Ciągle w ruchu - rozmowa z Kayah

Uważam, że artysta powinien być „wiercipiętą” – próbować różnych stylów, pomysłów, nurtów. Sprawdzać się, zmieniać, smakować nowe poziomy, ciągle się uczyć. Nie wolno stanąć w miejscu!

Niedawno ukazała się pani nowa płyta, bardzo nietypowa, bo nagrana z kwartetem smyczkowym Royal Quartet. Skąd taki pomysł?


Muzycy z kwartetu dwa lata temu zaprosili mnie do udziału w festiwalu Kwartesencja. Trochę mnie to zaskoczyło, ale lubię wyzwania. Na potrzeby tego koncertu w zupełnie nowy sposób zaaranżowano niektóre z moich piosenek. To była ciekawa muzyczna przygoda, choć początkowo nie sądziłam, że wyniknie z tego coś więcej.


Jednak efekt przeszedł wszelkie oczekiwania…


Owszem. Publiczność była zachwycona. Nagrodziła nas owacjami na stojąco. Ale to nie koniec: okazało się, że między mną a kwartetem jest rodzaj „chemii”, apetytu na wspólne granie – apetytu tak silnego, że zaplanowaliśmy wspólną trasę koncertową. Pomysł na nagranie płyty powstał właśnie podczas trasy.



Nie obawiała się pani, że zaszokuje fanów?


Nie! Uważam, że artysta powinien być „wiercipiętą” – próbować różnych stylów, pomysłów, nurtów. Sprawdzać się, zmieniać, smakować nowe poziomy, ciągle się uczyć. Nie wolno stanąć w miejscu! Poza tym płyta jest naprawdę fajna, dzięki nowym aranżacjom moje piosenki zyskały ciekawy charakter, jeszcze bardziej emocjonalny. Niektóre w towarzystwie smyczków brzmią po prostu zjawiskowo… Jednak koncerty i promocja płyty to sporo pracy.


Co oznacza, że prowadzi pani niezbyt higieniczny tryb życia…


Niestety, to prawda: tryb, którym żyję, trudno nazwać zdrowym. Jak to dobrze, że mam silny organizm i dobre geny!!! Tak naprawdę jedyne, co robię dla siebie konsekwentnie od wielu lat, to wegetarianizm. Poza tym nie wsłuchuję się w siebie, nie mam na to czasu. Może to błąd... Staram się ćwiczyć, ale moje treningi siłowe są nieregularne. Będąc sową, późno chodzę spać. Nie jadam o stałych porach. Mam bardzo stresującą pracę. Do tego moje naturalne czarnowidztwo nie ułatwia mi życia. Mam wciąż wrażenie, że za mało o siebie dbam.


Za to trzeba czasem zapłacić wysoką cenę…


Oj, trzeba… Chwile grozy przeżyliśmy tuż przed sylwestrem ponad rok temu, kiedy musieliśmy wezwać karetkę, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie i kłopoty z oddychaniem. Myślałam, że to problemy z sercem. Było to jednak preludium do stwierdzenia Hashimoto – poważnej genetycznej niedoczynności tarczycy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważny to organ. Jego rozregulowanie może mieć poważne konsekwencje.


Ma pani świadomość, że to choroba do końca życia?


Tak. I leczenie nie jest zbyt przyjemne: codziennie biorę hormony, które przykro manifestują się opuchlizną, wahaniami wagi, spadkiem nastroju. To przykre, ale mam świadomość, że z tą chorobą można żyć. I to całkiem nieźle, trzeba tylko znaleźć odpowiednią dawkę leku, przy której organizm będzie się dobrze czuł. I pozostawać pod kontrolą lekarską.


Czyli wierzy pani medycynie konwencjonalnej?


Kiedy trzeba, to trzeba. Codziennie łykam magnez, potas, cynk i selen. Na ból głowy biorę tabletkę, przeziębienie leczę zarówno czosnkiem, jak środkami z apteki. Na szczęście, odpukać, pomimo immunologicznej choroby tarczycy mam świetną odporność. Może dlatego, że się nie przegrzewam. Myślę, że chłód jest przyjacielem człowieka.


A medycyna niekonwencjonalna – wierzy pani w nią?


Wierzę, nawet bardzo! Ta konwencjonalna często zapomina, że człowiek składa się także z ducha i to często brak harmonii wewnętrznej jest przyczyną objawów chorobowych. Wierzę w medycynę chińską i w wiedzę znachorów, w rytuały z pogranicza magii. Nasz świat to kłębowisko przeróżnych energii, czy w to wierzymy, czy nie.


Która z niekonwencjonalnych metod terapii jest pani bliska?


Bardzo lubię esencje kwiatowe Bacha, wierzę też w leczniczą siłę kamieni i minerałów. Jako przeciwutleniacz traktuję kieliszek czerwonego wina przed snem. Szybko wtedy zasypiam. W przypadku chrypki i obrzęków stosujemy też w domu homeopatię, poza tym raczej tradycyjnie, u nas choruje się szybko, dlatego wybieramy szybko działające środki. Ale kiedy człowiek jest chory i pragnie wyzdrowieć, szuka rozwiązań wszędzie.


Korzystała już pani kiedyś z jakichś magicznych rytuałów?


Parę lat temu miałam podejrzenie białaczki. Dostałam od szamana w Afryce torebkę z piaskiem, który miałam co niedziela dosypywać do wody podczas niemalże rytualnej kąpieli. I choć pozostawałam pod stałą opieką wybitnych fachowców dzięki fundacji Uli Jaworskiej, w każdą niedzielę wsypywałam garść piasku do wody. Czy to głupie? Mnie pomogło to przetrwać ciężkie chwile.


Zatem jest też pani pewnie zwolenniczką teorii, że warto pielęgnować zdrowie duchowe? Mówią, że każda zła myśl trochę nam skraca życie…


Siła myśli jest potężna. Uparcie powtarzana, prędzej czy później się ziści. Jestem zwolenniczką teorii, że bardzo wiele zależy od nas samych. Wierzę, że zgorzkniałość, malkontenctwo czy życie pod presją, wymagające działań wbrew sobie, może doprowadzić do dysfunkcji, najpierw psychicznych, wkrótce potem manifestujących się fizycznie. Kiedy myślimy pozytywnie, generujemy też mnóstwo takiej energii.


Czyli to nie byt kształtuje świadomość….


..ale świadomość kształtuje byt. Otóż to! Gdy pielęgnujemy w sobie wrogość czy żal, działamy na własną szkodę. Już dawno dowiedziono, że niewypowiedziane żale, połykane łzy kumulują się w piątym czakramie gardła, atakując krtań czy tarczycę. Myślę, że tak było i w moim przypadku. Rak piersi jest generowany przez syndrom ofiary, użalania się nad sobą. Emocjom trzeba dać wolno przepływać, nie gromadząc ich. Umieć odpuścić, uwolnić je i odesłać „do diabła”. Negatywne i wrogie myśli robią dziury w naszej aurze, ochronnej powłoce. Można to namacalnie sprawdzić, robiąc sobie zdjęcia aury, ciekawe doświadczenie. Jeśli robimy dziury, przestajemy być chronieni i możemy popaść w chorobę. Zdrowe życie to życie szczęśliwe. Nikt z nas nie chciałby w swoim szczęśliwym życiu mieć wrogów, zdrad, pomówień i plotek. W myśl zasady, że wszystko, co nas spotyka, pochodzi z nas samych, nauczmy się postępować tak, jak chcemy, by postępowano z nami.


Podobno nawet zakupy robi pani „ekologicznie”…


Kiedy miałam czas, uwielbiałam buszować w lumpeksach i na bazarach. Można zaspokoić instynkt łowczy i złowić niepowtarzalne, oryginalne egzemplarze. Ale też bardzo mi to odpowiada ze względu na ideę recyklingu.


Krążą plotki o operacjach i zabiegach, którym się pani poddała...


Domyślam się, że takie absurdalne plotki o operacjach mogą być ulubionym tematem zazdrosnych paniuś i wrogów, ale ja sobie z tego nic nie robię. Potrafię wręcz z tego publicznie żartować. Kiedy sam śmiejesz się z siebie, odbierasz siłę atakom. Prawdziwa wolność polega na totalnym odcięciu się od tego, co mówią czy piszą o tobie ludzie, którzy nie są ci bliscy. Jestem tego stanu coraz bliżej.


Już wiemy, że ma pani bardzo mało czasu, ale przecież rodzina musi codziennie zjeść obiad. Kto się zajmuje w domu gotowaniem?


Od jedzenia w domu jest moja mama. Gotuje tradycyjnie i... myślę, że popełnia mnóstwo grzechów, a ja niewiele mogę jej wytłumaczyć. Roch (syn) też już nabrał nawyków żywieniowych w oparciu o to tradycyjne gotowanie. Moja chórzystka, Iwonka, namawia mnie na dietę opartą na pięciu przemianach. Jest zdrowa i odchudza. Mam ochotę się temu zjawisku bliżej przyjrzeć. A na razie zdarza się nam zamówić jedzenie na wynos: falafla na ostro, którego po prostu uwielbiam, pizzę, jemy też sushi, dania kuchni tajskiej i hinduskiej.


Lubi pani ostre jedzenie?


Jeśli nie pali mnie wokół ust, to nie wiem, że jem. Moje potrawy są piekielnie ostre. W tym upatruję też odporność na infekcje.


A co pani sądzi o zwierzętach w domu? Powinno się je mieć, czy tylko brudzą?


Zawsze miałam dom pełen zwierząt. Nie wyobrażam sobie inaczej. Moje koty i ptaki to pełnoprawni członkowie rodziny, tak ich traktujemy, tak ich żegnamy... Moja kotka Hava jest moim najlepszym przyjacielem już od 21 lat. Właśnie gaśnie nam w oczach, czym doprowadza do rozpaczy i mnie, i mamę, i mojego syna. Ktoś powie, że to tylko kot. Dla mnie to jedna z najbliższych duszyczek w moim życiu. Nie jestem w stanie wyrazić smutku, jaki odczuwam. Wiem, że to nieuchronne, ale tak ciężko jest mi zaakceptować naturalną kolej rzeczy.

Autor: Agata Domańska

Komentarze