Dojrzałość jest piękna

Niekwestionowana królowa (matka) polskiego fitnessu. Od lat zachęca Polaków do zdrowego stylu życia. Nam opowiedziała o swojej nowej książce, osobistych trenerach i o tym, jakie są dzisiejsze pięćdziesiątki. Z Mariolą Bojarską-Ferenc rozmawia Anna Komorowska.

Jest pani niezwykle aktywną osobą – prowadzi dwa programy w TVP2, pisze bloga, obecna na Facebooku, ciągle się dokształca, jeżdżąc na kongresy, a niedawno wydała pani czwartą książkę „Klub 50+”. Skąd czerpie pani energię?


Myślę, że tę energię dostałam od życia. Po prostu wyssałam ją z mlekiem matki (śmiech). Z pewnością część tej energii dał mi sport. Trenowałam od 7. roku życia gimnastykę artystyczną, byłam zawodniczką kadry narodowej. Uczyłam się również baletu klasycznego i nowoczesnego. Część życia spędziłam na sali gimnastycznej. Zawsze powtarzam – im więcej energii zostawisz na sali gimnastycznej, tym więcej jej z tej sali wyniesiesz do prywatnego życia. I to się u mnie sprawdza. Poza tym jestem osobą bardzo temperamentną i ta energia mnie po prostu roznosi. Moi młodsi koledzy z ekipy programu „Sztuka życia”, który prowadzę na antenie TVP2, śmieją się, że nie mogą za mną nadążyć, bo mam zbyt dużą podzielność uwagi i koncentruję się na zbyt wielu wątkach. Krzyczą: „Bojarska! Przestań ładować akumulatory” (śmiech). Jestem po prostu niezniszczalna, nigdy nie jestem zmęczona i nie marudzę. Nawet po 16-godzinnej pracy na planie.


Komu pani dedykuje najnowszą książkę?


Kobietom takim jak ja, po pięćdziesiątce, które mają sporo energii, ale też tym, które gdzieś ją po drodze zgubiły. Ta książka ma im pomóc ją odzyskać. Chcę im powiedzieć, że czeka je druga połowa życia, która może być równie wspaniała. Jestem w tym stanie od 4 lat i nic mi się na gorsze nie zmieniło, a wręcz przeciwnie, chce mi się żyć. Dzielę się z kobietami swoimi doświadczeniami i wraz z ekspertami mówimy o wszystkim – o modzie, urodzie, makijażu dla kobiet 50+, o seksie i relacjach oraz o rodzinie, medycynie estetycznej, diecie i ćwiczeniach najlepszych dla kobiet w tym wieku.


Ile razy w tygodniu pani ćwiczy?


Ćwiczę najczęściej, jak tylko mogę. Jeśli mam czas, to codziennie, a gdy mam bardziej zajęty tydzień, to przynajmniej 2, 3 razy w tygodniu. Taki trening trwa minimum godzinę. Jeśli nie mam czasu na trening całego ciała, to robię sobie godzinny, szybki spacer lub tzw. slow jogging, czyli wolny trucht po okolicy, w której mieszkam. Ćwiczę m.in. na urządzeniu TRX (ćwiczenia z linami, podczas których wykorzystuje się obciążenie własnego ciała – przyp. red.) oraz na nowym urządzeniu o nazwie Slimboard, które chcę rozpropagować na naszym rynku. Jest to wibrująca platforma, która zmusza wszystkie mięśnie do pracy. W domu mam też bieżnię, więc jeśli jest zimno za oknem lub nie mam czasu na wyjście do klubu fitness, to biegam w domu. Wykonuję również ćwiczenia wzmacniające całe ciało, m.in. z hantlami. Ćwiczenia siłowe są bardzo ważne dla kobiet 50+, które muszą dbać nie tylko o mięśnie, ale też o kości. Dzięki ćwiczeniom siłowym kości wzmacniają się, co zapobiega osteoporozie.Wybierając osobistego trenera, ludzie zwykle zwracają uwagę tylko na to, czy ma bicepsy i tzw. „sześciopak” na brzuchu.


Pani zdaniem to dobry wyznacznik?


Uważam, że same ładne mięśnie nie wystarczą, by być dobrym trenerem. Radzę sprawdzać wykształcenie. Sama ćwiczyłam kiedyś z trenerami, którzy mięśnie mieli przepiękne, a były to najnudniejsze treningi mojego życia, bo prowadzący nie mieli pojęcia o metodyce. Oprócz tego, że trener musi nam odpowiadać temperamentem i być dobrym motywatorem, to przede wszystkim musi znać tzw. metodykę nauczania. Z fitness jest jak z matematyką, nie uczymy się od razu całek i różniczek, tylko najpierw dodawania, odejmowania, tabliczki mnożenia, by dojść do tego najwyższego pułapu matematycznego. Tak samo jest z ćwiczeniami – każde musimy zacząć od najniższego stopnia, aby wejść po tygodniu, miesiącu, w zależności od możliwości organizmu, na wyższy poziom. Stopniowanie jest ważne, aby nie uszkodzić kręgosłupa, nie pozrywać mięśni, więzadeł itp. Często ludzie to lekceważą i idą do byle jakiego trenera, co negatywnie odbija się na ich zdrowiu. Pamiętajmy, że gdy uszkodzimy coś raz, to potem będziemy musieli zająć się rehabilitacją, żeby nas nie bolało. A ból czy kontuzja, której się nabawiliśmy, odezwą się i tak za parę lat.


Kandydat na trenera powinien nam najpierw pokazać swoje CV?


Ważne jest wykształcenie oraz to, czy nadal się dokształca, ponieważ co roku są nowe badania na temat fitnessu. Temu służą światowe kongresy największych amerykańskich organizacji fitness IDEA oraz ECA, w których uczestniczę od 20 lat. Byłam już na około czterdziestu takich kongresach. Tam spotykają się naukowcy z całego świata, którzy przedstawiają wyniki badań, i okazuje się np., że ćwiczenie, które kiedyś było polecane, uszkadza górny odcinek kręgosłupa czy odcinek lędźwiowy i doprowadza do kontuzji. Dlatego trzeba ciągle poszerzać swoją wiedzę.


A czy pani ma swojego trenera?


Nie, ale mam motywatora, którego powinien mieć zresztą każdy dobry trener. Jest to mój kolega ze środowiska fitnessowego, który gdy z jakichś powodów nie pojawię się przez dwa dni na siłowni, dzwoni do mnie i pyta: „Mariolka, gdzie ty jesteś?” (śmiech). On nie pozwala mi na takie momenty słabości, tylko dzwoni i mówi, że muszę przyjść i ćwiczyć. Mało tego, stoi nade mną jak kat, bym pokonywała swoje granice. Czuję się wtedy jak mała dziewczynka (śmiech).


Nie myślała pani o tym, aby założyć sieć klubów fitness dla pań 50+?


Nie każda czuje się komfortowo, ćwicząc obok 30-latek albo na aerobiku przy klubie seniora.Tak! Chodzi mi to po głowie, więc gdyby znalazł się sponsor, to jestem gotowa się tym zająć (śmiech). Chociaż nie uważam, że ćwiczenie obok młodszych od siebie musi oznaczać dyskomfort. Przeciwnie, myślę, że przebywanie z młodszymi odmładza. Mój inspirator Maciek, który ćwiczy z dziewczynami młodszymi ode mnie, twierdzi, że zawstydzam młodzież swoją kondycją i możliwościami fizycznymi. Jednak pod tym względem jestem nietypową 50-latką, bo pracowałam na to od 7. roku życia. Rozumiem, że przeciętna kobieta może mieć z tym problem, więc trzeba wyjść takim paniom naprzeciw. Jeśli znalazłby się sponsor, to z przyjemnością bym taką sieć założyła i szkoliła trenerów w tym kierunku, bo bardzo ważne jest też podejście do klienta. Trzeba wykazać maksimum empatii, uważności. Każda osoba, mimo że jest w grupie, powinna się czuć tak, jakby była na zajęciach sama.


Czym się różni dzisiejsza 50-latka od tej sprzed powiedzmy 20, 30 lat?


Dzisiejsza 50-latka jest jak 30-latka (śmiech). To kobieta pełna energii. Ja np. w ogóle nie czuję się jakbym miała 50 lat. Uważam, że jeśli kobieta dobrze się odżywia, ćwiczy i dba o swój wizerunek, czyli nie chodzi w jakichś szerokich „łachach”, tylko ubiera się elegancko i nowocześnie, to może naprawdę ślicznie wyglądać, będąc po pięćdziesiątce. Może ciągle odnosić sukcesy zawodowe, prywatne i rozwijać swoje pasje. Teraz, kiedy dzieci są już odchowane, ma czas dla siebie, więc zachęcam, by była trochę egoistką i wreszcie zajęła się sobą. Chcę powiedzieć kobietom 50+: Dziewczyny, macie za sobą dopiero połowę życia, przed wami kolejne 50 lat i tylko od was zależy, jak je przeżyjecie. Nie bójcie się zmian, świat należy do was!


Wspomniała pani o dobrym odżywianiu. Co powinno się znaleźć w menu kobiety po pięćdziesiątce?


Po pierwsze, wybierajmy najlepsze produkty. Myślmy o tym, co wrzucamy do naszego żołądka, bo to nie śmietnik. Od tego, co zjemy, zależy, czy będziemy mieć energię do nauki, pracy i życia. Zawsze przypominam Polakom i młodym, i dojrzałym, że powinniśmy jeść dużo warzyw, w jak najróżniejszych kolorach. Im więcej kolorów na talerzu, tym zdrowiej. Kobieta 50-letnia już nie potrzebuje tylu kalorii, co wcześniej, gdy robiła jeszcze mnóstwo dodatkowych rzeczy. Wystarczająca jest dieta 1800 kalorii, ale te kalorie też muszą być mądre. Powinna jeść ryby, które wspomagają pracę mózgu, oraz chude mięso. Ograniczamy do minimum rzeczy słodkie i tłuste, bo ich nadmiar idzie w biodra i jest przyczyną wielu dolegliwości. Ograniczamy węglowodany proste, białe pieczywo. Nastawiamy się na kasze, np. gryczaną i jaglaną. Bardzo ważna jest też woda. Pijemy ją w dużych ilościach, małymi łyczkami, tak aby ciągle nawadniać swój organizm. Woda zwiększa możliwości koncentracji, uczenia się, odstresowuje.


Czyli do posiłku woda, a nie cola, jak mówią w telewizji?


Tylko woda, woda, woda! Muszę powiedzieć, że np. we Włoszech czy Francji podanie do obiadu coli jest po prostu obciachem, świadczy o braku savoir vivre’u, obeznania. Pamiętajmy, że cola wypita do posiłku podwaja jego kaloryczność. Działa tak, jakbyśmy zjedli dwa obiady.


Cukier to wróg wszystkich tych, którzy dbają o linię, ale jak tu żyć bez słodyczy? Lubi je pani?


Uwielbiam i jem codziennie! Tylko, że jem mądre słodycze. Podam przykład na moje słodkie śniadanie. Nasiona chia zalewam ciepłym mlekiem kokosowym, migdałowym czy ryżowym, wrzucam jagody goji, banana, maliny lub jakieś inne owoce sezonowe, czasami parę orzechów włoskich lub laskowych i gotowe. To dla mnie też deser, zjadając go, jestem zadowolona. Wiem, że dzięki temu dostarczyłam organizmowi kwasy omega-3, których nasiona chia mają trzy razy więcej niż łosoś, oraz białko i witaminy. Jem też gorzką czekoladę o zawartości kakao 70 proc. z orzechami włoskimi.


Czyli bezy i pączki odpadają?


Raz w miesiącu można sobie pozwolić. Pączków nie lubię, ale uwielbiam tort bezowy i pod pretekstem jakiejś gościny zamawiam go w jednej z cukierni w centrum Warszawy (śmiech). Potem zawsze biję się o największą część. Przyznaję się, że jest to taki mój mały grzeszek, ale w końcu nie popełniam go codziennie.


Zachęca Pani kobiety do dbania o siebie, ale jak zmotywować te, które myślą, że po pięćdziesiątce stały się niewidzialne dla świata?


Właśnie chodzi o to, żebyśmy sprawiły, że będziemy widzialne. Do tego czasem potrzebna jest zmiana wizerunku lub jego odświeżenie. Zmiana fryzury, stroju, make-upu sprawi, że staniemy się zupełnie inne. Takie metamorfozy prowadzę w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 z kobietami po pięćdziesiątce. Powinnyśmy zaskakiwać swoją rodzinę i znajomych. Kiedyś, gdy byłam młodą dziewczyną, powiedziano mi, że swojego mężczyznę trzeba zaskakiwać do końca życia. Dlatego dbajmy o siebie, żebyśmy nie były przezroczyste, nie chowajmy się w kąty. Nie zakładajmy bluzki sprzed 20 lat, tylko dlatego, że szkoda nam ją wyrzucić, bo dostałyśmy ją od cioci. Ubierajmy się nowocześnie. Kobieta musi być zadbana do końca.Przeczytałam kiedyś, że „fajne babki nie rdzewieją”, bo przecież nie chodzi tylko o wygląd zewnętrzny, ale też o ciągły rozwój i niezamykanie się na świat.


Do tego również zachęca pani dojrzałe kobiety w swoim poradniku?


Zachęcam kobiety, żeby nie zamykały się w domu. Nawet jak zostały same, bo dzieci dorosły, a mąż umarł lub odszedł do innej, albo rozwiodły się z własnej woli. Często takie kobiety pytają mnie: „Gdzie ja mam sobie teraz znaleźć nowego mężczyznę?”. Odpowiadam, że przecież on nie przyjdzie i nie zapuka do twoich drzwi. Nie wie, że jesteś sama i czekasz. Trzeba wyjść na zewnątrz i zaangażować się w życie społeczne, iść do kina, teatru. Tego mężczyznę możemy spotkać wszędzie. Możesz upuścić torebkę, on ją podniesie i zacznie się miłość (śmiech). Nigdy nie wiadomo, gdzie możemy spotkać miłość naszego życia, ale nie wolno zamykać się na świat. Kobiety dojrzałe wiedzą już, czego chcą od życia, na czym im zależy, dlatego uważam, że dojrzałość jest piękna. Zachęcam też kobiety do ciągłego rozwoju. Moja koleżanka w wieku 55 lat zapisała się na uniwersytet trzeciego wieku. Studiuje historię sztuki i jest szczęśliwa, bo spełniła swoje marzenie. Trzeba mieć też pasję, bo ludzie bez pasji są mało ciekawi. Trzeba mieć trochę przestrzeni tylko dla siebie, coś w czym się realizujemy, co sprawia nam przyjemność.


Zbliża się koniec roku, ma pani już jakieś plany na ten nowy?


Mam już konkretne plany na przyszły rok. Zawodowych nie będę zdradzać, bo nie chcę zapeszać, ale mam też plan prywatny. W przyszłym roku obchodzimy z mężem 25. rocznicę ślubu, z czego się bardzo cieszę, i chcę mu przygotować jakąś niespodziankę. Mam nadzieję, że on też mi jakąś zrobi (śmiech). Ja w ogóle jestem taką planistką. Mój mąż się śmieje, że wszystko muszę planować. Przekonał się jednak, że warto, bo jak raz zgodziłam się na spontaniczne wyjście na kolację bez rezerwacji do naszej ulubionej restauracji we Włoszech, to na miejscu okazało się, że wszystkie stoliki są zajęte. Byliśmy zmuszeni zjeść gdzie indziej, a ponieważ jesteśmy smakoszami, trudno nam jest dogodzić. Mam jeszcze takie marzenie, główny plan, chcę zostać w telewizji do końca życia, bo to jest moja największa miłość. Mój mąż doskonale wie, że z pracą nie może rywalizować. To mnie kręci i uszczęśliwia. Jestem szczęśliwa, że robię to, co kocham!


Dziękuję.

Autor:

Komentarze