Dlaczego kłamiemy?

Naukowcy twierdzą, że kłamiemy i jesteśmy okłamywani codziennie – i to wszyscy bez wyjątku! – Jak to, przecież ja nie kłamię! – wielu z nas oburzy się na samo podejrzenie. Ale to kolejne kłamstwo…

Według Roberta Feldmana, psychologa zajmującego się badaniem zjawiska kłamstwa, nie należy zadawać pytania, czy ludzie kłamią, a raczej: jak często i dlaczego? Kłamiemy średnio co 10 minut, wypowiadając trzy kłamstwa. Ponad 60 proc. naszej konwersacji ma charakter kłamliwy. 80 proc. naszych kłamstw to tak zwane „kłamstwa czyste”, czyli te, gdy zdajemy sobie sprawę, że mijamy się z prawdą. Pozostałe 20 proc. to przemilczenia, półprawdy i koloryzowanie, czyli upiększanie rzeczywistości oraz intrygi.


Wygodniejsze od prawdy

Kłamstwo wydaje się nam często wygodniejsze od prawdy. Jest sposobem na uniknięcie nieprzyjemnych sytuacji, choć często tylko chwilowym. Kłamiemy więc w czasie rozmów o pracę, stroszymy nieprawdziwe piórka na spotkaniach towarzyskich i randkach, podlizujemy się przełożonym, łżemy spóźniając się na spotkania. Wymieniać by długo.

Nie wszystkim ludziom kłamstwo przychodzi łatwo. By wiarygodnie kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć i smykałkę do tworzenia historii, bo jedno kłamstwo pociąga za sobą kolejne i nierzadko kłamiący sam gubi się we własnych zmyśleniach. Są osoby, które w szczególny sposób brzydzą się kłamstwem, ale i takie, które po prostu to lubią, bo jak podkreśla Paul Ekman, psycholog również badający naturę kłamstwa, daje im to przyjemny zastrzyk adrenaliny, poczucie wyższości, kontroli nad otoczeniem. Na niektórych działa to jak narkotyk.


Przesiąknięci kłamstwem

Choć uczymy dzieci od małego, że kłamstwo jest brzydkie i złe, to równocześnie, w pewnych sytuacjach pokazujemy, że kłamać trzeba. Uczymy je społecznie akceptowanego kłamstwa „grzecznościowego”. „Podziękuj ładnie za prezent!” – mówimy – „choćby ci się nie podobał…”. „Jakie pyszne ciasto!” – chwalimy zakalec, by nie zranić uczuć gospodyni. Zmyślamy bajeczki o bocianie przynoszącym dzieci w chuście i o tym, że chomik poszedł do nieba. Cóż za niekonsekwencja!

W ogromnej większości stosunki międzyludzkie opierają się na konwenansach i pozorach. „Jak się cieszę, że cię widzę!” – ileż to razy wołaliśmy tak na widok nielubianej osoby? Jak często bywamy równie nieszczerzy? Często. Ale gdyby zastanowić się nad tym głębiej, większość naszych relacji uległaby zerwaniu przy pierwszych próbach całkowitej szczerości. Kto z nas chciałby usłyszeć prawdę o sobie odbitą w oczach innych? O tym, że jesteśmy grubi, leniwi, nie tak przebojowi ani dobrzy, jak nam się wydaje. Na wszelki wypadek podtrzymujemy więc innych w ich iluzjach, by oni robili dla nas to samo.

Akceptowanym kłamstwem rządzi się także reklama. Choć każdy z nas wie, że występujący w niej dentysta nigdy nie kończył stomatologii i jest tylko wynajętym do reklamy aktorem, to jednak chętnie ulegamy złudzeniu, że prawdziwy dentysta też poleciłby nam reklamowaną pastę. Podobną taryfę ulgową dajemy politykom. Choć narzekamy, że kłamią, rozumiemy, że ich całkowita szczerość byłaby politycznym samobójstwem. Także blef w negocjacjach uznajemy za wysoko cenioną strategię biznesową.


Na usługach ewolucji

Naukowcy zastanawiali się, dlaczego kłamiemy, pomimo że kłamstwem się brzydzimy? Psychologowie i antropolodzy uznali, że to ważna adaptacyjna cecha, która w zamierzchłej przeszłości umożliwiła ludziom rozwinięcie społecznych zachowań. Plotkowanie, oszukiwanie było pierwszą próbą manipulowania innymi osobnikami i zaczęło być użytecznym narzędziem zdobywania wysokiej pozycji w grupie.

Z tego punktu widzenia osoba pozbawiona umiejętności kłamania jest niedostosowana społecznie. Tak jest u osób autystycznych, które nie kłamią, bo nie potrafią. („Co nam daje przyjaźń?” – „Nic, bo nie ma rąk do dawania” – odpowie autystyk.) Jego rozumienie języka jest dosłowne i jednopłaszczyznowe, dlatego wszelkie naginanie rzeczywistości jest mu obce.

Nie tylko człowiek kłamie. Patyczak udający zeschły badyl czy mistrz kamuflażu – kameleon, obydwaj chcą przechytrzyć otoczenie. Ale tylko człowiek uznał kłamstwo za coś nagannego, rozumując, że na dłuższą metę jest szkodliwe społecznie.


Oszukując samych siebie

Oszukujemy nie tylko innych. Całkiem skutecznie także samych siebie. Wolimy widzieć siebie takimi, jakimi chcielibyśmy być, niż jesteśmy. Stosujemy w tym celu wiele mechanizmów obronnych. Przekonujemy siebie, że palimy mniej, niż w rzeczywistości i że w każdej chwili możemy zerwać z nałogiem, tyle że teraz nie chcemy. Że spóźniamy się nie przez własną opieszałość, tylko przez głupie korki. Robimy wiele, by ochronić swój subiektywny obraz siebie. Ignorujemy niewygodne informacje, które nie pasują do układanki.

Według pewnych teorii samooszukiwanie służy przede wszystkim skuteczniejszemu oszukiwaniu innych. Nigdy nie jesteśmy bardziej przekonujący niż wtedy, gdy sami w coś wierzymy. Pomaga nam to też zredukować strach, że kłamstwo zostanie wykryte, a my stracimy twarz.


Prześwietlić oszusta

Skoro wszyscy mamy skłonność do kłamstwa, to powinno nam być łatwo demaskować je u innych? Tak nie jest. Większość ludzi uważa, że inni są wobec nich szczerzy. Choć istnieje szereg objawów wskazujących, że ktoś próbuje wciskać nam ciemnotę – od zwężonych źrenic, przyspieszonego oddechu, przez pocenie się i nerwowe tiki, aż do unikania kontaktu wzrokowego i czerwienienie się – nie są one pewnymi symptomami. Pokazują jedynie, że osoba mówiąca doświadcza silnych emocji – może jest nieśmiała albo właśnie przypomniała sobie, że zostawiła garnek na gazie. Mowa ciała nie jest pewnym i bezspornym dowodem na łgarstwo, choć dającym wiele do myślenia.

Nawet specom od wykrywania kłamstw: prawnikom, kryminologom i psychiatrom udaje się odkryć szczerość bądź fałszywość wypowiedzi tylko w 50 procentach, więc praktycznie mogliby zagrać o to w kółko i krzyżyk. Także wariograf – maszyna stworzona specjalnie po to, by rejestrować poziom stresu u oszustów, okazuje się bezradna, gdy ktoś nie denerwuje się podczas kłamania, co jest charakterystyczne dla osobowości psychopatycznych.

Najlepiej rozpoznać nam kłamstwo u naszych bliskich, bo ich znamy najlepiej. Ale też im właśnie ufamy najbardziej, rzadko spodziewamy się nielojalności z ich strony i wyłączamy jakąkolwiek czujność. Można więc stwierdzić, że choć sami dopuszczamy się kłamstwa, wobec bliźnich jesteśmy wyjątkowo łatwowierni.


Kiedy to boli

Żyjąc w świecie kłamstw i złudzeń, chcielibyśmy przynajmniej przez najbliższych nie być okłamywani. Im najtrudniej wybaczyć oszustwo. Wiele związków rozpadło się z powodu kłamstw, bo dla większości osób prawdziwa bliskość wyklucza wzajemne oszukiwanie. Paradoksalnie, niejedno kłamstwo uratowało też niejeden związek, gdy prawda miała okazać się boleśniejsza od kłamstwa. Jak widać, umiejętne balansowanie na krawędzi prawdy i kłamstwa stanowi istotną sztukę w stosunkach międzyludzkich.

Dlatego zanim zaczniemy kogoś osądzać jako łgarza, policzmy, ile razy skłamaliśmy od początku dnia lub przynamniej nie byliśmy szczerzy. Szybko wycofamy oskarżenia…

Autor: Eliza Koźmińska-Sikora

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    W takim razie nie moge zyc na tym parszywym swiecie.Wpojono mi zasade by nigdy nie klamac od malego.Najsmutniejsze jest to ze ludzie mi nie wierza,pewnie dlatego ze sami klamia.Najbardziej jednak boli ze oklamuja mnie najblizsi.KTOKOLWIEK NAPISAL ZE KLAMIE KAZDY,MIJA SIE Z PRAWDA,TRUDNO SIE JEDNAK DZIWIC;TACY JAK JA NIE ISTNIEJA.