Apteki w dawnej polsce

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości okazało się, że nie tylko granice naszego państwa wymagają scalenia. Integracji domagało się również polskie aptekarstwo, które przez ponad 100 lat musiało podlegać przepisom prawnym zaborców. Od tego momentu rozpoczął się długi i żmudny proces unifikacji ustawodawstwa farmaceutycznego.

Dnia 11 listopada 1918 r. – po 123 latach niewoli i „politycznego niebytu” na mapie Europy – „wybuchła” Polska. Jednak od tego szczęśliwego dnia musiało upłynąć jeszcze parę następnych lat, aby ukształtował się zarys granic państwowych niepodległej Polski (a wymienić tu trzeba konferencję pokojową w Paryżu, następnie zbrojne zmagania Polski o kształt granic na wschodzie, wreszcie częściowo wygrane – na Śląsku, ale i przegrane – na Warmii i Mazurach – plebiscyty). Przed polską administracją stanęło trudne zadanie zintegrowania polskich ziem, rozdrapanych w drugiej połowie XVIII w. przez ościenne mocarstwa – Prusy, Rosję i Austrię.

Integracji wymagało też polskie aptekarstwo, które przez ponad wiek podlegało przepisom prawnym państw zaborczych. Co ciekawe, przez szereg lat, w wolnej już Polsce, przepisy te nadal były przestrzegane i realizowane, gdyż własnych, polskich brakowało.

Dla pełni obrazu należy przypomnieć specyficzną sytuację w byłym zaborze pruskim: dopiero z dniem 1 lipca 1919 r. zniesiono granicę celną pomiędzy Wielkopolską i Kongresówką (tzw. Królestwem Polskim), a z dniem 1 sierpnia 1919 r. powołano do życia specjalne Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej, które do 1922 r. samodzielnie koordynowało działalność województwa poznańskiego i pomorskiego.

A problemów niełatwych do rozwiązania było bez liku. Trudno w krótkim tekście wyliczyć wszystkie. Na niektóre warto jednak zwrócić uwagę.


Przeciw dowolności cenowej

Zabrzmi to może jak truizm, ale po każdej wojnie ludziom trudno wrócić do rzeczywistości, także tej ekonomicznej. Polacy nie stanowili tu wyjątku. Trudno się żyło także tym, którzy podjęli (bądź dalej próbowali kontynuować w nowej rzeczywistości) samodzielną działalność gospodarczą. A do takiej grupy zaliczali się aptekarze, właściciele aptek. Jedną z największych trudności były problemy natury finansowej. Dla nikogo przecież nie było (i nie jest) tajemnicą, że o powodzeniu gospodarczym jakiejkolwiek firmy w jakimkolwiek kraju decyduje stabilność jego waluty. W Polsce po pierwszej wojnie światowej ustanowiono tzw. „markę polską”, która szybko zaczęła tracić swą wartość, powodując „galopującą inflację”. Ceny na wszelkie produkty rosły już nie z miesiąca na miesiąc czy z tygodnia na tydzień, ale nawet z dnia na dzień (niemal nie nadążano z przedrukowywaniem nominałów na polskich banknotach, które miały już milionowe wartości). Tymczasem aptekarzy obowiązywała stała „taksa aptekarska”. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko wyłonił się problem opłat za leki i to już w styczniu 1920 r., także w aptekach województwa b. Dzielnicy Pruskiej.

Aby zapobiec jakiejkolwiek dowolności cenowej przy sprzedaży leków, Ministerstwo b. Dzielnicy Pruskiej w dniu 21 stycznia 1920 r. wystosowało specjalne pismo skierowane „do wszystkich właścicieli aptek przypadających obecnie Polsce na mocy traktatu pokojowego, (że) mają tak długo posługiwać się dotychczasową taksą lekarstw, aż nie będzie ogłoszoną taksa lekarstw Rzeczypospolitej Polskiej obowiązująca w b. Dzielnicy Pruskiej”.

Prędko okazało się, że zarządzenia administracyjne sobie, a życie sobie! Inflacja dalej „galopowała”. W związku z czym już 24 kwietnia 1920 r. Ministerstwo b. Dzielnicy Pruskiej, Departament 16. Zdrowia Publicznego wystosował kolejne pismo do wszystkich właścicieli i administratorów aptek oraz aptek domowych województwa, w którym czytamy:

„Skutkiem uchwały tymczasowej Rady Aptekarskiej przy Departamencie Zdrowia Publicznego b. Dzielnicy Pruskiej, ustanawia się od 1-go maja b.r. [czyli 1920 r. – A.D.] podwyższenie polskiej taksy aptekarskiej i dodatku jej obowiązującej na obszarach b. Dzielnicy Pruskiej o 50 proc. bez naczyń [podkreślenie urzędu – A.D.]; rozporządzenie to obowiązywać będzie odwołalnie aż do ogłoszenia nowych postanowień”.

Takie pisma korygujące ceny za leki na skutek dalej postępującej inflacji Ministerstwo b. Dzielnicy Pruskiej do aptekarzy wysyłało jeszcze kilkakrotnie, dopóki nie nastąpiła reforma waluty polskiej za sprawą ówczesnego premiera rządu polskiego Władysława Grabskiego w latach 1923-1925. Powołany został wówczas do życia Bank Polski oraz dokonano wymiany znajdującej się w obiegu marki polskiej na posiadającą pokrycie w złocie nową walutę – złoty polski (dokładnie – z dniem 1 lipca 1924 r. marka polska przestała być prawnym środkiem płatniczym na terenie państwa polskiego).

Zanim to jednak nastąpiło, aptekarze borykali się z trudnościami w zaopatrzenie aptek w leki. W efekcie prokurowało to sytuację... paskarską. Przekonuje o tym pismo (bez daty) Ministerstwa b. Dzielnicy Pruskiej, Departament Zdrowia Publicznego, w którym czytamy:

„Panom właścicielom aptek zabrania się niniejszem hurtowej sprzedaży [ostatnie dwa wyrazy urzędowo podkreślone – A.D.] wszelkich zapasów lekarstw, by przeciwdziałać pośredniemu handlowi przetworami chemicznymi, prowadzącemu do paskarstwa na szkodę chorych. O ileby Pan Doktor stwierdził w swym powiecie tego rodzaju handel, należy natychmiast fakt stwierdzony przekazać Urzędowi walki z lichwą do dalszego śledztwa. Pismo podpisał Szef Departamentu Zdrowia Publicznego dr Gantkowski”.


Dylematy polskich i niemieckich aptekarzy

Warto w tym miejscu przypomnieć jeszcze jedno pociągnięcie władz administracji publicznej, pamiętając, że był to jeszcze rok 1920 i wielu niemieckich aptekarzy nadal funkcjonowało w Wielkopolsce i na Pomorzu, gdzie wszelkie tego typu zarządzenia redagowano w dwóch wersjach językowych: po polsku i po niemiecku (język niemiecki na drugim miejscu).

Pośród wielu problemów dużych nie brakowało też pomniejszych, choć też ważnych. A niewątpliwie do tych ważniejszych należało „odgermanizowanie” wyglądu ulic, szyldów sklepów itp. W związku z powyższym Wojewódzki Urząd Zdrowia w Poznaniu, pismem z dnia 20 kwietnia 1920 r., zalecił wszystkim aptekarzom województwa, „iż nad apteką na głównem [słowo to w piśmie było podkreślone – A.D.] godle widnieć winien napis polski, ponadto wewnątrz apteki mogą widnieć na naczyniach oficjalnych tylko napisy w języku łacińskim i polskim”.

A skoro wspomniano tu o istnieniu (jeszcze) w b. Dzielnicy Pruskiej aptekarzy niemieckich, to należy dodać, że nie wszyscy pogodzili się ze zmianami politycznymi, jakie przyniosło zakończenie pierwszej wojny światowej, a zwłaszcza decyzje zawarte w traktacie pokojowym podpisanym w Wersalu 28 czerwca 1919 r., na mocy którego Wielkopolska i Pomorze Gdańskie (choć bez samego Gdańska, które ustanowiono „Wolnym Miastem”) powróciły do Polski. Wielu aptekarzy niemieckich podjęło wówczas decyzję wyemigrowania do Niemiec, uprzednio sprzedając swoje apteki polskim aptekarzom. W kwestii tej muszę z mocą podkreślić, że polskie władze administracji publicznej nie wywierały żadnego nacisku na aptekarzy niemieckich, by ci opuścili Polskę, oczywiście pod warunkiem, że lojalnie uznają nową rzeczywistość polityczną i... polską władzę. No cóż... niektórzy wyemigrowali, niektórzy zostali, akceptując lojalnie nowe warunki.

Niemniej w tym miejscu należy przypomnieć, że ci aptekarze polscy, którzy odkupili od Niemców apteki, zapewne nie przypuszczali, jaki sobie los zgotują za niespełna 20 lat. Po wybuchu drugiej wojny światowej (1 września 1939 r.) i wkroczeniu armii niemieckiej na tereny Pomorza i Wielkopolski (a za nią niemieckiej administracji i tajnej policji politycznej III Rzeszy – gestapo), wielu aptekarzy polskich, którzy ośmielili się na początku lat 20. XX w. odkupić od niemieckich aptekarzy aptekę, zostało natychmiast rozstrzelanych (nie dlatego, że Niemiec ją sprzedał, ale za to, że Polak ją kupił). Tak w Piaśnickim Lesie na Kaszubach został rozstrzelany mgr Edmund Mazurkiewicz (wraz z rodziną) z Pucka. Z kolei w Szpęgawskim Lesie (k. Starogardu Gdańskiego) rozstrzelani zostali: aptekarz Emil Ponczek z Gniewu i aptekarz Józef Przygodziński z Pelplina. Rozstrzelany też został aptekarz aprobowany Wacław Jarzemski, właściciel apteki w Skarszewach.

O pewnym „szczęściu” mogli mówić ci polscy aptekarze, właściciele aptek, którzy w „gorącym” – dosłownie i w przenośni – miesiącu sierpniu 1939 r., zostali zmobilizowani do czynnej służby w armii polskiej. Jeśli dane im było przeżyć kampanię wrześniową i dostać się do niewoli niemieckiej – mieli szansę doczekania się końca wojny. Ci zaś, którzy dostali się do niewoli sowieckiej na wschodnich terenach Polski (jak np. właściciel „Apteki Zielonej” w Wejherowie – mgr farm. Maksymilian Elke, absolwent poznańskiej farmacji z 1927 r.) , zginęli śmiercią tragiczną w Katyniu.

Tak zakończyły się międzywojenne dzieje polskiego aptekarstwa w II Rzeczypospolitej Polskiej (szczególnie tragiczne na terenie Wielkopolski i Pomorza Gdańskiego oraz na terenach wschodnich Polski włączonych na mocy tajnego traktatu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. do Związku Sowieckiego).

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    na szczęście juz niedługo we wszystkich aptekach ceny [bardzo słusznie będą takie same] i nareszcie nie będziemy musieli szukać tańszej apteki.