Dlaczego mnie nie kochasz, babciu? - adopcja w rodzinie

Nareszcie mają prawdziwy dom, kochających rodziców, babcię i dziadka. Adoptowane dzieci, do których los się w końcu uśmiechnął. Czy rzeczywiście? Jak zasłużyć na miłość dziadków?

Adopcja, choć staje się coraz bardziej popularna, zwłaszcza w świecie gwiazd, wciąż jeszcze budzi wiele emocji. Jak pokochać małą istotę, która trafiła pod nasz dach, a nie jest naszym dzieckiem z krwi i kości? 0 ile młodzi rodzice, którzy podejmują taką decyzję, nie mają z tym zwykle większych problemów, o tyle z dziadkami bywa różnie. Dla nich często jest to sytuacja nie do zaakceptowania.


Przyszywane wnuczęta

- To miały być wspaniałe święta -mówi pani Bożena. - Moja synowa Hania powiedziała, że chcą podzielić się z nami radosną nowiną. Byłam pewna, że jest w ciąży. Tak długo starali się o dziecko, leczyli się, chodzili od ośrodka do ośrodka. I wreszcie! Kiedy Hanka i Piotr pięć lat temu powiedzieli, że są w adopcyjnej ciąży, pani Bożena rozpłakała się. Ale nie ze wzruszenia i szczęścia. Była zrozpaczona.


- W mojej rodzinie takie rzeczy się nie zdarzały - mówi zawiedziona. - Taki wstyd, taki wstyd. Jak ja się sąsiadom pokażę na oczy. Od tamtego dnia nic się nie zmieniło. O swojej wnuczce wciąż mówi: „przyszywana" Nie potrafi jej wziąć na ręce, przytulić, pocałować. Po prostu pokochać.


Marta o adopcji najpierw powiedziała tylko swoim rodzicom. Długo nie mieli odwagi iść z tą wiadomością do rodziców Tomka. - Baliśmy się. Ojciec mojego męża, wprawdzie profesor, ale starej daty, zawsze był przekonany, że to geny decydują o wszystkim. A w jego rodzinie zawsze były tylko dobre geny - opowiada Marta z kpiną w głosie. Oboje zwyczajnie się bali, że adoptowane dziecko nigdy nie sprosta wymaganiom dziadka. Zawsze będzie czuło się gorsze. W końcu nie mieli wyjścia. Powiedzieli dzień przed tym, jak mały Jakub miał zamieszkać w ich domu i czekał już na niego przygotowany pokój. - Najgorzej jest na rodzinnych spotkaniach - mówi Tomek. - Wtedy mój tata wyraźnie daje odczuć, że nasze dziecko jest gorsze. Z innymi wnukami gra w szachy, dla Jakuba – jak twierdzi - jest to za trudne. Podobnie moja mama. Dzieci mojej siostry traktuje zupełnie inaczej, przytula, rozmawia z nimi, bawi się, nie szczędzi pochwał. Czuję, że w ich oczach nasz syn nigdy im nie dorówna. Jest traktowany gorzej niż dziecko sąsiada. Choć ma dopiero siedem lat, już to czuje i nie rozumie, dlaczego jest gorszy. Ma przecież lepsze stopnie, sam umie czytać książki, interesuje się zwierzętami. - Więc co ze mną nie tak? - pyta.


Co z nich wyrośnie

- Matka Roberta na wiadomość o adopcji zaczęła opowiadać historię swojej koleżanki i prosiła, byśmy jeszcze raz dobrze się zastanowili, zanim popełnimy największy błąd swego życia -mówi Dorota. - „Ja się nie wtrącam, zrobicie, jak będziecie uważać, ale moja znajoma adoptowała dziewczynkę i do dziś żałuje" - cytuje teściową żona Roberta. - „Nie dość, że dziewczyna nie była wdzięczna, to w dodatku wciąż podkradała im pieniądze, potem zaczęła znikać na całe dnie i noce, wciąż ciągnęło ją do swoich" „Swoi" to środowisko, z którego wywodzi się adoptowana przez wspomnianą kobietę dziewczynka. Wprawdzie matka alkoholiczka porzuciła ją tuż po urodzeniu i mała nawet nie widziała tego otoczenia, lecz według teściowej Doroty genów nie da się oszukać. Mała wychowywana była przecież w inteligenckiej rodzinie, na poziomie, ale najwyraźniej nie podobało się jej takie życie. - Matka miała z nią same kłopoty - wspomina. W końcu dziewczyna za jakieś kradzieże trafiła do poprawczaka. Dorota uważa jednak, że wystarczy kochać dziecko i dać mu dużo ciepła i miłości, żeby czuło się ważne, potrzebne i nie szukało akceptacji u kolegów z ulicy. I to na razie się sprawdza.

- Najważniejsze, że oni będą szczęśliwi - rodzice Ani i Marcina odetchnęli z ulgą, kiedy czteroletnia Kasia przybyła pod ich dach. - Tyle lat leczenia, chodzenia po lekarzach, tyle pieniędzy wydanych na próżno. Nie mogą mieć własnych dzieci, trudno, dadzą szczęście jakiejś bezdomnej istocie. Nie ten jest rodzicem, kto urodził, ale kto wychował. Nie wierzą w decydujący wpływ genów na charakter człowieka. Są przekonani, że miłość i dobre wzorce są najważniejsze. Boją się tylko, że kiedyś, gdy Kasia podrośnie, będzie chciała odszukać biologiczną matkę. - To zawsze są trudne historie - mówią, ale nie kryją szczęścia, że wreszcie mają wnuczkę, chociaż przyszywaną.


Lepiej w teorii

Naukowcy z Haif School of Social Work w Izraelu przyjrzeli się rodzinom, które adoptowały wnuki - rodzicom, dzieciom i ich przyszywanym dziadkom. Stwierdzili, że przybrani dziadkowie akceptują zaadoptowane pociechy swoich dzieci. Ich postawa jest właściwie porównywalna z tą, jaką wykazują biologiczni dziadkowie. Pierwsze uczucie, jakie towarzyszy przybyciu małego lokatora do domu, to radość. Jest ona spowodowana szczęściem ich dzieci, które przez lata bezskutecznie starały się o potomstwo. Z czasem dochodzi do tego radość wynikająca z refleksji, że oto tej małej bezdomnej dotąd istocie też można dać szczęście -prawdziwy dom, własny pokój, rodzinne święta przy suto zastawionym stole. Dziadkowie, spędzając dużo czasu z przyszywanymi wnukami, zaczynają je traktować jak własne. Dopiero potem przychodzi refleksja, a właściwie obawa - a co będzie, gdy zechcą poznać lub odnaleźć prawdziwych rodziców lub dziadków.


Gorzej w praktyce

-Adopcja to prawdziwy bieg z przeszkodami - mówi Maria Mirska, psycholog. - Nie zawsze wygląda tak, jakbyśmy tego chcieli. Zwykle towarzyszy jej wiele obaw i trudów codzienności. Zarówno dla dziecka, rodziców, jak i dziadków. Jak pokochać przyszywanego wnuka lub przyszywaną wnuczkę, która nie ma oczu naszej ukochanej córki lub ust naszego jedynaka. Już z wyglądu jest jak przybysz z obcej planety. Lęk nie opuszcza ich do końca.

- Boją się dosłownie o wszystko - wyjaśnia Maria Mirska. - O to, co powiedzą sąsiedzi, o to, czy adoptowane dziecko sprosta ich oczekiwaniom, a także czy oni będą w stanie dać mu tyle miłości, ile potrzebuje. Dlatego znacznie łatwiej jest, gdy adoptowane jest maleńkie dziecko, najlepiej noworodek. Gorzej, gdy pod nasz dach trafia kilkulatek. Zwykle już z obciążeniami w postaci porzucenia przez rodzinę, braku ciepła i miłości, braku poczucia bezpieczeństwa.
Najczęściej dziadkowie boją się, że dziecko alkoholiczki lub złodzieja stanie się podobne do swoich biologicznych rodziców. Alkoholizm jest w genach? Niby jest. Ale czy ludzie z porządnych domów nie zostają alkoholikami? Martwią się też o to, że jeśli biologiczni rodzice nie byli inteligentni, dziecko nigdy nie zostanie geniuszem, będzie przeciętnym, nieciekawym człowiekiem, niezależnie od atmosfery w nowym domu.


Jak jest naprawdę

John Loehlin, najbardziej znany amerykański genetyk zachowania, wykazał, że udział czynników genetycznych i środowiskowych w osobowości człowieka jest jak 2:3. Dokładnie to oznacza, że czynniki genetyczne mają mniejszy wpływ na naszą osobowość niż środowisko, czyli że nasz charakter w większej mierze zależy od wzorców, w jakich zostaniemy wychowani, niż od genów. Nieco inaczej jest jednak z inteligencją. Tu udział czynników jest jak 1:1. - Dlatego zamierzamy z tych naszych 50 proc. wycisnąć jak najwięcej - mówi Robert, który w głębi serca tak naprawdę chciałby, by jego dziecko też było inteligentne i zaszło wysoko. Dorota uważa, że wystarczy dać dziecku bardzo dużo miłości, otoczyć go czułą opieką, by wyrosło na dobrego, ciepłego człowieka. - Bo nawet jeśli złe geny będą chciały dojść do głosu, to przecież człowiek jest z natury dobry - tłumaczy - a otoczony miłością, nie chce innego życia. Chodzi też o tradycje rodzinne, relacje między wszystkimi członkami rodziny, ulubione zajęcia. Chcą to wszystko dać swemu dziecku, ale w duchu trochę boją się porażki.

- Zaledwie 5-7 proc. rodzin adopcyjnych ponosi porażki wychowawcze - podaje statystki Maria Morska. - To w porównaniu z rodzinami biologicznymi znakomity wynik. Dlaczego? Może dlatego, że ludzie na adopcję decydują się bardziej świadomie, są ostrożniejsi, bo znają zagrożenia i często dmuchają na zimne. Są do roli rodziców wewnętrznie dojrzali.


Tak bardzo obcy wciąż

A geny? To już loteria - mówi dalej Marta Morska. Skąd wiemy, czy nasze biologiczne dziecko nie odziedziczy choroby po szalonym dziadku męża? Ale ludziom tak trudno to wytłumaczyć, zwłaszcza starszym. Dla nich zawsze najlepsza będzie biologiczna wnuczka, choćby miała diabła za skórą i powtarzała kilka razy tę samą klasę.
Hania pamięta, jak kiedyś razem z Krysią i teściową poszły do sklepu po świąteczny prezent dla Piotra. Śliczną ma pani wnusię - powiedziała ekspedientka do pani Bożeny. - Dzieci wzięły ją z ochronki - odpowiedziała teściowa. Kiedy Hania to usłyszała, rozpłakała się. Od tamtej pory unika spotkań z teściową. - Skoro nie chce zaakceptować naszej córki - mówi z żalem w głosie - trudno.


Dorota wciąż pamięta, jak krótko po adopcji zadzwoniła do niej babcia Roberta. Gdzieś przeczytała, że adoptowane dziecko zabiło swoich rodziców, kiedy oni spali. Kazała im uważać. Od tamtego dnia minęło prawie pięć lat. Adoptowana Małgosia jest miłym, mądrym dzieckiem. Jest już w drugiej klasie, nauczycielka chwali ją za wyniki w nauce. Małgosia chodzi też do szkoły muzycznej, tak jak Dorota.


- Może nie ma talentu - przyznaje uczciwie Dorota - ale lubi grać na skrzypcach. Nie każdy przecież musi zostać wirtuozem. Ja też skończyłam dwie szkoły muzyczne, a pracuję w agencji reklamowej. Dziadkowie? Nie szaleją na punkcie przyszywanej wnuczki, ale starają się poświęcać jej dużo czasu. Dorota wierzy, że w końcu coś w nich pęknie i kiedyś pokochają małą jak własną wnuczkę.

Autor: Beata Biały

Komentarze