Brakuje nam uprzejmości

Joanna Orleańska jest nie tylko aktorką, ale też mamą 5-letniej Antosi i ambasadorką portalu feminin.pl „Polska. Miejsce przyjazne mamie i dziecku". Nam opowiedziała o specyfice swojego zawodu, o podejściu Polaków do matek z dziećmi i kobiet w ciąży i o trudnościach, z jakimi kobiety spotykają się na co dzień.

Jest pani ambasadorką akcji „Polska. Miejsce przyjazne mamie i dziecku". Czy podejście Polaków do matek z dziećmi i ciężarnych kobiet różni się od tego za granicą?


Bardzo. Polska, Włochy, Hiszpania to katolickie kraje, a przepaść w mentalności jest ogromna. Będąc w ciąży wyjechałam do Włoch, gdzie spotkałam się z ogromną życzliwością i czułam się niezwykle uprzywilejowana. Włosi niemalże nosili mnie na rękach. Niestety, w Polsce wciąż niechętnie przepuszcza się matki z dziećmi lub kobiety w ciąży w kolejkach, rzadko ustępuje miejsca. Czasami nawet nie warto się narażać i prosić o wsparcie czy przepuszczenie w kolejce. Z czego te różnice wynikają? Brakuje nam kindersztuby. Wiele lat komuny przeorało nie tylko nasz stan gospodarki, ale również nasze mózgi. Teraz odczuwamy tego skutki. Po przemianach Polska próbuje dogonić resztę Europy. Często większą wartością jest pieniądz niż drugi człowiek. Poza tym w miejskiej dżungli ludzie są wyobcowani i mniej chętnie pomagają innym niż w małych miejscowościach.


Ale co przeszkadza, aby przepuścić kobietę z dzieckiem w kolejce?


Wszyscy jeszcze pamiętamy dawne zwyczaje stania godzinami w kolejce po papier toaletowy. O wszystko się trzeba było bić. Nic dziwnego, że teraz kolejki wywołują w nas agresję i lęk, że jeśli kogoś przepuścimy, my na tym stracimy. Wręcz przeciwnie. Zarówno społeczeństwo, jak i media oraz szkoła powinny nas uświadamiać, jak ważne jest pomaganie kobietom, które nieraz same wychowują dzieci i nie mają bliskich osób do pomocy. Uprzejmość w postaci przepuszczenia w kolejce, ustąpienia miejsca w autobusie albo otworzenia drzwi w takich sytuacjach wiele znaczy. Ustąpienie miejsca w autobusie to jedna rzecz, ale gdzie matki mają karmić swoje maluchy, gdzie je przewijać? Chyba nie mamy wyjścia, musimy karmić w miejscach publicznych. Ja też to robiłam, ale starałam się nie obnosić ze swoją cielesnością i zakrywałam się pieluchą. Nie kryłam się z tym, gdy była potrzeba, to karmiłam.


Jakie zmiany zauważyła pani w swoim środowisku?


Od lat mieszkam na Saskiej Kępie w Warszawie. Tam powstaje coraz więcej miejsc przyjaznych matce i dziecku. Np. kawiarenki albo restauracje, w których mama może odpocząć, a dziecko ma w tym czasie zorganizowane zajęcia, np. lekcję baletu albo judo. Oczywiście są to miejsca komercyjne i tam, gdzie są pieniądze, tam są większe szanse na udogodnienia. Ale zauważam również, że chodniki i podjazdy są w coraz lepszym stanie. Jeśli każdy z nas postara się o małą zmianę na lepsze, szybciej odczujemy poprawę. Media powinny się bardziej interesować tym, co jest ważne, a obecnie zachłysnęły się plastikowym światem, np. tańczących i śpiewających celebrytów i wciąż o tym piszą. Przez to zapominamy o prawdziwych wartościach.


Spotkała się pani z tym stwierdzeniem, że w Polsce inne kobiety rzadziej pomagają matkom z dziećmi czy kobietom w ciąży?


Wolałabym nie generalizować. Znieczulica wobec ciężarnych jest jednakowa zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Ale gdy spotykamy się z brakiem uprzejmości ze strony drugiej kobiety, bardziej nas to boli, bo myślimy, że przecież kobieta powinna zrozumieć. Krótko mówiąc, wciąż jest dużo do zrobienia. Jak np. w sprawie urlopu macierzyńskiego... Tak, wiele matek próbuje w pracy jak najdłużej ukrywać swoją ciążę w obawie przed tym, że po porodzie nie będą już miały do czego wracać. Teraz standardem nie jest rodzina wielodzietna. W klasie średniej jest większość rodzin z jednym dzieckiem, bo ludzi nie stać na ich utrzymanie, a kobiety nie mają udogodnień w pracy ani pomocy w domu. Będąc w Niemczech w pracy byłam bardzo zaskoczona, dowiadując się, że koleżanki aktorki miały wynajęte przez producenta opiekunki do dziecka albo przedszkola. Producent zapewniał im takie warunki, aby mogły być jak najbliżej dziecka. U nas często kobiety ukrywają się, bo nie chcą stracić pracy.


A propos pracy na planie z dziećmi. Ostatnio pani dużo grała z dzieciakami, chociażby w serialu „Licencja na wychowanie".


Bardzo lubię pracować z dziećmi, ponieważ mają pewien rodzaj otwartości - co w sercu, to i na dłoni. Po dziecku widać od razu, czy jest zadowolone czy nie, kiedy czują się akceptowane, a kiedy nie. Wbrew pozorom z dziećmi pracuje się łatwiej niż z dorosłymi, którzy potrafią się kamuflować i zakładać maski w relacjach z ludźmi. Ja jestem bardzo otwarta i sprzeciwiam się nakładaniu masek. Niestety, po mnie też wszystko widać.


Chyba każdy dorosły potrafi się kamuflować, a pani to sprawia trudność. Jak to jest w takim razie w teatrze, gdy pani się czymś martwi, a rola jest komediowa?


Prywatność a granie w teatrze to dwie różne rzeczy. W teatrze nie jestem sobą tylko postacią. Wchodzę w czyjś świat i czyjeś myślenie. Ja tylko „pożyczam" swoją wrażliwość i kawałek swojego świata tej postaci, ale to nie jestem ja. Zresztą widza, który przyszedł na spektakl, nie interesuje, czy mnie boli głowa.


Taka ciągła praca na emocjach grozi szybkim wypaleniem. Jak się pani przed tym chroni?


Paradoksalnie wiele osób myśli, że aktorki głównie pięknie wyglądają, pachną, chodzą na imprezy i kilka razy przejdą się przed kamerą. Nic bardziej mylnego. Emocje nagromadzone na planie po kilkunastu godzinach zdjęć lub na scenie po spektaklu wcale tak szybko nie schodzą i jeśli ktoś nie ma sposobu, aby odreagować, faktycznie może mieć z tego powodu kłopoty. Kiedyś po przedstawieniu chodziłam ze znajomymi na lampkę wina. Gdy poziom adrenaliny spadał, mogłam iść spokojnie do domu i zasnąć. Ale czasami bywa tak, że ten stan ciągłego napięcia i bycia w gotowości do kolejnego ujęcia trwa kilka dni pod rząd. Gdy dni zdjęciowe się kończą, mój organizm zaczyna wariować, bo nie wie, co ze sobą zrobić. Wtedy nie potrafię się chwilowo zorganizować. Proste czynności urastają do rangi problemu. Pojawia się pewien rodzaj pustki, którą trudno zapełnić.


Co pani wtedy robi?


Teraz wiem, że nie pustka jest ważna. Mam córkę, a dziecka nie obchodzi, czy mamę boli głowa i czy akurat jest skupiona nad rolą. Dziecko domaga się uwagi i miłości, więc trudno, aby się w takich chwilach obnosić ze swoją twórczością. Zresztą ja nie należę do osób, które mogłyby popaść w pracoholizm. Stawiam sobie granice. Wiem, jak ważny jest urlop, aby organizm mógł się zregenerować. Wyjazdy z rodziną, spokój i kontakt z przyrodą są najlepszym sposobem, aby zapobiec wypaleniu zawodowemu.


Mówi się, że dzieci, które wychowywały się w środowisku artystycznym, gdy już dorosną, nie mogą bez niego żyć. Myśli pani, że córka pójdzie w kierunku aktorstwa?


Bycie artystą to sposób na życie. Mama, która przychodzi codziennie o 17 z biura i zostawia swoją pracę poza domem, ma dość poukładany świat, mimo problemów, z którymi każdy z nas się boryka. U nas jest to niemożliwe. Raz jestem na planie, raz na próbie, raz w teatrze na spektaklu. Bywa, że tygodniami jestem w domu, a potem znowu pracuję intensywnie. W takim świecie dziecko uwrażliwia się bardziej na inne sfery życiowe, np. na kulturę. Dzieci artystów mają tę sferę tak rozwiniętą, że też wybierają dla siebie taką drogę. Ale są też takie osoby, które się całkowicie odcinają od tego, bo nie chcą tak żyć.


Pani zawsze wiedziała, że życie artystki to właściwa droga?


Zawsze wsłuchiwałam się w swoją intuicję, gdy miałam podjąć decyzję, musiałam być przekonana, że naprawdę tego chcę.

Autor: Alexandra Machera

Komentarze