Boginie ekranu. Gwiazdy kina, o których nie zapominamy

Od początku istnienia kina opromieniały je swoim blaskiem i urodą. Bez nich byłoby ono jak niebo bez gwiazd.

Gdyby dokładnie przeanalizować filmy, okazałoby się, że w zdecydowanej większości z nich kobieta jest tylko dodatkiem do mężczyzny, a obrazy typowo babskie, jak „Stalowe magnolie” czy „Thelma i Luiza”, należą do rzadkości. Jeśli jednak aktorka odznacza się nieziemską urodą i ma silną osobowość, to właśnie ona króluje na ekranie. Budzi zachwyt i pożądanie, fascynuje, uwodzi, wprawia w drżenie miliony męskich serc. Tak jak Ellis Boyd z filmu „Skazani na Shawshank”, który bez końca mógłby oglądać Ritę Hayworth, gdy pięknym gestem odrzuca w „Gildzie”włosy do tyłu. Scena ta jest więcej warta niż niejeden negliż współczesnej ślicznotki, która pewnie nigdy nie zrozumie fenomenu filmowej bogini. Współczesne królowe ekranu może i są gwiazdami, ale trudno nazwać je boginiami.


Fenomen bogini

Aby zawładnąć masową wyobraźnią, nie wystarczyło być piękną, trzeba było mieć jeszcze w sobie to „coś”, co wyróżniało z tłumu śmiertelniczek. Zmysłowy głos, seksapil, umiejętność kuszenia i uwodzenia, zagadkowość. A jeśli było się w typie bardziej ziemskiej kobiety, pomagała inteligencja i celne powiedzonka. Druga rzecz wiązała się z tym, że gdy w latach 30. po 60. obowiązywał w USA restrykcyjny Kodeks Haysa, zabraniający pokazywania w kinie niemoralnych scen, kobieta musiała w celach kusicielskich używać bardziej wyrafinowanych środków. Dość przytoczyć przykład zsuwania rękawiczek przez Hayworth, który to widok ówcześnie rozpalał męskie żądze do białości!

Kolejnym elementem był tzw. system gwiazd w Hollywood, który polegał na tworzeniu i lansowaniu aktorek przez wielkie wytwórnie. Obiecującym wymyślano nowe biografie, zmieniano nazwiska i wygląd, pilnowano ich moralności (skandale były wykluczone!) i dbano o promocję. Obowiązywała przy tym reguła, że kobieta nie mogła pokazywać się bez makijażu i musiała nosić wykwintne stroje. Czyż można się dziwić, że w niczym nie przypominała zwykłej śmiertelniczki?


W panteonie Hollywood

Galeria filmowych bogiń jest obszerna, a prawie każda, niezależnie od dorobku filmowego, urody i umiejętności aktorskich, wyróżniła się lub zasłużyła dla kina czymś specjalnym. Zapomniana już dziś Theda Bara, gwiazda filmu niemego, podkreślała na czarno oczy, stylizując się na egipską księżniczkę i tworząc tym legendę orientalnego pochodzenia – można ją uznać za prekursorkę autokreacji. Inna gwiazda kina niemego, złotowłosa Mary Pickford, stworzyła typ niewinnego aniołka, prywatnie okazując się niezłą bizneswoman (otrzymywała gaże wyższe od gaży gwiazd płci męskiej, współzałożyła wytwórnię United Artists). Jean Harlow wylansowała modę na platynowy blond.

Boska Greta Garbo przeszła do historii dzięki umiejętności rzucania ludzi do swych stóp samym tylko spojrzeniem, a jej charakterystyczny ruch odrzucania do tyłu głowy w czasie pocałunku naśladowały inne gwiazdy. Marlena Dietrich opracowała zniewalające spojrzenie spod wpółopuszczonych powiek i pokazała, jak prezentować nieskromnie odsłonięte nogi w pończochach. Rita Hayworth nauczyła kobiety zdejmować rękawiczki, Katherine Hepburn – zakładać spodnie, a Audrey Hepburn, niedościgniona pod względem stylu i elegancji – nosić kapelusze. A nasza rodaczka Pola Negri pokazała, jak podnosić woalkę.

Obdarzona bujnymi kształtami i ciętym dowcipem Mae West zasłynęła błyskotliwymi stwierdzeniami, np. że „najpiękniejszą linią łączącą dwa punkty jest linia falista”. O oczach Betty Davis śpiewa się piosenki, w Marilyn Monroe podziwia typowe dla niej kołysanie biodrami i ugruntowanie poglądu, że mężczyźni wolą blondynki. Elizabeth Taylor dzierży prym w dziedzinie zjawiskowego wkraczania na scenę – jej wjazdu do Rzymu na wielkim sfinksie nie przebiła żadna inna aktorka. A Grace Kelly małżeństwem z księciem Monako udowodniła, że książę i aktoreczka mogą być parą nie tylko w filmie.

System gwiazd załamał się w latach 60., co doprowadziło także do zaniku filmowych bogiń. (Te, które przetrwały, zachowały jednak atrybuty boskości, co doskonale pokazała Gloria Swanson w „Bulwarze Zachodzącego Słońca”.) Od tej pory królowe ekranu świeciły już bardziej ziemskim światłem.


Gwiazdy cokolwiek bardziej śmiertelne

Epokę klasyczną amerykańskiego kina z epoką, w której gwiazdy zstąpiły z boskiego panteonu, łączy Taylor, jedna z ostatnich wciąż żyjących legend Hollywood. Do roli Virginii Woolf przytyła i zbrzydła, gdyż kino przestawiło się na bardziej naturalne metody grania, takie, w których wiarygodność i realizm były ważniejsze od nieskazitelnego wyglądu. Na ekranie pojawiły się kobiety żądne przygód i aktywistki, ale wciąż niepozbawione seksapilu. Tym razem jednak – gdyż Kodeks Haysa przestał obowiązywać – demonstrowanego już bardziej bezpośrednio.

W latach 60. wyobraźnię mężczyzn rozpalały więc Ursula Andress, która w białym bikini wyłaniała się z morza niczym Venus, i Raquel Welch, która perfekcyjną figurę ozdobiła najbardziej seksownym i skąpym przyodziewkiem z epoki kamienia łupanego. Jane Fonda jako Barbarella po dziś dzień nie ma rywalek wśród filmowych kosmitek. Nosząca charakterystyczną fryzurę Farah Fawcett przysporzyła fryzjerom setek klientek pragnących wyglądać jak słynny Aniołek Charliego. Jej francuska koleżanka Brigitte Bardot spopularyzowała koński ogon i grzywkę oraz stanik zwany bardotką i nauczyła kokietki wydymać usta w kapryśny sposób. W tym samym czasie w przaśnym PRL-u namiętna Kalina Jędrusik odważnie ujawniła światu, że i w polskiej kobiecie kryje się seks.

Lata 80. i 90. także mają swoje wielkie heroiny. Należą do nich Sharon Stone, która zapoczątkowała modę na nienoszenie majtek, Kim Basinger, która połączyła seks ze spożywaniem oliwek, miodu i mleka, oraz Julia Roberts, która truskawki zapijała szampanem.


Bohaterki naszych czasów

Obecnie także nie brakuje pięknych i zmysłowych kobiet, jak Angelina Jolie, Penelope Cruz czy Scarlett Johansson, ale nie są to już gwiazdy tamtego formatu i niewiele z nich pozostawi po sobie taką pamięć jak ich poprzedniczki. Nie te czasy, nie te role. Zdaniem feministki Diane Purkiss z Uniwersytetu w Oksfordzie współczesne bohaterki filmowe są głupsze, mniej wielowymiarowe i interesuje je głównie wygląd, zakupy i polowanie na facetów. Dodać do tego można, że zanikła sztuka wyrafinowanego uwodzenia, bo zdobywanie mężczyzny odbywa się teraz w znacznie bardziej uproszczony sposób. Nastawione na mało wymagającego dwudziestoparoletniego widza płci męskiej kino daje zatem kobietom niewielkie pole do popisu.

Autor: Renata Głuszek

Komentarze