Bruksela ma smak czekolady

Muzeum komiksu, najlepsze na świecie frytki i kawiarnia pełna kukiełek. Zapomnijcie o Brukseli jako stolicy Unii Europejskiej. Miasto oglądane z perspektywy dzieci jest o niebo ciekawsze.

Ma zaledwie 61 centymetrów wzrostu, na imię Julien i nie wstydzi się publicznie siusiać. Nic dziwnego, choć liczy 390 lat wciąż jest dzieckiem! Manneken Pis, czyli siusiający chłopiec to najbardziej znana fontanna w całej Belgii. Petit Julien, bo tak nazywa się go po francusku, stoi na brukselskiej Starówce niedaleko ratusza, przy Rue de l’Etuve. Dzień w dzień przyciąga tłumy turystów, nawet tych, którzy już go kilka razy widzieli. Bo rzadko Manneken Pis wygląda tak samo. A to ma strój dżudoki, a to świętego Mikołaja, a to krakowiaka (tak, tak, Manneken Pis bywa Polakiem!). Wszystko zależy, jakie święto właśnie przypada (750 jego ubranek można zobaczyć w Muzeum Miasta Brukseli na Grand Place). Swoją popularnością wśród turystów bije na głowę Parlament Europejski, Pałac Króla i Atomium razem wzięte. Od 1987 roku Manneken Pis ma konkurencję w postaci Jeanneke Pis, czyli siusiającej dziewczynki. Damską wersję fontanny ustawiono po przeciwnej stronie Starówki, przy Impasse de la Fidelte. Czy to nie oczywiste, że miasto, którego symbolem jest mały chłopiec i dziewczynka, może być ciekawe również dla innych małych chłopców i dziewczynek?


Frytki kontra rzodkiewki

Każdy, kto ma małe dzieci, wie jak trudno zwiedza się z nimi miasta. Tradycyjne atrakcje turystyczne są dla nich zupełnie nieatrakcyjne. Na widok Koloseum zaczynają ziewać, zaś od samego pomysłu zwiedzenia Wawelu dostają ataku płaczu. Jednak w Brukseli jest inaczej. Jeśli odpowiednio wybierze się trasę wycieczki, maluchy będą zachwycone.

Na dobry, czyli smaczny początek zacznijmy od frytek. To ulubione danie dzieci, a także narodowa przekąska Belgów. To oni, jako pierwsi na świecie pokroili ziemniaki w słupki i następnie je usmażyli ( pierwsze wzmianki na ten temat tego dania można znaleźć już w 1680 roku, czyli niedługo po tym, jak ziemniaki przywędrowały do Europy). Mało tego, Belgowie do tej pory nie chcą oddać palmy pierwszeństwa; wciąż zjadają najwięcej frytek w przeliczeniu na jednego mieszkańca na świecie. W Brukseli od lat przez różne gazety i portale internetowe robią rankingi na najlepsze frytki. I od lat na podium, choć w różnej kolejności są trzy budki: na Place Flagey, przy Barriere de St. Gilles oraz na Place Jourdan. Żadne nie jest w ścisłym centrum i czasami trzeba stać w kolejce nawet 45 minut, a jednak warto spróbować frytek idealnych. Długich, chrupkich i oczywiście z tradycyjnym majonezem! Do wyboru są także sosy musztardowe, tysiąca i jednej wysp, curry czy zwykły ketchup, ale ten uznawany jest w Brukseli za barbarzyński.

Po takiej uczcie, można spróbować przemycić dziecku trochę historii, oczywiście odpowiednio opakowanej. Wracamy więc na brukselską Starówkę, a dokładnie na jej najpiękniejsze miejsce Grand Place. Wielki Plac to prawdziwa koronkowa robota. Wokół niedużego rynku ustawione są domy poszczególnych cechów, które w XVI wieku ze sobą rywalizowały. Innymi słowy architektoniczne przechwałki! Francuski poeta, reżyser i scenograf Jean Cocteau powiedział kiedyś o Grand Place, że „to najwspanialsza dekoracja świata”. Jeśli dodamy, że to idealna dekoracja dla ulubionej bajki o królewnie, maluch, a zwłaszcza maluch płci żeńskiej będzie zachwycony. Jedyne zastrzeżenie, że plac najpiękniej wygląda podświetlony nocą, kiedy dzieci już powinny spać.
Niedaleko rynku znajduje się urocza knajpka, idealnie nadająca się na chwilę przerwy zarówno dla dużych i małych. W wąskiej i ślepej uliczce odchodzącej od Petite Rue des Bouchers mieści się na Theatre Royal de Toone słynny teatr marionetek z XIX wieku, który prowadzi już siódme pokolenie lalkarzy. Gdy nie ma przedstawień, teatr pełni rolę przytulnej gospody. Specjalność zakładu to kanapka z twarogiem i rzodkiewką. Ale co ważniejsze, kukiełki nie idą za kulisy, ale siedzą w różnych kątkach i towarzyszą nam podczas posiłku.


Neptun prosto z Gdańska

Na pocztówkach z Brukseli najczęstszym motywem, obok Manneken Pis oczywiście, jest Atomium. To przedziwny budynek ze stali i aluminium w formie gigantycznej molekuły żelaza, powiększonej 165 mld razy, która teraz mierzy 102 metry. Składa się z 9 ogromnych kul połączonych 15 ruchomymi schodami i windami. W środku każdego „atomu” znajdują się ekspozycje muzealne. Atomium zostało zbudowane w 1958 roku na Wystawę Światową i tak spodobało się brukselczykom, że nie pozwolili budynku rozebrać. Molekuła robi wrażenie zarówno na starszych, jak i młodszych turystach. Po takiej wizycie lekcja chemii już nigdy nie będzie nudna.

U podnóża Atomium kolejna atrakcja, tym razem dla przyszłych historyków sztuki, architektów, a kto wie, może i polityków. Mini Europa to najważniejsze budynki z 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej w dziecięcych rozmiarach. Jest tu i lilipuci Big Ben z Londynu, kanały weneckie jak małe strumyki, tyci wulkan Wezuwiusz, który od czasu do czasu grozi wybuchem i zalaniem Pompei, a także Dwór Artusa, pomnik Neptuna i trzy styczniowe krzyże z Gdańska. Między budowlami mknie „prosto z Paryża” superszybki pociąg TGV.

Niedaleko Atomium znajdują się królewskie parki i letnie posiadłości, czyli Zamek Królewski, Chateau Royal. Nie są może tak okazałe jak Pałac Króla, czyli Palais du Roi w centrum, ale właśnie to one zachwycą przyszłych biologów. W wielkiej szklarni założonej przez króla Leopolda II znajduje się wyjątkowy ogród botaniczny. Belgia, która miała kolonię w Afryce sprowadzała z Konga liczne gatunki egzotycznych roślin.

Dla przyszłych antropologów i geografów arcyciekawe będzie Muzeum Afryki Centralnej, czyli Musee Royal de l’Afrique. Znajduje się na przedmieściu Tervueren i można do niego dojechać tramwajem 44. Nie ma tam zakurzonych, nudnych eksponatów, można za to usłyszeć jak brzmią afrykańskie języki, posłuchać afrykańskiej muzyki i prześledzić jej wpływ na jazz i rock oraz obejrzeć wystawę tysięcy masek. Wizytę można zakończyć w przymuzealnej restauracji, gdzie dorośli mogą się napić bananowego piwa, a dzieci spróbować deserów prosto z Konga.


Własny komiks

Ale może wystarczy tej ukrytej edukacji. Czas na przyjemności! Gdzie jak nie w Brukseli, słynącej z komiksu o Tintinie i jego psie Milusiu. Ten najsłynniejszy belgijski bohater został powołany do życia w 1929 roku przez Herge, czyli Georges Remi. Po francusku komiks to po prostu BD, czyli bande – dessinee.

W Belgijskim Centrum Komiksu przy Rue des Sables (Centre Belge de la Bande Dessinee) dzieci potrafią spędzić całe godziny. Są tu interaktywne gry, dzięki którym maluchy mogą stworzyć własny komiks. A potem szukać kolejnych BD na murach miasta, jest ich naprawdę sporo. To nie ohydne bohomazy, ale cytaty z najpopularniejszych belgijskich komiksów.

Na koniec deser, czyli czekoladki! Co tu kryć, belgijska czekolada jest najlepsza na świecie. A jeśli ktoś ma inne zdanie, powinien udać się do muzeum czekolady, czyli Musee du Cacao et du Chocolat. Znajduje się niedaleko Grand Place i jest obowiązkowym punktem zwiedzania dla wszystkich łasuchów. Przedstawia historię kakao i rozwój przemysłu cukierniczego w Belgii. Po wyjściu z pewnością pobiegnie do jednej z okolicznych czekoladziarni i zamówi pudełko pralinek albo filiżankę kakao. W Belgii najbardziej znane marki czekolady to Neuhaus, Godiva i Leonidas. Ale wtajemniczeni wiedzą, że nie ma jak Pierre Marcolini! To ulubione słodycze brukselczyków. Wyrabiane ręcznie, łączą ze sobą, na pozór, nie przystające do siebie smaki, choćby ser pleśniowy z czekoladą, albo pieprz z cukrem. Są oczywiście i klasyczne wersje, z orzechami, migdałami czy pistacjami. Jeśli dziecko, choć raz spróbuje ich w stolicy Belgii, po powrocie Bruksela będzie mu się jednoznacznie smacznie kojarzyła. Kto wie, może z przyjemnością zje nawet nieco gorzką brukselkę.

Autor: Anita Czech

Komentarze