Bardzo łatwo mnie zranić - marieta żukowska

"Teatr zawsze będę kochać za widza, który żywo reaguje na to, co widzi. Za to, że każdy spektakl jest inny, niepowtarzalny. Jednak film bardzo mnie fascynuje". Rozmowa z aktorką Marietą Żukowską.

- Skończyła Pani liceum muzyczne w Bielsku-Białej w klasie skrzypiec. Dlaczego zrezygnowała Pani z kariery muzycznej?


Każdy ma swoją drogę w życiu. Za mnie wybrali rodzicie, kiedy miałam siedem lat. Oczywiście miałam słuch muzyczny i podobno również talent. Być może właśnie dlatego, że zbyt łatwo przychodziła mi nauka gry na skrzypcach, nie doceniałam tego. Podczas gdy inne dzieci musiały dużo ćwiczyć, żeby nauczyć się programu, ja robiłam to w przyspieszonym tempie, w ostatniej chwili, na wariata. Przyprawiało to mojego profesora o zawał serca, bo nigdy do końca nie wiedział, czy zdążę perfekcyjnie się przygotować do egzaminu lub koncertu. W muzyce liczy się systematyczność i praca, talent to tylko 5 proc. sukcesu. Systematyczność z moją naturą nie idzie w parze, więc musiałam wybrać coś innego.


- Bez żalu porzuciła Pani muzykę dla aktorstwa?


Był taki moment w moim życiu, gdy przez chwilę zawahałam się, czy dobrze robię. Po maturze podszedł do mnie dyrektor szkoły i powiedział” byłaś wielką nadzieją naszej szkoły” I to słowo „byłaś” bardzo mnie zabolało. Kocham muzykę, to ona mnie ukształtowała.


- Jak rodzice zareagowali na Pani decyzję?


Dla mojego taty to było duże rozczarowanie. Wciąż będę pamiętała chwilę, kiedy powiedział: ,,12 lat zmarnowane”. Wierzył, że zostanę wirtuozem. Zawsze myślał o tym zawodzie jako o idealnym pięknie, które jest najważniejsze. W muzyce, żeby czegoś dokonać, trzeba być najlepszym. Często ta ciągła rywalizacja zabija ideały. Dlatego cieszę się, że miałam odwagę się zbuntować. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. To było podświadome, intuicyjne. Tak jakby ktoś mnie odciągał w inną stronę. Mama zawsze popierała moje wybory i powtarzała mi: słuchaj siebie. Zabawne, ale teraz to właśnie tata analizuje każdą moją rolę i od razu dzwoni, gdy coś mu się podoba lub nie. Chyba w końcu się przekonał do mojej decyzji.


- Jak zrodził się pomysł na aktorstwo?


Od dziecka obcowałam ze sceną, to ona gdzieś mnie do siebie ciągnęła. Gdy ma się 18-19 lat, podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Jednak ja znalazłam w sobie taką siłę. Być może dlatego, że od 13. roku życia mieszkałam w internacie. Wszystkich ważnych wyborów musiałam zawsze dokonywać sama. Mama i tata byli często tylko przez telefon.

Do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi zdawałam absolutnie na czuja. Kiedy poszłam na egzamin, okazało się, że moi koledzy są znakomicie przygotowani. Kończyli specjalne kursy przygotowujące do egzaminów. A ja byłam zupełnie świeża. Pamiętam, że śpiewałam piosenkę "Tato, tato chcę być akrobatą” patrząc na Jana Machulskiego. Bardzo go to rozbawiło i w kolejnych etapach egzaminu mówił do mnie "córko”. W końcu przyjął mnie na swój rok. To był najszczęśliwszy dzień mojego życia.


- Szczęście i radość trwały długo? Czy nie miała Pani żadnych obaw?


Tego dnia, kiedy dostałam się do szkoły, czułam, że wygrałam z całym światem - bunt się opłacił. Potem było bardzo ciężko. W czasie pierwszego roku studiów pracuje się non stop. Nie ma wolnych dni ani świąt. Nigdy nie zapomnę zajęć z baletu o siódmej rano w sobotę. Zupełnie nie potrafiłam się odnaleźć. Chodziłam na zajęcia do różnych profesorów i u wszystkich chciałam mieć najlepsze oceny. Chciałam, żeby byli ze mnie zadowoleni. Wtedy myślałam, że jeżeli tak ma wyglądać aktorstwo, to ja tego nie chcę, bo to wszystko jest mi obce, nie współgra ze mną. Byłam przerażona i zniechęcona. Trwało to do momentu, gdy jeden z profesorów dał mi szansę zagrania roli, która zupełnie nie pasowała do mojego wyglądu. Powiedział mi: "znajdź to w sobie. Odrzuć wszystkie wcześniejsze rady i płyń razem z tą postacią”. To mnie porwało, odblokowało, zafascynowało. Wtedy nastąpił przełom.


- Czy uważa Pani, że zawód aktorki jest dla ludzi przebojowych, czy pokornych?


Zawód aktorki jest niejednorodny, nieokreślony i nieprzewidywalny. Każda rola wiąże się z inną sytuacją, nowymi okolicznościami i osobami, które spotykamy, poznajemy, zaczynamy lubić lub nienawidzić. Dlatego próbując szczerze odpowiedzieć na to pytanie, mówię - nie wiem. Ten zawód ciągle mnie zaskakuje. Ostatnio pracowałam z Janem Fryczem i pilnie go obserwowałam. Janek, mimo że na swoim koncie ma niezliczoną ilość wspaniałych kreacji, jak dziecko podchodził do każdego dnia zdjęciowego. Miałam wrażenie, że całe swoje doświadczenie zostawiał gdzieś poza planem, jakby o nim zapomniał. Sprawiał wrażenie, że każda nowa scena jest pierwszą, jaką ma do zagrania w życiu. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie, dające wiele do myślenia.


- Gra Pani w filmach, w serialach, w teatrze im. Jaracza w Łodzi. Woli Pani pracę na planie filmowym czy kontakt z publicznością podczas przedstawienia?


Teatr zawsze będę kochać za widza, który żywo reaguje na to, co widzi. Za to, że każdy spektakl jest inny, niepowtarzalny. Jednak film bardzo mnie fascynuje. Lubię tę adrenalinę i skupienie w danej sekundzie konkretnego ujęcia. W filmie zatrzymuje się bardzo ulotne chwile, montuje się je i powstaje zupełnie niezwykła jakość. Mimo, że aktor jest tylko częścią wielkiej układanki, to czasami nerwowy minimalny tik, grymas twarzy ma duże znaczenie.


- Jaką jest Pani osobą?


Trudne pytanie... Ciągle się zmieniam. Obecnie jestem na takim etapie, że potrafię się przyznać, że nie jestem taka "super'; jak mi się kiedyś wydawało. Nauczyłam się słuchać innych. Mam też odwagę przyznać się do swoich słabości. Powiedzieć stop, nie zrobię tego czy czegoś innego, bo nie mam siły. Jeszcze rok temu udawałam przed sobą, że dam radę. Nie potrafiłam odmawiać, nie byłam asertywna. Ponieważ jestem aktorką obsadzaną w trudnych rolach, byłam wyczerpana psychicznie i fizycznie. Teraz potrafię odmówić. Kiedyś ktoś powiedział mi, że żyję życiem innych ludzi. Wtedy pomyślałam, że jestem postacią tragiczną, bo fascynuje mnie drugi człowiek i szukam w nim doświadczeń, które byłyby przydatne w mojej pracy. Uciekam od samej siebie do moich postaci.


- Czy lubi i akceptuje Pani siebie?


Bardzo łatwo mnie zranić - wtedy pęka mi serce i płaczę. Jednak prawie natychmiast budzi się we mnie potrzeba walki - taki instynkt samozachowawczy, lubię go w sobie. Obojętnie co robię, to po skończeniu pracy mam poczucie, że mogłam to zrobić o wiele lepiej. Zresztą myślę, że jeżeli człowiek jest zadowolony w pełni z tego, co robi, to powinien zmienić zawód. Gdy się jest aktorką, trzeba polubić siebie ze wszystkimi wadami i niedociągnięciami, bo w przeciwnym razie nie stworzy się żadnej postaci. Jednocześnie warto mieć przy sobie najlepszego przyjaciela aktora - pokorę - ona nigdy nie pozwoli zejść na manowce.


- Jak radzi sobie Pani w trudnych okolicznościach życiowych, gdy boli postępowanie kogoś bliskiego?


Uwielbiam ludzi ze wszystkimi ich wadami, zaletami, przywarami. Z natury jestem bardzo ufna. Zapewne ta moja empatia wynika też z zawodu, który uprawiam. Jednak z biegiem czasu zmienia się moje nastawienie do ludzi, bo zbyt często za moją łatwowierność dostaję po głowie. Najbardziej boli, gdy zawodzi człowiek, na którym się polega. Miałam takie doświadczenie i wtedy wydawało mi się, że już nigdy nikomu w takim stopniu nie zaufam. Ale przeszłam przez to. Pomogli mi w tym najbliżsi. Nie byłam osamotniona, bo nie dopuściłam do tego. Wiedziałam, że gdy będę z tym bólem sama, to umrę. W sytuacjach trudnych muszę wypłakać się, wygadać, wykrzyczeć - to jest taki wentyl, przez który uciekają złe emocje i następuje oczyszczenie.


- Ma Pani jakiś niezawodny sposób na kłopoty emocjonalne, stres, ból?


Myślę, że świat wyprzedził naszą psychikę. Żyjemy za szybko, za intensywnie, w wielkim napięciu i to wszystko musi w jakimś stopniu wpływać na nasze zachowanie. Gdy wypadamy już z torów, powinniśmy zwrócić się do specjalistów. Dobrze, że obecnie mamy wielu lekarzy duszy, psychologów, terapeutów, fachowców, którzy potrafią pomóc nam zrozumieć, co się dzieje z naszą psychiką. Ucieczka w używki jest chyba najłatwiejszą drogą, ale prowadzi donikąd. Ja boję się tego i wolę sobie radzić innymi metodami. Gdy dopada mnie taki stan, z którym nie mogę sobie poradzić, korzystam z pomocy profesjonalistów. Mój zawód integralnie związany jest z moją psychiką. Czasami czuję się, jakby ktoś robił doświadczenia na moich emocjach. Niedawno znalazłam sposób na pozbycie się tego wrażenia. Zaczęłam biegać. Całkowicie mnie to uspokaja, wyrzucam z siebie wszystkie złe emocje.


- Urodziła się Pani w Żywcu, nie żałuje Pani przeprowadzki do Warszawy?


Gdzieś w głębi duszy urodziłam się w Warszawie. Bardzo lubię tutaj mieszkać i czuję, że to jest moje miejsce. Oczywiście, gdy jadę w góry, jestem bardzo szczęśliwa, ale z wielką radością wracam do Warszawy. Mam tu swoje ulubione miejsca, np. Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego. Często chodzę tam posiedzieć na trawie, gdzie ładuję pozytywną energię od studentów. Całą pracę magisterską napisałam właśnie tam. Bardzo lubię też Most Poniatowskiego. Jak stanę na jego środku, zawsze wieje silny wiatr i wtedy, czuję się naprawdę wolna. W ciągu tygodnia lubię wypić kawę na Rynku Nowego Miasta, obejrzeć film w ukochanej "Kinotece”.


- Jakie są Pani marzenia?


Chciałabym mieć kiedyś dom i gromadkę dzieci, żeby było tam dużo śmiechu, radości i miłości. Umieć cieszyć się chwilą, każdym dobrze przeżytym dniem. Widzieć w innych ludziach tę najmniejszą iskrę dobra. Postarać się też mieć w sobie coraz mniej strachu, który tak często mnie ogranicza. Staram się iść do przodu, a złe rzeczy szybko zostawiać za sobą i szaleć, jak tylko się da.

Autor: Małgorzata Jaworska

Komentarze