Do szczęścia potrzebuję małych wygranych

Z Izabelą Zwierzyńską, aktorką, rozmawia Anna Komorowska  Skończyła psychologię, ale to aktorstwo jest tym, co ją „kręci”. Gra w serialu, podróżuje i gotuje, bo to kocha. Nam opowiada o tym, co ją uszczęśliwia, jak schudła „przypadkiem” oraz co jej dał taniec i psychologia.

Widzowie znają panią z serialu „Barwy szczęścia”. Co panią uszczęśliwia?


Obcowanie z naturą. Lubię jej bliskość, ciszę, spokój, świeże powietrze. Bardzo się wtedy regeneruję. Poza tym uszczęśliwia mnie jedzenie. Kocham jeść, jak również gotować – chociaż nie zawsze zjadam wszystko, co ugotuję. Jestem wybredna, ale kiedy już dostanę coś pysznego, zawsze się uśmiecham. Uszczęśliwia mnie także poczucie sukcesu, potrzebuję małych wygranych, by iść przez życie z lekkością i radością.


A taniec? To prawda, że trenowała pani hip-hop?


Dawno temu, w podstawówce, później w liceum, a nawet przez pierwsze dwa lata studiów poświęcałam na taniec dużo czasu. Zaczęło się od tzw. „disco dance” w domu kultury, potem poszłam na zajęcia z hip-hopu, później odkryłam jazz i taniec współczesny, więc jak widać dojrzewałam, także tanecznie. Nigdy nie były to treningi aż tak profesjonalnie, by poświęcić się temu do końca, ale uważam, że świetnie rozwinęło to moją cielesność, skontaktowało z ciałem i wyrzeźbiło sylwetkę… Chociaż uważam, że za bardzo mi poszło w uda (śmiech).


Nadal pani tańczy w rytmie hip-hopu? Jakoś nie mogę sobie pani wyobrazić w dresie z krokiem w kolanach?


Teraz tańczę tylko okazjonalnie lub na zajęciach w Akademii Teatralnej. Na I roku były to zajęcia z baletu i tańców staropolskich, na II z różnych gatunków tańca towarzyskiego – charleston, walc, a na III roku będzie taniec współczesny.


Kojarzy mi się pani z dziewczęcymi stylizacjami. To pani codzienny look?


Ubieram się bardzo różnie, w zależności od nastroju. Akurat niedawno kupiłam rower szosowy, więc częściej sięgam po szorty, T-shirt i trampki, ale cenię sobie sukienki. Są bardzo dobrym rozwiązaniem dla mojej figury, może stąd ten dziewczęcy wygląd. Często jednak dziewczęce kreacje przełamuję mocniejszymi dodatkami lub obuwiem, co bardziej pasuje do mojego wnętrza.


Pamiętam panią z początków serialu, co się stało z rudą czupryną?


Nadszedł czas na zmianę. Tak naprawdę miał być to jedynie wakacyjny eksperyment, ale blond spodobał mi się tak bardzo, że przekonałam do niego produkcję serialu i tak już zostało. Czuję, że to była dobra decyzja. Teraz planuję iść w jeszcze bardziej naturalnym kierunku i nieco przyciemnić włosy, żeby nie ograniczać swojego wizerunku wyłącznie do współczesnych ról.


Moim zdaniem zmiana jest na plus, chociaż w ognistych włosach była pewnie pani bardziej charakterystyczna?


Jestem zdania, że charakterystyczność lepiej zamanifestuję osobowością i swoimi wyborami. Wygląd to tylko powłoka, do której lubimy dorabiać przekonania na temat drugiej osoby, często stereotypowe, bo tak jest nam łatwiej żyć. W poszufladkowanym świecie trudniej o zaskoczenie. Ja na przykład spotykam się czasem ze stereotypem „głupiej blondynki”, zanim poznamy się z rozmówcą lepiej. Na szczęście ludzie szybko się orientują. W rudych włosach można widzieć złośliwość, ale i ognisty temperament, żywiołowość, szybkość. A może ja po prostu złagodniałam i na jakiś czas stałam się delikatną dziewczynką? Każdy ma w życiu kilka etapów.


Zmiana koloru włosów to jedno, kolejną było zrzucenie kilku kilogramów. Jakaś dieta cud?


Dieta cud zwana przypadkiem… Jak już mówiłam, bardzo lubię jeść, więc żadne diety odchudzające nie wchodzą w grę. Akurat zapisałam się wtedy na nową siłownię, więc zaczęłam więcej spalać, pojawiły się też nowe obowiązki, co oznaczało bardziej intensywne życie, a także poszerzyłam swoją wiedzę na temat jedzenia. Jem zdrowo, od kilku lat bez nabiału, bo źle się po nim czuję, ale często zamawiam pizzę, a na śniadanie, w przerwie od owsianki, jem croissanty, które uwielbiam! (śmiech). Bardzo rzadko jem mięso, bo mi nie smakuje. Być może rezygnacja z niektórych produktów w moim organizmie wywołała taki efekt. Ja czuję się z tym bardzo dobrze.


Wspomniała pani o siłowni, a czy trenuje pani coś jeszcze?


Poza siłownią, gdzie korzystam z różnych treningów grupowych i indywidualnych, czasem chodzę też na basen. Poza tym odkąd kupiłam rower, stał się on dla mnie głównym środkiem transportu. Dziennie pokonuję wiele kilometrów, ostatnio 42. Może to nie jest wyczyn dla kolarzy, ale ja uważam, że mogę być dumna, zwłaszcza że dzięki temu rezygnuję z komunikacji miejskiej lub korków i jestem wszędzie szybciej.


Metamorfozy gwiazd mają to do siebie, że wywołują burzliwe dyskusje w sieci. Czytała pani opinie internautów?


Byłam zaskoczona, że wywołało to takie zainteresowanie. To miłe, aczkolwiek niepokoi mnie to, że najważniejszym tematem stało się to, że schudłam. Zdarzyło mi się nawet natknąć na informację, że za bardzo. Wiem, że to temat ważny dla wielu kobiet, więc może odetchną z ulgą, dowiedziawszy się, że można to osiągnąć łatwym sposobem – wystarczy poznać siebie. Rzadko śledzę to, co się dzieje na portalach, dlatego nie wiem, jakie to były dyskusje, ale od najbliższych i otoczenia, z którym pracuję, dowiedziałam się, że lubią tę zmianę (śmiech).


Skończyła pani psychologię, teraz studiuje aktorstwo (obecnie na III roku Akademii Teatralnej w Warszawie – przyp. red.), nie chciała mieć pani gabinetu z kozetką?


Wiem, że byłabym świetnym trenerem. Mam wykształcenie w tym kierunku i widziałam efekty swojego działania. Jednak to aktorstwo jest tym, co mnie „kręci”, napędza, wprowadza adrenalinę w moje życie, nie skąpi rozczarowań, ale i sukcesów. Sporo dla niego poświęcam, więc to musi być pasja. Wierzę, że wybór był słuszny i jestem pewna, że praca się opłaci. A idąc na psychologię, od razu planowałam swoją ścieżkę rozwoju jako treningową, biznesową, mniej kliniczną.


Wykształcenie psychologiczne może pomóc aktorowi?


Na pewno. Tak samo, jak może pomóc każdemu człowiekowi. To studia, które poszerzają horyzonty i pozwalają poznać prawdę o ludziach – ich zachowaniu, motywacjach, osobowości. Z całą pewnością jest to bogaty bagaż wiedzy, ale muszę się pilnować, by nie ulegać zbyt teoretycznym rozwiązaniom, bo aktorstwo to przecież emocje.


Pracując nad rolą, doświadczacie wielu emocji, bywa, że negatywnych. Psychologowi łatwiej je zrozumieć i przerobić, nie musi ich zapijać…


Nie zawsze zrozumienie łączy się ze znalezieniem odpowiedniego środka. Myślę, że bardziej pomaga mi to, że najważniejsze sprawy mam już „przerobione”. Jeśli zdarzy się, że ktoś dotknie czułego punktu, to już nie pojawi się wyrwa, ale raczej tylko rysa.


Wiem, że prowadzi pani zdrowy tryb życia, ale może jest coś, od czego jest pani uzależniona?


Od jedzenia (śmiech). Robię się bardzo zła i nieprzyjemna, gdy jestem zbyt głodna, nie potrafię się skupić. Nagle nie mam siły, nawet na to, by mówić… Zatem muszę jeść. No i ciężko byłoby mi zupełnie zrezygnować z wina…


Ostatnio czytałam o 110-latce, która za klucz do swojej długowieczności uważa wypijanie dziennie trzech piw i szklaneczki whisky, więc odrobina wina to chyba nie grzech. Woli pani białe czy czerwone?


(śmiech) Myślę, że trzy piwa plus whisky to nie mój kierunek, ale wino, zwłaszcza czerwone ma dobroczynne działanie na organizm. Są nawet interesujące badania na ten temat. Podczas oceny zdjęć osób, które nie wypiły nic, wypiły 1 kieliszek lub więcej niż 1 kieliszek, największą atrakcyjność uzyskały osoby, które wypiły tylko 1 kieliszek wina. Jest to związane z redukcją napięć na twarzy, lekkim zaróżowieniem policzków i prawdopodobnie lepszym nastrojem. Więc może powinnam sięgać po szklaneczkę wina przed castingiem (śmiech).


Było o „napojach”, więc teraz czas na jedzenie. Na swoim blogu dzieli się pani swoimi przepisami. Jak określiłaby pani swoją kuchnię?


To kuchnia osobista. Dopasowana do mnie, ale może się przyjąć u innych. Eksperymentuję, inspiruję się tym, co znajdę na targu, na blogach kulinarnych lub w restauracji. Dużo jest w niej warzyw i produktów pełnoziarnistych. Latem także owoców. Mało mięsa i nabiału.


Czytając blog, nabrałam ochoty na owsiankę z dynią – zrobię na pewno! Może poda pani przepis czytelnikom, którzy nie mają internetu?


Och tak! To moja ulubiona owsianka, zwłaszcza w jesienne dni. Niezbędnymi składnikami są oczywiście dynia i płatki owsiane, ja dodaję także: jabłko, banana, rodzynki, prażone na patelni orzechy laskowe, płatki migdałów, wiórki kokosowe i siemię lniane. Do garnka wsypuję płatki owsiane, dodaję pokrojone w kostkę 1/3 jabłka i 1/2 banana w plasterkach, rodzynki i miąższ z dyni bez pestek, a całość posypuję cynamonem i kardamonem. Moje śniadanie zalewam wrzątkiem (jeśli jadacie nabiał, możecie mlekiem, np. sojowym, najlepiej waniliowym) i gotuję kilka minut, aż owsianka nabierze konsystencji płynno-lepkiej. Jest bardzo sycąca, pyszna i rozgrzewająca.


Czy zdarza się pani myśleć o starości, przemijaniu, czy to jeszcze nie ten wiek?


Ja cały czas o tym myślę (śmiech). Jestem bardzo refleksyjna, może nie myślę o starości, ale o wartościach i o tym, jaki pomnik po sobie zostawię. Są chwile, w których wszystko wydaje się kruche lub bezsensowne. Dlatego tak ważna jest dla mnie rodzina i te więzi pielęgnuję najbardziej. Moim zdaniem wszechobecny pęd i zastraszająco szybki rozwój technologii nie jest zgodny z naturą człowieka, dlatego czasem niektórym tak ciężko się dostosować. Trzeba znaleźć swoją oazę i ludzi, którzy myślą podobnie. Wtedy można kroczyć śmiało aż do późnej starości.


Podobno kiedyś chciała pani zostać policjantką, a teraz o czym pani marzy?


To dawne marzenia bez pokrycia, ale rzeczywiście zdarzyło mi się o tym pomyśleć (śmiech). Chyba dlatego, że w tej pracy jest sporo adrenaliny. Teraz marzę, by zagrać w filmie fabularnym, by móc się rozwijać u boku wybitnych ludzi i by moje szczęście trwało przy mnie do końca życia. Niech się dzieją niespodzianki i iluminacje, a wtedy będę szczęśliwa.


Zbliżają się święta, ma pani jakąś propozycję na potrawę bożonarodzeniową?


Uwielbiam mak, więc na pewno zadbam o to, aby na stole pojawiły się makowce oraz kluski z makiem i bakaliami. Jeśli chodzi o potrawy świąteczne, to jestem tradycjonalistką i chętnie zdaję się wówczas na kuchnię mojej mamy i teściowej, które gotują wspaniale. Mama mojego męża lepi też doskonałe uszka, a jako że nie jestem fanką mięsa, chętnie jadłabym je przez cały rok. Jest jednak na świątecznym stole coś, czego nie przyrządzam wiernie z przepisem – kompot z suszu. Dawniej nie chciałam go pić, bo wydawał mi się cierpki i wyczuwalna była woń wędzonki. Moja wersja kompotu to suszone jabłka, morele, śliwki (nie za dużo), gruszki, żurawina, mogą być również rodzynki, plastry pomarańczy (mimo że nie są suszone), goździki i laska cynamonu. Nie jest to wersja uboga, dlatego można go podać do obiadu bożonarodzeniowego. Kompot, mimo że bez cukru, jest naprawdę słodki.


Jak spędza pani święta?


Mam nadzieję, że jak zawsze – z rodziną. Zazwyczaj chcemy odwiedzić rodziców moich i męża, a domy dzieli prawie 200 km, dlatego czasem mamy dwie kolacje wigilijne, co ma nawet swój urok. Najgorsza jest droga, bo kiedy my jesteśmy w samochodzie, to w domach, które mijamy, zapalone są światełka. Mimo to, warto pokonać tę niedogodność. Podczas świąt u mojego męża tradycyjnie gramy w starą, bo z czasów pradziadka mojego męża, grę lotto. Zasady są takie jak w bingo, ale… my gramy na pieniądze. Przyznam, że można całkiem nieźle dorobić (śmiech).


A co z sylwestrem? Będzie bal czy domówka?


Sylwester to zawsze przymusowe działanie pod presja otoczenia, dlatego najchętniej wyjeżdżam. Najlepiej na snowboard, chociaż sylwester sprzed 2 lat, który był jednocześnie moją podróżą poślubną na Karaiby, okazał się genialny! Myślę, że w tym roku, ze względu na inwestycje w firmy Zdjęcia z Budki i Instalove (firmy męża Izabeli Zwierzyńskiej, którym ona patronuje – przyp. red.), niewykluczone, że zostanę w Warszawie. A wtedy… będę gdzieś spontanicznie tańczyć z szampanem (śmiech).


Dziękuję.

Autor:

Komentarze