Dla Rysia rzuciłem palenie. rozmowa z Adamem Wajrakiem

Mojego kolegę, właściciela domu w Bieszczadach, zasilanego w całości energią odnawialną, poprosiłem o radę: od czego zacząć, żeby mieć podobne siedlisko? Poradził mi: „policz, ile zużywasz energii”. Stanąłem z ołówkiem przy liczniku prądu elektrycznego i zacząłem rachować. Włosy stanęły mi dęba.

Czy przeciętny mieszkaniec miasta ma szanse obcować z naturą? Między blokami, wśród betonu, gdzie ma jej szukać?


Tuż obok siebie. Np. przy karmniku, na trawniku, na skwerku, w parku. Tam się dzieją ciekawe rzeczy: ptaki się przepychają, panuje określona hierarchia, przylatuje krogulec, który na nie poluje... Warszawiak może pójść nad Wisłę, zobaczyć polującego bielika, może będzie tam też wydra, może bóbr. Wszystko się może wydarzyć. Jadąc na ten wywiad, widziałam starszego pana karmiącego gołębie na przystanku tramwajowym. Moja sąsiadka zimą wydawała w tygodniu 40 zł na nasiona słonecznika dla ptaków.


Czy starsi ludzie czują się bardziej związani z przyrodą?


Rzeczywiście chyba tak jest. Główna moja grupa odbiorców to są ludzie bardzo młodzi i starsi, od których dostaję masę listów. Myślę, że to wynika z wrażliwości i dużej ilości wolnego czasu. Starsi zauważają rzeczy, które młodym, zabieganym umykają. Są bardziej wrażliwi na piękno, ale także – na krzywdę. Aczkolwiek powoli pojawia się coraz więcej ludzi w sile wieku, zamożnych, dla których przyroda staje się stylem życia, fajną przygodą. Jeżdżą nad wodę nie tylko posurfować, ale także z lornetką pooglądać ptaki.


Czemu trafiło na pana? Stał się pan symbolem Polaka, kochającego przyrodę?


Jeżeli stałem się jakimś tam symbolem, to jest to nie tylko moja zasługa, ale także wielu ludzi, którzy mnie otaczali i z którymi się gdzieś kiedyś spotkałem. Od dziecka byłem bardzo wrażliwy na piękno przyrody. Moi rodzice pozwalali mi znosić do domu zwierzątka i opiekować się nimi. Babcia mnie wspierała. Myślę, że przez to, że w pewnym momencie znalazłem się w dużym medium, w „Gazecie Wyborczej”, moi szefowie byli na tyle światli, że nie ganiali mnie do polityki, tylko mogłem pisać o tym, o czym lubię. Znajdowałem się w pewnym momencie pod kloszem i mogłem pisać o ptaszkach i kwiatkach, choć pewnie takie tematy, obok Lecha Wałęsy, mogły wydawać się błahe. Natomiast moim pracodawcom wydały się ciekawe.

Dużo zawdzięczam profesjonalnym naukowcom-przyrodnikom. Razem obserwowaliśmy ptaki drapieżne i ptaki w mieście. Dzięki nim pojechałem na moją pierwszą ekspedycję arktyczną. I robili to nie dlatego, że byłem znanym dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, tylko chłopcem chłonącym wiedzę. Najcenniejsza rada, jaką od nich dostałem, brzmiała: najciekawsze można obejrzeć tuż za rogiem, trzeba być tylko uważnym.


Czy Adam Wajrak oprócz tego, że kocha przyrodę, prowadzi superekologiczny tryb życia?


Nie przesadzałbym z tą ekologią. Nie jestem ortodoksem.


Nie wierzę. Mieszkając na skraju Puszczy Białowieskiej z krukami i myszołowem?


Nie prowadzę, bo jestem strasznym leniem. Nie, no, żartuję. Oczywiście próbuję segregować śmieci i być jak najbardziej „biodegradowalny”. Bo to się najzwyczajniej w świecie opłaca. Mojego kolegę, właściciela domu w Bieszczadach, zasilanego w całości energią odnawialną, poprosiłem o radę: od czego zacząć, żeby mieć podobne siedlisko? Poradził mi: „policz, ile zużywasz energii”. Stanąłem z ołówkiem przy liczniku prądu elektrycznego i zacząłem rachować. Włosy stanęły mi dęba.

Teraz wiem, ile można zaoszczędzić, zmieniając żarówki na energooszczędne, wyciągając ładowarkę komórki z gniazdka czy nie zostawiając urządzeń elektrycznych na tzw. „stand-by’u”. Udało mi się to nie rezygnując ze stylu życia, tylko trochę bardziej zwracając uwagę na codzienne przyzwyczajenia. Myślę, że ta moja oszczędność w ciągu paru lat sięgnie kwoty tysięcy złotych. To jest właśnie moja ekologiczność.


Rzucił pan też palenie. Podobno nie ze względów ekologicznych, tylko na okoliczność... rysia z puszczy.


Podczas kręcenia cyklu filmów dla Animal Planet bardzo dużo paliłem. Wszyscy mnie namawiali, żebym rzucił. „Tak, rzucę – powiedziałem. – Ale tylko wtedy, gdy zobaczę rysia”. Ryś obrósł w rodzinną legendę. Moja babcia opowiadała mi, że kiedyś widziała rysia na Huculszczyźnie, wobec tego moim marzeniem było to powtórzyć. Dziesięć lat tropiłem tego kota i nigdy nie mogłem go dopaść. I dwa tygodnie po wypowiedzeniu przyrzeczenia o rzuceniu palenia... zobaczyłem rysia.


Popłakał się pan ze szczęścia?


Raczej z wściekłości. Wracaliśmy z Nurią (Nuria Selva Fernandez, hiszpańska biolożka, partnerka życiowa Adama Wajraka – przyp. red.) z Hajnówki i przeszedł nam przez drogę wielki ryś. Poczułem w sercu przerażenie: oto właśnie wypalam ostatniego papierosa! A ja bardzo, ale to bardzo lubiłem palić. Sam ryś natomiast był piękny, trzydziestokilowy.


W telewizji Animal Planet można oglądać doskonały cykl filmów z pana udziałem: „Pory roku z Adamem Wajrakiem”.


Akcja w tym filmie rozwija się wolno, inaczej niż w zachodnich produkcjach. Praca nad tym cyklem trwała kilka lat. Rozpoczęła się od tego, że byłem „zapowiadaczem” programów w polskiej stacji Animal Planet. Trwało to dwie minuty, zapowiadałem filmy o tygrysie, słoniu, itp. Pomyślałem sobie, że to dosyć przewidywalne: zapowiadam film o tygrysie i leci film o tygrysie. Więc zacząłem tak: „Za chwilę będzie film o tygrysie, ale teraz opowiem wam o bocianie”.

Potem wymyśliliśmy cykl o przyrodzie w czterech porach roku. Żeby to nie było nudne, zdecydowaliśmy nadać każdej z tych pór wyrazisty rys. Wiosna jest wybujałym czasem miłości i seksu, dlatego wybraliśmy żaby, lato – to wychowywanie młodych – stąd opowieść o bocianiej rodzinie. Jesienią, porą obżarstwa pojechaliśmy w Tatry sfilmować niedźwiedzia i świstaki. Zima – to głód i śmierć, wobec tego odcinek skupia się na obserwowaniu tego, co się dzieje z padliną zastrzelonego jelenia.


Czy Polacy znają swoją przyrodę?


Wcale albo bardzo słabo. Wiedzą więcej o misiu koala czy rekinie niż np. o bocianie. A czy historia o wronach w mieście nie jest równie fascynująca co spacer żyraf po sawannie? Oczywiście, łatwiej jest polecieć do Afryki i ustawić kamerę, po czym czekać na stado przechodzących słoni. Trudniej pokazać społeczne życie stada wron, ich hierarchię, podpatrzeć, jak sprytnie zrzucają orzechy z wysoka, żeby się dobrać do ich zawartości. To jest egzotyka!

Podobnie jak fakt, że przez parę dni w roku nasze rodzime żaby moczarowe, które coraz trudniej spotkać, robią się błękitne. Niedźwiedź w Tatrach widziany z parunastu metrów to jest egzotyka, która zapada w pamięć na całe życie. Nie mamy wielu wyjątkowych zabytków, wspaniałego przemysłu czy biznesu, kultura – też taka na średnim poziomie. Natomiast to, co nas wyróżnia w Europie i na świecie, to właśnie przyroda.


Czyli teraz, po spotkaniu rysia, jest pan człowiekiem wolnym od nałogów, który spokojnie może się żyć w harmonii z przyrodą…


Harmonia? To wtedy jak jadę na nartach biegówkach przez las, przez pole, po górach, po arktycznych przestrzeniach. Połykam przestrzeń i czuję się całkowicie zlany z tym, co mnie otacza. A w głowie mam ją. Harmonię właśnie.


Jak wygląda pana zwykły dzień?


Wstaję rano, gadamy z Nurią przy śniadaniu, karmię kruki, myszołowa, rozsypuję ziarno do karmnika, bo cokolwiek by się nie działo, lubię mieć „ptasi telewizor” przed oknem. Później coś sobie piszę albo idę potropić. I tak mija czas.


Szczęśliwy?


Nie mógłbym robić niczego innego. Jestem bardzo zadowolony z mojego życia. Szczęśliwy ze mnie facet.

Autor: Krystyna Romanowska

Komentarze