krzywdy nie zrobi (śmiech). Było bardzo sympatycznie, choć za dużo nie rozmawialiśmy. Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie moja agentka i powiedziała, że dostała maila, w którym ktoś pisze, że miło mu się ze mną biegało i życzy sukcesów, ale też przestrzega, żebym w przyszłości tak bardzo nie ufała nieznajomym i nie biegała z nimi po lasach, bo nie zawsze można trafić na uczciwego... księdza (śmiech).

Może na samego Ojca Dyrektora Pani trafiła?


Nie, na pewno nie − zważywszy na jego posturę, chyba raczej nie jest biegający (śmiech).


A czy uprawia Pani jeszcze jakiś sport?


Kiedyś bawiłam się w siłownię i jeżdżenie na rowerze, ale teraz nie mam na to czasu. Ostatnio zostałam „przerobiona” przez mojego partnera życiowego na snowboard, a że większość zimy spędzam na lodowcu, to pojeżdżę tam trochę na desce. Ale nie traktuję tego jako sportu, raczej jak zabawę.


Podobno jest Pani zwolenniczką homeopatii. Czym Panią przekonuje ta metoda?


Przekonała mnie do niej wiele lat temu moja ciocia mieszkająca w Belgii. Tam jest ona szalenie popularna, choć kolebką homeopatii jest Francja. Zmagałam się od lat z uczuleniem na słońce i ciocia przesłała mi lek homeopatyczny, który skutecznie mi pomógł. Przekonuje mnie przede wszystkim brak chemii i małe dawki leku w tych środkach. Teraz co chwilę słyszymy, że jakiś dopuszczany do tej pory, znany lek zostaje wycofany, bo nagle się okazało, że zawiera jakieś szkodliwe substancje. Dlatego korzystam z porad homeopatów, choć w razie jakiegoś ostrego zdarzenia oczywiście reagujemy antybiotykiem.


A przy jakich dolegliwościach wspomaga się Pani homeopatią?


Stosuję ją dla wzmocnienia odporności mojego dziecka oraz przy przeziębieniach. Bardzo pomagają mi homeopatyczne tabletki do ssania, gdy dokucza mi choroba zawodowa, czyli chrypka czy zapalenie gardła. No i od wiosny, jak to mówię, „ciumkam” (śmiech) te kuleczki na alergię słoneczną.


Żyje Pani zdrowo, a czy wykonuje Pani badania profilaktyczne?


Ostatnio, choć taka zdrowa, to wylądowałam w szpitalu z zapaleniem płuc, więc zrobiono mi pełne badania. Po prostu byłam przepracowana i ktoś mi sprzedał jakiegoś wirusa. Nie obrażam się na badania profilaktyczne, wiem, że trzeba je robić i że jest to bardzo ważne. Wykonuję morfologię, cytologię oraz badanie, które powinno być obowiązkowe dla kobiet po czterdziestce, czyli mammografię. Uważam, że nie wolno tego zaniedbywać, bo wiadomo, że lepiej w porę zapobiegać, niż potem się leczyć z ciężkiej choroby.

Autor: Anna Komorowska

Komentarze