Czarowanie świata - wywiad z prof. Mariuszem Wysockim, onkologiem dziecięcym

Z profesorem Mariuszem Wysockim, onkologiem dziecięcym rozmawia Joanna Grzegorzewska.

- W rozmowie z chorym, małym dzieckiem nie używa pan raczej słowa rak, nowotwór.


- Czasami mówię, że to Gargamel, którego szybko musimy się pozbyć albo zły Pokemon, który nas nie lubi.


- Dużo dzieci musi walczyć z tymi brzydkimi stworami?


- 1200, 1300 w całym kraju. W województwie kujawsko-pomorskim natomiast, tylko w ubiegłym roku, przyjęliśmy 79 dzieci z nowo rozpoznanymi nowotworami, można więc powiedzieć, że co tydzień przyjmujemy jedno do dwójki dzieci. Do tego musimy uwzględnić fakt, że leczenie takich dzieci trwa średnio dwa lata, więc... Dziennie przebywa u nas od 30 do 45 dzieci z chorobą nowotworową na różnych etapach, od diagnozowania do leczenia.


- A to oznacza...


- Że to rzadka choroba.


- Ale o niezwykłej sile rażenia.


- Choroba nowotworowa przypomina atak terrorystyczny, demontuje rodzinę, zmienia otoczenie, ponieważ dzieje się coś niewyobrażalnego: naturalny porządek jest taki, że najpierw odchodzą dziadkowie, później rodzice, na końcu dzieci, a tu na odwrót - dzieci i wnuki mogą odejść wcześniej, przed rodzicami i dziadkami.


- Dziecięce nowotwory są wyjątkowo paskudne.


- Dorośli mają nowotwory o przebiegu łagodnym; mało złośliwe, średnio złośliwe, wysoce złośliwe, a u dzieci ten podział jest zupełnie nieprzydatny. U dzieci "nowotwór" znaczy zawsze lub prawie zawsze "bardzo złośliwy" i zawsze bardzo szybko się rozwija. U dorosłych czas podwojenia komórek nowotworowych wynosi średnio trzy miesiące a u dzieci trzy tygodnie.


- I dlatego jego rozpoznanie i wczesna diagnostyka jest tak ważna, i to szczególnie u dzieci?


- Czas rozpoznawania i ustalenia stopnia zaawansowania musi być błyskawiczny, by szybko podjęte mogło być leczenie. Jeśli tak się nie stanie, jeśli wszystko rozwleczemy na tygodnie, pacjent, u którego choroba będzie zaawansowana w niskim stopniu, stanie się pacjentem z chorobą o wysokim stopniu zaawansowania. Powtórzę więc jeszcze raz: w leczeniu chorób nowotworowych najważniejsza jest szybka, dobra diagnoza i szybkie podjęcie leczenia.


- A z tym u nas nie najlepiej. Często z naszej, pacjentów, winy.


- Część osób, kiedy słyszy "nowotwór", nie chce o tym myśleć wcale lub myśli w sposób następujący: "Jak nie pójdę do lekarza, nie będę miał nowotworu". Nazywamy to czarowaniem rzeczywistości.


- Rodzice nie przyjmują po prostu do wiadomości, że ich dziecko mogłoby zachorować na coś tak strasznego.


- Mało tego, to samo robią niekiedy lekarze! W świadomości niejednego lekarza ogólnego nowotwór funkcjonuje jako choroba tylko ludzi starszych, tych po 50 roku życia. Dzieci, ich zdaniem, nowotworów nie miewają.


- A tu proszę, i to same złośliwe.


- Dzieci jednak są bardziej niż dorośli podatne na chemioterapię, ich wyleczalność...


- Wyleczalność - to słowo ma w sobie magię. Nie uważa pan?


- Kiedy 30 lat temu zaczynałem pracę, tylko siedmioro dzieci na sto dało się wyleczyć, mieliśmy więc jedno, wielkie pasmo niepowodzeń. W tej chwili jesteśmy w stanie wyleczyć 70 dzieci na sto, czyli dziesięć razy więcej! Na oczach moich i innych lekarzy dokonał się cud: nowotwór z choroby nieuleczalnej stał się dla większości dzieci chorobą, która jest uleczalna.


- Pod paroma warunkami jednak, o których pamiętać muszą również rodzice, którzy przede wszystkim - przynajmniej mam takie wrażenie - boją się pytać.


- A nie powinni. Rodzice nie mogą bać się pytać, sprawdzać, "męczyć" lekarza. Muszą być czujni, muszą pomyśleć, że jeśli coś wygląda dziwnie, to może to być również nowotwór: to może być guzek, jakiś wyrostek, a także to, że dziecko czuje się bardziej ospałe, ma kaszel, który nie przemija. Należy też pamiętać o chorobach wrodzonych, o tym, że jeśli w rodzinie na nowotwór chorował dziadek, brat, to nasze dziecko jest w grupie podwyższonego ryzyka, więc tym bardziej trzeba je obserwować, tym bardziej pytać i dzielić się swoimi wątpliwościami z lekarzem.


- Lepiej być nadwrażliwym?


- Lepiej usłyszeć "OK, nic nie ma" niż "Dlaczego tak późno?".


- W jakim wieku dziecka powinniśmy zacząć o tym myśleć?


- Od jego urodzenia. Dziecko w pierwszym roku życia powinno być raz w miesiącu widziane przez pediatrę, który powinien je dokładnie zbadać. I wiem, tu pojawia się problem, ponieważ nie zawsze jest to pediatra, lecz tak zwany omnibus, czyli lekarz rodzinny, który nie do wszystkiego jest przygotowany. Stąd tak niezwykle ważna jest edukacja: onkolodzy rozmawiają z lekarzami rodzinnymi, są kursy, szkolenia, a każda akcja, taka jak Międzynarodowy Dzień Walki z Nowotworem czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, podczas której mówi się o problemach onkologii dziecięcej, pobudza naszą wyobraźnię, wnosi coś do naszej świadomości, wzbudza czujność. Mówmy więc o tym jak najwięcej, a wzrośnie nam liczba pacjentów w pierwszym i drugim stopniu zaawansowania choroby, do takiej, jaka jest w Europie Zachodniej.


- Polskie dziecko nie ma takiej samej szansy na wyleczenie jak dziecko niemieckie, francuskie czy szwedzkie?


- Ma. W Polsce jest siedemnaście ośrodków onkologicznych, które współpracują nie tylko ze sobą, ale i z podobnymi ośrodkami w Europie. Wszyscy tworzymy pewnego rodzaju sieć, dzięki której mamy dostęp do najnowszej wiedzy, nowoczesnych sposobów leczenia, więc i do takiego sposobu leczenia polskiego dziecka. Leczenie ostrej białaczki w Bydgoszczy, na przykład, niczym nie różni się od leczenia w Berlinie, Paryżu czy w Warszawie.


- Obok człowieka, lekarza specjalisty, ważny jest sprzęt. Klinika, którą pan kieruje, dysponują takim, ale...


- Powiedziałbym nawet, że dysponujemy pewnymi unikalnymi rzeczami, ale są pewne braki i u nas, i w naszym województwie.


- Czego potrzebujemy?


- Na pierwszym miejscu postawiłbym sprzęt do operacji guzów mózgu, sprzęt do neuronawigacji, który pozwala - we współpracy z komputerami, obrazem radiologicznym - na podróż w głąb dziecięcej głowy, która przypomina lot na Marsa, na Księżyc. Takiego precyzyjnego sprzętu brakuje nam. Druga rzecz, nadal są potrzebne aparaty USG, które przyczyniłyby się do tej szybszej możliwości rozpoznawania i wykrywania nowotworów u dzieci na wczesnym etapie. Brakuje też prozaicznych rzeczy, które poprawiają jakość życia chorych: na przykład cewników, które podłączone byłyby do specjalnych pomp.


- To są drogie urządzenia?


- Bardzo drogie.


- Jurek Owsiak, podczas niedzielnego grania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, chce zbierać pieniądze na ultranowoczesny sprzęt do wczesnego wykrywania nowotworów u dzieci, więc i na USG, i na... No właśnie, na co jeszcze?


- Na przykład na cytometr. Kiedyś diagnozowaliśmy ostrą białaczkę z krwi: lekarz liczył - liczy właściwie, bo do dzisiaj w niektórych ośrodkach jest to jedna z metod diagnozowania - pod mikroskopem liczbę komórek "na piechotę". Trwa to długo. Mogą się zdarzyć pomyłki. Dzięki cytometrii przepływowej, która używa laseru, możemy zrobić to w czasie paru godzin i to o wiele bardziej precyzyjnie.


- Dlaczego został pan, panie profesorze, onkologiem?


- W tamtych czasach... To był brak zgody na to, by dzieci odchodziły.


- Trzydzieści laty pracy, tysiące pacjentów. Trudno pamiętać imiona, nazwiska... Zresztą onkolog jest świadkiem wielu tragedii, może więc nawet lepiej tego nie chcieć?


- Może, ale ja do dzisiaj pamiętam nazwiska i adresy dzieci, które odeszły trzydzieści lat temu.

Autor: Joanna Grzegorzewska

Komentarze