Cenię sobie swobodę - karolina nowakowska

Rozmowa z Karoliną Nowakowską aktorką z serialu „M jak miłość" i mistrzynią w stepowaniu.

Mato kto wie, że Olga z serialu „M jak miłość" jest mistrzynią Polski w stepowaniu.


Tak, wielokrotnie sięgnęłam po ten tytuł. Ale tak naprawdę za swój największy sukces uważam podwójne mistrzostwo Czech w stepowaniu, które zdobyłam w 1996 roku w kategorii duety i formacje. Mam tę umiejętność we krwi, bo moja mama jest tancerką oraz choreografem i prowadzi w Warszawie pierwszą profesjonalną szkołę stepowania - Studio TAP & JAZZ DANCE. I to już od 15 lat. Więc u mnie to było naturalne, że zaczęłam tańczyć i stepować, choć na pewno trzeba mieć do tego również predyspozycje: być muzykalnym, mieć dobry słuch. Ale to także kwestia chęci, bo to nie jest taki typowy taniec.


Ale na pewno bardzo efektowny. Chyba mało osób w Polsce może poszczycić się tą umiejętnością.


Masz rację. Na mistrzostwach Polski śmialiśmy się czasem, że w ogóle nie mamy konkurencji, bo w zawodach startowało kilka osób. Właściwie my sami byliśmy dla siebie rywalami. Za to moja mama może pochwalić się tym, że niemal każdy, kto potrafi stepować, uczył się u niej. Tak było na przykład z Januszem Józefowiczem.


Twoja mama jest Czeszką, więc pewnie często słyszycie pytanie, czy znacie Helenę Vondrackovą?


Ja osobiście nie, ale moja mama zna ją dobrze. Jeszcze w Pradze razem tańczyły, stepowały, pracowały, m.in. z Jirfm Kornem. Ja Helenę znam tylko z opowiadań. A z anegdot mogę tylko zdradzić, że kiedy Helena przyjeżdża na występy do Polski, to zawsze stepuje to samo (śmiech). Oczywiście, z przyjemnością się ją ogląda. I przecież o to chodzi.


Jakie były początki Twojej kariery?


Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że to już rok mija, odkąd gram w serialu „M jak miłość" Niesamowicie mi szybko ten czas zleciał. Ostatnio występowałam też w show „Gwiazdy tańczą na lodzie" i nie ukrywam, że od momentu, kiedy zdecydowałam się na udział w tym programie, jeszcze więcej zaczęło się dziać w moim życiu. Pierwszy raz pojawiłam się przed kamerą w „Domowym przedszkolu" jako malutki dzieciak, jeszcze nawet bez wszystkich zębów (śmiech). Ale już wtedy mi się to spodobało. Potem w liceum były kolejne epizody w telewizji. I chyba wtedy zdecydowałam, że właśnie w tym kierunku chciałabym pójść. Pamiętam także moment, kiedy pierwszy raz w życiu stanęłam na pustej scenie w teatrze. To było przed próbą spektaklu. Zupełna ciemność, wokół ani żywej duszy i tylko ja na scenie. Po całym ciele przeszły mnie dreszcze z emocji, wtedy poczułam tę prawdziwą magię teatru, o której dotąd tylko słyszałam.


Czujesz się bardziej aktorką czy tancerką?


U mnie aktorstwo nieustannie przeplata się z tańcem i śpiewem. Ukończyłam szkołę muzyczną i miałam pomysł, żeby zdawać do szkoły baletowej. Teraz się cieszę, że rodzice mi to odradzili. Nie mam nawet figury typowej baletnicy, jak to kobieta -mam tu i ówdzie (śmiech). A muzyka bardzo mi się przydaje: umiem śpiewać, znam nuty, historię muzyki, mam wyrobiony słuch. Natomiast moją prawdziwą pasją jest aktorstwo. Fascynuje mnie, że mogę się zmieniać, wcielać w różne postaci, przeżywać dzięki bohaterom czasem skrajne emocje, poznawać aspekty charakterologiczne osób. Podobnie było w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie". W każdym odcinku staraliśmy się widzów czymś zaskoczyć. Cieszę się, bo dzięki temu programowi widzowie mieli okazję poznać mnie z różnych stron.


Więcej się bawiłaś czy jednak ciężko pracowałaś na lodzie?


Treningi były wspaniałe, ale często bardzo męczące i czasochłonne. Jedyny wolny dzień w tygodniu to sobota, czyli po programie na żywo w piątek. Już w niedzielę spotykaliśmy się z choreografami, a w tygodniu ćwiczyliśmy. Zanim zgodziłam się na udział w programie, trzykrotnie odmówiłam. Kilka razy byłam na widowni podczas pierwszej edycji tego show, kiedy kibicowałam Rafałowi Mroczkowi i Kasi Glince. Wtedy miałam okazję zobaczyć, jak to wygląda. Myślałam sobie: Ależ oni są odważni, ja chyba bym się bała. Wcześniej jeździłam na łyżwach tylko jako dziecko, jak wszyscy, na ślizgawce za blokiem. Przyznaję, że znakomicie się bawiłam, bo nie brałam udziału w tym programie, żeby wygrać za wszelką cenę. Nie czułam aż takiej presji. Oczywiście, odczuwałam wielkie emocje, czasem złość przeplatała się z euforią. Wspaniale rozumieliśmy się z Filipem, ale zdarza się, że emocje brały górę. To zupełnie naturalne. Traktowałam te występy jako olbrzymią frajdę, możliwość pokazania się ludziom z innej strony. Oczywiście jest to też praca, ale szczerze powiem, że trenując, zapominam o tym.


Odnosisz coraz większe sukcesy. Nie boisz się, że woda sodowa uderzy Ci do głowy?


Nie. Należę do osób, które ciężko pracują, aby do czegoś dojść. Staram się małymi kroczkami, rozsądnie, wspinać na kolejne szczeble pozycji zawodowej. Od niemal 10 lat pracuję nad tym. Ale mam też dystans do siebie, do swojej pracy. Ostatnio miałam taką zabawną sytuację. Wracałam z próby tramwajem i jechała nim także grupka młodych ludzi. I nagle słyszę, jak rozmawiają między sobą: „Ty, to jest chyba ta z tego serialu", „Nie, to nie ona..." W końcu jedna dziewczynka mówi: „Nie, no coś ty! To nie może być ona. No, coś ty, w tramwaju?!" (śmiech). To ten stereotyp, że aktorzy jeżdżą tylko limuzynami, piją od rana szampana i nic nie muszą robić.


W jaki sposób chcesz się spełniać zawodowo?


Bardzo bym chciała zagrać w filmie fabularnym, ale nie rolę ładnej dziewczynki, tylko przeciwnie. Jakąś skomplikowaną wewnętrznie postać. Chciałabym pokazać, że oprócz tego, że się potrafię ładnie uśmiechnąć czy zatańczyć, umiem dobrze zagrać, także na scenie. Tęsknię za teatrem, za prawdziwą obecnością widzów.


Nie boisz się zaszufladkowania do jednej roli w serialu?


W naszym zawodzie jest tak, że od czegoś trzeba zacząć, w jakiś sposób zaistnieć w świadomości widzów. Myślę, że serial znakomicie to umożliwia. Jest wielu aktorów, którzy zaczynali właśnie w ten sposób, po to, żeby dojść potem do tego miejsca, gdzie są teraz. Wielu z nich osiągnęło status prawdziwej gwiazdy. A to jest moja praca: gra w serialu czy w reklamie. Nie mam z tym problemu. Wychodzę tylko z założenia, że jak się czegoś podejmuję, to powinnam to robić najlepiej jak potrafię.


Zbliżają się wakacje. Co planujesz?


Lubię odpoczywać w upale: słońce, plaża, woda, ale aktywnie. Wtedy się najlepiej regeneruję, ładuję akumulatory. Uwielbiam także odpoczynek w moim ukochanym Egipcie, łącznie z nocnym życiem klubowym, które tam kwitnie. W ciągu dnia opalanie, najchętniej z MP3 na uszach, pływanie, a po zmierzchu - nocne ćwiczenia taneczne na parkiecie przy fajnej muzyce. Czasami wyjeżdżam w ciepłe kraje z rodzicami. I muszę przyznać, że nawet nieźle się wtedy z nimi dogaduję.


Potrafiłabyś wyjechać na wakacje zupełnie sama?


Nie zdecydowałabym się na samotny urlop, bo ja jestem zbyt towarzyskie zwierzę (śmiech). Najchętniej wyjeżdżam ze znajomymi. Ale lubię sama decydować, jak spędzam czas. Cenię sobie swobodę, to, że jestem niezależna. Myślę, że to fajne wyjechać gdzieś z ukochanym, z którym jesteśmy na co dzień. Wtedy można tak naprawdę pobyć ze sobą, z dala od obowiązków, problemów, szarej rzeczywistości. Móc myśleć tylko o takich rzeczach, jak: co tego dnia zjemy, czego się napijemy, dokąd wybierzemy się na wycieczkę albo czy wstajemy już, czy za trzy godziny. Myślę, że takie wyjazdy cementują związek. Zazwyczaj ludzie długo pracują, nie mają dla siebie zbyt wiele czasu. I jeśli jeszcze na wakacje każdy jedzie w swoją stronę, to jest bez sensu. Myślę, że to cudowne, że ludzie potrafią i chcą ze sobą spędzać wolny czas.

Autor: Monika Sadowska

Komentarze