Dzieci warto czasem porozpieszczać

Nie można spełniać każdej zachcianki naszej pociechy, bo ona często w ten sposób sprawdza, na co jej jeszcze pozwolimy. By być szczęśliwa, musi znać granice, wiedzieć, co jej wolno, a czego nie.

-„Kochać zamiast rozpieszczać" - taki tytuł ma wydana niedawno książka niemieckiego pedagoga Gereona Reimanna. Czy naprawdę „rozpieszczać" to znaczy „nie kochać"? Właściwie, co w tym złego?


Na pewno niewłaściwe jest rozpieszczanie polegające na kupowaniu dziecku zawsze tego, na co ma ochotę, spełnianiu wszystkich jego zachcianek i dawaniu mu coraz to nowych zabawek. Zwłaszcza, że często robimy to dlatego, że nie chce się nam z nim rozmawiać czy bawić. Ulegamy prośbom i krzykom, kupujemy kolejną zabawkę, byle tylko mieć spokój. A dziecku trzeba poświęcić czas. Zabawki to nie wszystko. Nie można też spełniać każdej zachcianki naszej pociechy, bo ona często w ten sposób sprawdza, na co jej jeszcze pozwolimy. By być szczęśliwa, musi znać granice, wiedzieć, co jej wolno, a czego nie.


- Często mówimy: Ależ on jest rozpieszczony i źle wychowany! Ale co to właściwie znaczy?


Rozpieszczone dziecko to inaczej dziecko, które nie zna granic. Krzyczy, płacze, rzuca się na podłogę, gdy czegokolwiek mu się odmawia. Zawsze musi być w centrum zainteresowania, chce, żebyśmy zwracali uwagę tylko na niego, bo ono jest najważniejsze.


- Ulegamy zachciankom dziecka, czasem nawet próbujemy je wyprzedzić i kupujemy to, o czym jeszcze nie zdążyło pomarzyć, bo chcemy, żeby miało lepiej niż my, żeby niczego mu nie zabrakło...


Rzeczywiście, kupujemy zabawki, a potem mówimy, że gdybyśmy mieli w dzieciństwie połowę tego, co ma nasza pociecha, to bylibyśmy szczęśliwi. Ale to nieprawda! Góra prezentów wcale nie jest najważniejsza. Gdy jest ich za dużo, dajemy je przy każdej okazji, niemal codziennie, to przestają sprawiać radość. Stają się czymś normalnym, zwyczajnym. Potem dziecko czasem w ogóle nie zwraca na nie uwagi i drogą zabawkę rzuca w kąt.


- A my się martwimy, że może kupiliśmy niewłaściwą, i szukamy następnej... Rozpieszczamy dziecko z miłości czy dlatego, że brakuje nam czasu i ochoty, by skupić się na tym, co jest mu naprawdę potrzebne?


Częściej z tego drugiego powodu, choć zapewne tłumaczymy to sobie jako miłość. Prościej jest kupić nową zabawkę czy grę komputerową, niż usiąść z przedszkolakiem na dywanie i pobawić się, bo to wymaga wejścia w jego świat, skupienia, czasu. Często rodzice narzekają, że dziecko chce tylko siedzieć przed telewizorem i oglądać bajki albo grać na komputerze. Ale przecież to oni je do tego przyzwyczaili lub na to pozwalają. Albo narzekają, że je tylko chipsy i słodycze. Ale przecież przedszkolak sam ich nie kupił. Tylko że rodzicom prościej jest ulec prośbom czy płaczom dziecka, niż spróbować poradzić sobie z jego buntem i zawalczyć, by zjadło zdrowe rzeczy.


- Zdarza się, że ulegamy maluchowi, bo np. jest chory i nie może bawić się na placu zabaw.


Właśnie w ten sposób podkreślamy: jesteś inny niż rówieśnicy, słabszy, gorszy. Zamiast go wzmacniać, czego on rzeczywiście potrzebuje, jeszcze go osłabiamy. Jeśli często choruje, to zwróćmy uwagę na to, co jest mu rzeczywiście potrzebne. Na pewno nie góra zabawek, raczej nasz czas i obecność. Jest ogromna różnica między potrzebami a zachciankami dziecka. Jego potrzeby trzeba realizować. Ale często właśnie przez to, że spełniamy zachcianki, to nie realizujemy potrzeb. Na przykład przedszkolak ma nadwagę, więc nie lubi biegać, słabo gra w piłkę. A jednocześnie uwielbia słodycze. Prosi o nie, więc mu dajemy, bo „przecież on jest taki biedny" Ale przez to będzie miał jeszcze większe kłopoty z wagą.


- Jak takie rozpieszczone dziecko czuje się w grupie rówieśników, np. w przedszkolu?


Może mieć kłopoty z zaadaptowaniem się właśnie dlatego, że jest przyzwyczajone do bycia w centrum zainteresowania. W przedszkolu nie będzie w centrum, bo wychowawczyni opiekuje się dwudziestoma dziećmi w grupie i nie może na każdym skupić uwagi aż tak, jak rodzic.


- A więc w takim razie najlepsze jest surowe wychowanie?


Nie, dziecko trzeba rozpieszczać, ale w sposób mądry. Spędzać z nim dużo czasu, bawić się, rozmawiać. Od czasu do czasu można zrobić dzień wolny od obowiązków. Powiedzieć: tego dnia nie idziesz do przedszkola, ja nie idę do pracy. Nie musimy nic robić, możemy cały dzień być w pidżamach. Czasem warto sobie pozwolić na takie odstępstwa od reguł. Nic się też nie stanie, jeśli od czasu do czasu pójdziemy z dzieckiem na pizzę lub kupimy mu paczkę chipsów. A gdy idzie na przyjęcie do kolegi, to niech je słodycze do woli. My też, gdy wybieramy się na kolację ze znajomymi do restauracji, pozwólmy sobie zjeść rzeczy, których na co dzień sobie odmawiamy, np. deser bezowy.


- Przedszkolaka można jeszcze sadzać na kolanach, tulić, czy go przez to rozpuścimy?


Oczywiście, że można sadzać na kolanach, i warto to robić jak najczęściej. Tego nigdy nie jest za wiele. Kontakt fizyczny jest dla dziecka bardzo ważny i w taki sposób można je rozpieszczać. Gdy będzie starsze, samo da nam znać, że już nie chce takiego przytulania. I wtedy trzeba jego wolę uszanować. Ale teraz warto je sadzać na kolanach i całować, ile się da.


- Dziewczynkę często przytulamy, chłopca nie, bo boimy się, że to takie niemęskie. Słusznie?


Ależ nie. Chłopiec nie stanie się przez to maminsynkiem. Potrzebuje tak samo przytulenia jak dziewczynka.


- Wracamy po spacerze do domu. Dziecko mówi, że już nie może dalej iść, bo bolą je nóżki. Brać je na ręce?


To zależy od tego, czy w ogóle jeszcze dajemy radę nosić je na rękach. I jak bardzo nam się spieszy. Jeśli w pobliżu jest ławka, to można usiąść i poczekać, aż dziecko odpocznie. Ale jeśli bardzo się spieszymy i mamy siłę je trochę ponieść, to nic nie stoi na przeszkodzie, by tak zrobić. Na pewno go w ten sposób nie rozpuścimy.


- Czy przedszkolak powinien mieć już w domu jakieś obowiązki, np. podlewać kwiaty, sprzątać po sobie zabawki, czy jest na to jeszcze za mały?


Może mieć już obowiązki, bo dzięki temu uczy się odpowiedzialności i czuje, że jest ważny. Ale muszą one być dostosowane do jego wieku i możliwości. Nie oczekujmy, że trzylatek rano wstanie, ubierze się, sprzątnie po sobie łóżko i jeszcze będzie o tym wszystkim sam pamiętać. Nie oczekujmy też, że sprzątnie swój pokój. On jeszcze nie rozumie, co to znaczy „posprzątać pokój" Można mu powiedzieć, żeby włożył klocki do pudełka, ustawił
samochodziki na półce.


- A co zrobić, gdy mówi, że jest zbyt zmęczony? Kazać mu mimo wszystko posprzątać czy zrobić to za niego?


Najlepiej mu trochę pomóc. Nie wyręczać, tylko zrobić to razem z nim. Będzie czuł, że go kochamy.

Małgorzata Rymaszewska, psycholog, prowadzi specjalistyczny gabinet psychologiczny dla dzieci, młodzieży i rodziców „Rodzice i Dzieci" . Mama Asi (11 lat), Alicji (9 lat) i Tomka (5,5 miesiąca).

Autor: Katarzyna Kwiatkowska

Komentarze