Ciemna strona opalania

Wielu z nas nie potrafi zrezygnować z opalania, i to bez względu na porę roku. Jeśli jednak nie będziemy umieć dozować sobie odpowiednich dawek promieni słonecznych, nasza przygoda ze słońcem może się skończyć bolesnymi poparzeniami.

Rozmowa z dr. n. med. Arkadiuszem Migdalskim, chirurgiem ze Szpitala Uniwersyteckiego im. Jana Biziela w Bydgoszczy.


Dlaczego tak często opalanie kończy się oparzeniem skóry? Nierzadko – ciężkim oparzeniem.


Dlatego, że łatwo przegapić moment, w którym skóra ma już dość opalania, bo poparzenie nie od razu boli. Wiele się mówi o szkodliwości nadmiernego opalania, o konieczności stosowania kremów z filtrem. Wciąż powtarza się, że nie należy leżeć przez pół dnia plackiem na słońcu, zwłaszcza w godzinach południowych, że wszelkich „przyspieszaczy” należy używać z głową, że z rozwagą należy korzystać z solarium… A nadal niewiele się zmienia. Latem wciąż sporo osób potrzebuje pomocy lekarskiej, bo przesadziło z opalaniem. Chcą wykorzystać maksymalnie pierwszy słoneczny, wiosenny weekend, kończą go jednak z okładami na spalonym dekolcie i ramionach.


Większy problem jest chyba latem, gdy jesteśmy na wakacjach?


Największy jest tuż przed wakacjami, przed sylwestrem czy studniówkami. Dziewczyny szturmują wtedy solaria, by ładnie wyglądać. Idą raz, ale nie widzą natychmiast zamierzonego efektu, bo skóra nie od razu nabiera brązowego odcienia. Rozczarowane, następnego dnia zjawiają się w solarium ponownie. I łykają środki uwrażliwiające skórę na promieniowanie, przez co jego działanie jest agresywniejsze. I nie informują o tym obsługi solarium. W efekcie skóra zamiast nabrać ładnego brązowego odcienia, po prostu zostaje oparzona.

Skóra otrzymuje więc znacznie większe dawki promieniowania, niż powinna. Dermatolodzy wielkie znaczenie przypisują karnacji, występującym na skórze zmianom i temu, czy na wakacje w tropiki nie wybieramy się przypadkiem wprost z biura po wielu miesiącach pracy. Podkreślają, że opalać się zawsze trzeba z umiarem, z głową.
Oczywiście, bo efekty innego postępowania bywają bardzo groźne. To paradoksalne, ale do lekarza pierwszego kontaktu lub dermatologa, trafiają najszybciej osoby „spieczone” tylko trochę, z lżejszymi oparzeniami skóry. Ktoś, kto poparzył sobie skórę na czerwono, nie tylko wygląda, ale zwykle od razu czuje się źle. Taka skóra swędzi, boli, pali, pomocy lekarskiej szuka się więc szybko, często zaraz następnego dnia. Taki pacjent oczekuje przede wszystkim złagodzenia bólu.

To są zwykle oparzenia pierwszego stopnia, w którym nie pojawiają się pęcherze – skóra jest po prostu zaczerwieniona i przesuszona. Schodzi sama po upływie jednego lub dwóch dni białymi płatami, swędzi. Często na plaży widzimy osoby, którym „płatami” łuszczy się skóra ramion i pleców. Lekkie oparzenie skóry w tych miejscach nie zniechęca ich do dalszego opalania. Większy dyskomfort odczuwamy, jeśli skóra schodzi z twarzy czy z szyi, bo to po prostu brzydko wygląda, bardzo rzuca się w oczy i nie daje się w żaden sposób ukryć pod ubraniem. Żadne ślady po takich oparzeniach zwykle nie zostają, może dlatego w powszechnej świadomości nie uważa się ich nawet za oparzenie. Ludzie mówią o sobie: „Opalam się na czerwono” albo „Tylko wyjdę na słońce, a już skóra mi schodzi”, choć powinni wiedzieć, że mają po prostu skórę wrażliwszą, którą – wystawiając na promieniowanie – powinni chronić kremami z filtrem, by ograniczyć oddziaływanie słońca.


Cięższe oparzenia to te, które pozostawiają ślady…


… i często nie od razu bolą, bo – w najpoważniejszych stanach – porażone zostały zakończenia nerwowe w skórze. Z takimi przypadkami mamy do czynienia nie tylko po nadmiernym opalaniu, ale na przykład po oparzeniu żelazkiem. A ponieważ taki uraz nie boli, a raczej nie boli natychmiast, reagujemy w najgorszy możliwy sposób. Myśląc, że to nic takiego, zostawiamy sprawy samym sobie. A potem dziwimy się, że z takiego „nic” została brzydka blizna. Oparzenia od żelazka, gorących przedmiotów, choć czasem nawet kończą się raną i długo goją, mają jednak ten plus, że zwykle dotyczą bardzo ograniczonej powierzchni ciała. Osoby, które zbyt długo opalały się na słońcu, mają oparzony nieporównywalnie większy fragment ciała, bo są to np. ramiona lub plecy. Najgorsze są jednak oparzenia w solarium, bo zwykle dotyczą dużej powierzchni ciała, czasem nieomal 100 proc. To są przypadki, które wymagają pomocy chirurgicznej i leczenia szpitalnego.


Wiele jest takich przypadków?


Tak, mamy ich całkiem sporo, bo właśnie na chirurgię trafiają osoby najmocniej poparzone, takie, którym pomoc innych lekarzy już nie wystarczy. Mieliśmy na naszym oddziale pacjentkę, młodą, ładną dziewczynę, która chciała wyglądać jeszcze lepiej. Przywieziono ją do nas poparzoną na całym ciele po pierwszej w życiu wizycie w solarium. Opalała się po zażyciu akceleratorów, czyli „przyspieszaczy”, bo tak podpowiedziały jej koleżanki. Nie powiedziała obsłudze solarium, że wzięła taki specyfik i sprawa skończyła się tragicznie. Gdy do nas trafiła, całe ciało miała czerwone, miejscami pokryte pęcherzami. Jej oparzenia oceniliśmy na stopień 2b, co oznacza, że muszą po nim zostać blizny. To był błąd życia, jeden głupi wybryk… Niestety, to typowe u naszych pacjentek, które, aby zaoszczędzić czas i pieniądze, wspomagają opalanie jakimiś środkami chemicznymi. Mówię „pacjentek”, bo chłopacy to tylko jedna osoba na dziesięć trafiających na nasz oddział z poparzeniem po opalaniu. Sprawa jest też typowa dla młodych lub bardzo młodych ludzi.


Blizn po takim opalaniu nie da się zniwelować?


Jeśli to jest stopień oparzenia 2b – nie. Przy słabszych oparzeniach, 2a, blizna pojawi się, jeśli dojdzie do nadkażenia oparzonego miejsca. Po oparzeniu ważna więc jest niezwykle higiena tych miejsc, właściwe ich zaopatrzenie. Jednym z popularnych błędów przez nas popełnianych jest przebijanie pęcherzy. Tymczasem pęcherz on naturalnym opatrunkiem. Przebicie tej skóry lub, co gorsza, jej zdarcie, grozi zakażeniem i powoduje, że skóra pozbawiona jest jedynej ochrony. Pęcherze powinny być opróżnione w odpowiednim momencie. Zwykle w pierwszej chwili trudno ocenić stopień oparzenia, bo skóra jest cała czerwona i nie wiadomo, jak sytuacja będzie się rozwijać. Czy rumień będzie powoli znikał, czy wręcz przeciwnie, zmiany będą się pogłębiać. Pęcherze mogą się pojawić nawet po dwóch, czterech dniach od poparzenia. Stąd między innymi spóźnione wizyty poparzonych u lekarza. W momencie, gdy pacjentka trafia na oddział, stan skóry nie jest jedynym problemem.

Osoba poparzona utraciła zwykle duże ilości płynów, które trzeba uzupełnić. Po krótkim czasie, w którym nie odczuwała bólu, staje się on nie do zniesienia. Jest tak silny, że może wywołać wstrząs, co w konsekwencji stanowi zagrożenie dla życia. Pacjentka musi pozostać co najmniej tydzień w szpitalu, gdzie otrzymuje leki przeciwbólowe, antybiotyki, a jeśli potrzeba również leki uspokajające. Leczenie oparzonej skóry trwa jednak znacznie dłużej niż tydzień. W efekcie zamiast fajnej imprezy czy wakacji, na których od pierwszego dnia będzie imponować innym piękną opalenizną, przed oparzoną osobą wiele tygodni walki o wyleczenie skóry.

Autor: Małgorzata Grosman

Komentarze