Czysty brud - nasi przodkowie unikali kąpieli

Za głównego oponenta higieny uchodzi chrześcijaństwo, niosące ze sobą  pogardę dla cielesności. To jednak tylko część prawdy.

W istocie, św. Hieronim mawiał co prawda, że kto przyjął chrzest, temu inna kąpiel nie jest potrzebna, miał jednak na myśli nie czynności higieniczne, ale rytualne pogańskie obrządki.

Choć asceci i pustelnicy świadomie odrzucali uciechy ciała poszukując raczej wyżyn ducha, to jednak przez pierwsze stulecia chrześcijanie bynajmniej nie porzucili rzymskiego upodobania do cielesnej czystości. I choć w kolejnym tysiącleciu rycerze krzyżowi uchodzili w świecie islamu nie tylko za wrogów Allacha, ale i „cuchnące psy”, zauważyć wypada, że sławne tureckie łaźnie islam odziedziczył po chrześcijańskim Bizancjum.


Metoda na zdrapkę

Choć czasy rzymskie uchodzą za higieniczny wzorzec, wizja pławiących się w termach obywateli jest cokolwiek zwodnicza. Uliczki wielkiego Rzymu cuchnęły nie gorzej (a może z racji wielkomiejskich architektury - bardziej) niż inne ówczesne metropolie. W tysiącach wielopiętrowych kamienic jedynym sposobem pozbywania się nieczystości było wylewanie ich przez okna.

Grecja, stanowiąca dla Rzymian niedościgły wzór nie była bynajmniej demokracją czyścioszków. Powszechną praktyką higieniczną było nacieranie ciała oliwą, którą zdrapywano następnie wraz z brudem. Tak jak w Rzymie miejscem spotkań i pogawędek były termy, w Grecji funkcje tę pełniły publiczne toalety. Przybytki te - solidnie wykonane i wygodne gościć mogły w jednym czasie nawet pięćdziesięciu potrzebujących.

Jeśli łaźnie miejskie budziły opory w chrześcijańskim świecie, to nie tyle za sprawą upodobania do brudu, ale z obawy przed ryzykiem rozwiązłości. Skądinąd były to obawy uzasadnione Nie bez powodu jeszcze w czasach nowożytnych prostytutki zwane były „pannami łaziebnymi”. Gwoli skrupulatności dodajmy, że również w wiekach średnich w wielu miejskich łaźniach zażywano kąpieli bez podziału na płeć, a rozrywką panów było obserwowanie kąpiących się kobiet ze specjalnych galerii.


Czyścioszek Jagiełło

Na tym tle innych ludów europejskich Słowianie prezentowali się nie najgorzej. Wiadomo, że Bolesław Chrobry miał zwyczaj chłostać za przewiny co możniejszych poddanych podczas ablucji w łaźni. Czyścioszkiem był Władysław Jagiełło, który nie wytrzymywał bez kąpieli więcej niż trzy dni. Jeszcze większy nacisk na higienę kładł książę Witold, który codziennie korzystał z łaźni. Być może nawet panowie używali w tym celu mydła – nowinki jednak mało rozpowszechnionej i na ogół marnej jakości (za przysłowiowo kiepskie uchodziły mydła wrocławskie), za wyjątkiem niezrównanych mydeł z Nowego Sącza.

We wczesnym średniowieczu łaźnie parowe (banie), choć żałośnie skromne w zestawieniu z rzymskimi (co odnotowuje podróżnik Ibrahim ibn Jakub) były powszechne i należą do częstych odkryć archeologicznych, podobnie jak kościane grzebienie.

„Parzenie się” pomagało nie tylko zwalczać choroby skóry, ale było też skutecznym sposobem na dezynsekcję. A było co zwalczać, zwłaszcza wśród ludu: gdy duńscy wojowie (którzy niejedno widzieli) wkroczyli po oblężeniu do Gardźca na Rugii, nie byli w stanie zdzierżyć zaduchu i wszechobecnego robactwa na ulicach grodu. Nawet tak pokaźne miasta jak Gdańsk czy Szczecin były zagnojone do tego stopnia, że woda ze studni nie nadawała się do niczego – po zdatną do picia trzeba więc było chodzić do rzeki.

Jeszcze gorzej bywało na wsi: - Przeciętny dom był półziemianką z jedną izbą, w której żyło co najmniej kilka, a czasem nawet kilkanaście osób, które myły się rzadko i zwykle ich jedyną odzieżą było to, co miały na sobie. Jeśli dodamy do tego zapachy kuchni, a często również zwierząt, to otrzymamy mieszankę zapachów, którą trudno sobie dziś wyobrazić – mówi dr Dariusz Dąbrowski, historyk.


Jadwiga całuje ręcznik

Najlepsze czasy dla brudu w Polsce rozpoczynają się około XIII wieku. Na dwory wkroczyła moda na ascezę, którego ucieleśnieniem była św. Jadwiga, żona Henryka Brodatego.

Niewiasta ta praktykowała, co prawda cnotę czystości, ale wyłącznie w odniesieniu do łoża. Odrzuciła strojne szaty i biżuterię i wykwintny stół. Żyjąc jak mniszka miała w zwyczaju całować miejsca, dotknięte przez stopy ludzi pobożnych, a nawet przykładać do twarzy ręczniki sióstr zakonnych – szczególnie miejsca najbardziej zabrudzone. Wodą, w której siostry myły nogi Jadwiga nacierała oczy i twarz, zarówno sobie, jak i wnukom. Zachęcała do tego również synową, księżną Annę. Wspomina się o Jadwidze, że umywała nogi biedakom, a sama chodziła boso, niczym chłopka. Nogi miała przez to zabłocone, a pięty twarde, ze spękaniami szerokimi na palec.

Jeśli wierzyć kronikarzom, z podobnego pragnienia ascezy księżna Kinga przez całe życie „nigdy nie zażywała ulgi w kadzi lub w łaźni, „ani też żadną wodą nie obmywała twarzy, jak tylko przy okazji komunii albo w wielkiej potrzebie”.
Ryszard Kiersnowski, historyk średniowiecza, sceptycznie podchodził do tych przekazów, widząc w nich zbeletryzowany „negatyw” grzesznego życia. Wszelako i grzesznik niedaleki był od higienicznej ascezy – podczas zjazdu krawców śląskich w Świdnicy w 1361 roku postanowiono między innymi: „Każdy czeladnik powinien chodzić ze swym mistrzem do kąpieli, a nie wysyłać innego czeladnika za siebie, a jeśli mistrz jakiemuś czeladnikowi na to pozwoli, ten będzie winien cztery funty wosku”.


Zabójcza woda

W nie mniejszym stopniu niż mody religijne, zanegowały sens czystości ówczesne odkrycia naukowe. W obliczu szalejącej w Europie dżumy, przyjął się pogląd, że rozprzestrzenianiu choroby sprzyja woda, która rozpulchnia skórę i czyni ją podatną na przenikanie chorób.

Pojawiały się zatem zalecenia, aby zamykać pory, zwłaszcza u małych dzieci, najbardziej narażonych na choroby. I zamykano – łojem, oliwą, albo mieszanką popiołu, sproszkowanego ołowiu, olejku różanego i wina. O ile wobec noworodków kąpiel była wskazana „dla odpowiedniego kości kształtowania”, dorośli winni traktować ją z daleko idącą ostrożnością. Jeśli już – unikać wody gorącej, korzystając raczej z letniej, a najlepiej z zimnej, która nie otwiera porów, a nadto odpowiednią gibkość nadaje ciału.

Czas odrodzenia bynajmniej nie przedefiniował zasad higieny, choć liczne miłosne utwory wskazują, że panna, która nie przemywała ust wodą cynamonową, dłubiąca w nosie i nie myjąca rąk nie wzbudzała entuzjazmu kawalerów.
XVI wiek z kolejnymi epidemiami dżumy był kolejną uderzeniem w higienę. Upowszechniło się twierdzenie o szkodliwości wody w zabiegach higienicznych, masowo zamykano więc łaźnie. Odzież chroniąca przed morem miała ściśle przylegać do ciała, aby niebezpieczne powietrze ześlizgiwało się po niej nie natrafiając na zbędne szczeliny.

Erazm, mędrzec z Roterdamu zalecał co prawda, aby przed posiłkami nie unikać mycia rąk, a także aby dzień zaczynać od mycia twarzy zimną (koniecznie!) wodą, daleki był od propagowania ryzykownego mycia przez zanurzenie. Inni specjaliści radzili przeciwdziałać odorowi spod pach poprzez pocieranie gałkami różanymi.


Kura za kąpiel

W XVII-wiecznej Warszawie istniały co prawda łaźnie publiczne, ale korzystanie z nich nie było tanie. Darmowe kąpiele przysługiwały jedynie zakonnikom i funkcjonariuszom miejskim. Bywało więc, że możni w ramach dobroczynności opłacali kąpiel pensjonariuszom przytułków.

W domach również kąpiele były przywilejem zamożnych. Przede wszystko ze względu na brak wody. Ta ze studni była twarda i cuchnąca, natomiast za beczkę dobrej wody rozwożonej przez handlarzy trzeba było zapłacić 15 groszy - tyle, co za 3-4 kury.

Co ciekawe, jeszcze trudniej w owych czasach było o kąpiel w Amsterdamie, gdzie działała ledwie jedna publiczna łaźnia! Ironią losu jest zatem, że to nie Holendrzy, a Polacy wnieśli jeden z najsławniejszych symboli do światowego panteonu brudu. Chodzi o kołtun polski, znany w całym cywilizowanym świecie pod łacińska nazwą plica polonica. Ów kłębek brudnych, sfilcowanych i zarobaczonych włosów był pierwotnie atrybutem chłopa. Szybko jednak moda upowszechniła się w Europie, a jej propagatorem i praktykiem był między innymi król duński Christian IV.

Obyczaj pozostawiania kołtuna wywiedli Polacy od plemion germańskich, bynajmniej nie z przyczyn estetycznych, ale z przesądu, jakoby usunięcie go narażało człowieka na choroby i opętanie. Choć kampania zwalczania kołtunów rozpoczęła się już w połowie XIX wieku, jeszcze przed wojna można go było bez trudu spotkać na wsi małopolskiej. Świetnie zachowany 1,5-metrowy kołtun pochodzący z XIX wieku oglądać można w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Z potrzebą do kominka

Przeczulenie Francuzów wobec holenderskiego brudu jest mocno na wyrost, jeśli wziąć pod uwagę, że w tym samym czasie prawie w żadnym z zamków nad Loarą nie było miejsc ustronnych.

- Nic dziwnego, że polscy magnaci bywali zgorszeni widząc, że zwykłą sprawą na francuskich dworach jest załatwianie potrzeb na korytarzach, czy w kominku – mówi dr Dąbrowski. - Dotyczyło to obojga płci. Wędrujący dwór królewski, gdy smród stawał się nie do wytrzymania, po prostu przenosił się do kolejnego zamku.

W XVII wieku na nowo czystość stała się cnotą. Ale bynajmniej nie za sprawą wody. Do sprawdzonych metod utrzymywania czystości, takich jak pudry i otręby (niezastąpione w czyszczeniu włosów) doszła troska o bieliznę. Sam bajkopisarz Perault podkreślał, że czystość bielizny warta jest więcej niż wszystkie kąpiele świata. Zważywszy, że do tej pory w wielotygodniowe podróże nie zabierano często nawet zapasowego kompletu bielizny, był to znaczący postęp.

Europa zaczęła pławić się w śnieżnej bieli licytując na kryzy i kołnierze. Nie był to jednak dostateczny powód, aby sięgać po szkodliwe mydło. O ile stany wyższe mogły pozwolić sobie na bieliźniarskie fanaberie, biedota w całej Europie pogrążona była w otchłani brudu. Chcąc nie chcąc, nawet magnaci musieli zetknąć się z nią podczas podróży, w gospodach. Te cieszyły się bardzo ponurą sławą głownie z powodu przerażającego zarobaczenia. Na tym tle stosunkowo dobrą marką cieszyły się gospody włoskie, gdzie – choć powszechna zmorą był świerzb - po naleganiach można było doprosić się nawet czystej pościeli. Jeden z podróżników przeciwstawia je gospodom niemieckim, gdzie po długich naleganiach przyniesiono mu prześcieradła rzekomo czyste, „bo spała na nich jedynie 90-letnia staruszka”.


Świeży powiew z Anglii

Wiek Oświecenia przyniósł co prawda poprawę, ale nie radykalną. Bez wątpienia jednak cuchnęło podówczas mniej, ponieważ upowszechniły się perfumy.

- To właśnie przeciwdziałanie powszechnemu odorowi było w owych czasach podstawową funkcja perfum – zaznacza dr Dąbrowski.

Nieodłącznym elementem wyposażenia człowieka kulturalnego były torebeczki zapachowe umieszczane pod kaftanami lub w fałdach sukien. W razie dolegliwości zdrowotnych można było skorzystać ze starej dobrej receptury i podmienić saszetkę na puzderko z bardzo uniwersalnym lekiem – głowami pająków.

Dopiero jednak nowe założenia urbanistyczne XIX wiecznych miast i coraz nowoczesna sieć wodociągowa przynosi realny postęp. Do języka potocznego wchodzi termin „higiena”. W miastach upowszechnia się wanna, a nawet bidet. Przykład idzie z góry – czyściochem jest Napoleon, a w angielskich salonach pojawia się nowy typ świeżo pachnącego dżentelmena. Nic dziwnego, że upowszechnienie spłukiwanego wodą klozetu to brytyjski wkład w cywilizacyjny postęp.

Inny ważny wynalazek – papier toaletowy ludzkość zawdzięcza Niemcowi – Hansowi Klenkowi, który wybawił nas po tysiącleciach od konieczności używania liści, mchu i słomy. Jaka ulga!


Czystość płynie z colą

Czystość w dzisiejszym tego słowa rozumieniu to pomysł świeży i bynajmniej nie europejski. Wraz z amerykańskim stylem życia., hamburgerami i coca-colą przybył zza oceanu. Tam sprzyjało mu zarówno purytańskie umiłowanie wszelkiej czystości, jak i nowoczesne technologie budowlane.

W przeciwieństwie do Europejczyków, Jankesi nieufnie podchodzili do wanny, preferując prysznic, dzięki któremu nie trzeba „taplać się we własnych brudach”. Czystość stała się za oceanem jedną z przepustek do sukcesu, przykry odór zarezerwowany był dla nieudaczników.

Choć dziś różnice zanikły, to jeszcze pół wieku temu przeciętny Europejczyk żył w innej higienicznej epoce niż jego kuzyn z Ameryki. Codzienna kąpiel na Starym Kontynencie wdawała się przesadnym zbytkiem – kultywowany był raczej rytuał kąpieli sobotniej, podczas której z zagotowanej wody korzystała po kolei cała rodzina.

W ocenach dziejowych zmagań człowieka z brudem warto jednak zachować właściwy dystans, a czasem zwyczajnie zatkać nos. Wszak to, co dobre i piękne nie zawsze musi pachnieć fiołkami. Niejaki Eugene Chevreul, profesor chemii, niezwykle zasłużony dla mydlarstwa, gardził mydłem jako substancją niszczącą naskórek, przez całe życie używając do mycia wyłącznie ciepłej wody. I tak przez 103 lata.

Autor: Maria Falińska

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    Ee takie sobie...;) Żart dobre nawet!!