Amant w wersji ligh - filip bobek

Jeśli ktoś spodziewał się, że Filip Bobek przyjdzie na spotkanie w garniturze, do którego przyzwyczaił nas Marek z „BrzydUli” i zamówi szampana z ostrygami, to się pomylił. Oto siedzi przede mną wielbiciel soczewicy i potraw z tagine. Na powitanie wręczam mu wafelek w czekoladzie – Domyślasz się, o co chcę spytać? – pytam. – Chyba tak… – uśmiecha się.

Czy Filip Bobek jest łasuchem?


I to jakim! Uwielbiam słodycze, tylko z nimi, niestety, trzeba bardzo ostrożnie. To zgubny nałóg. Kiedy byłem młodszy, miałem taką fazę, że nie widziałem nic poza słodyczami.


Trudno mi w to uwierzyć…


Mnie też (śmiech). Niestety, wiem, jaka to pokusa, dlatego nawet nie próbuję. Ze mną i słodyczami jest tak, że jak już zacznę, to nie skończy się to na kawałku czekolady, tylko na 3 batonikach w czekoladzie i.... mógłbym tak wymieniać przez pięć minut. Znam chyba wszystkie słodycze, jakie istnieją na naszym rynku (śmiech). Każdy chyba wie, że w tym przypadku, jak również w wielu innych, trzeba zachować umiar.


Wystąpiłeś w reklamie z łakomstwa?


Nie, z braku pieniędzy. Na pierwszym czy drugim roku powiedziałem sobie, że reklama czy serial odpada. Niestety, było zupełnie inaczej, niż mi się wydawało, że będzie. Kiedy się kończy szkołę, ma się takie oczekiwania, że dostanie się pracę i całą masę fajnych ról. I nagle się okazuje, że nie ma pracy, nie ma pieniędzy, a jest kredyt studencki. Trzeba wtedy kombinować. Wyznaczałem sobie cele, które mobilizowały mnie do dalszych działań. Wiedziałem, że na pewno chcę pracować w swoim zawodzie. Te cele to dobra rzecz, szczególnie przy rzucaniu palenia...


Rzucałeś?


Tak, dlatego wiem, jakie to trudne, kiedy człowiek rezygnuje z postawionego celu i wraca do starych przyzwyczajeń. Jest – oczywiście – coś takiego jak silna wola, są gumy czy plastry, ale kiedyś trzeba odlepić ten plaster albo przestać żuć gumę. Zdarzyło mi się rzucić palenie na dwa lata. I niestety… Pamiętam, poprosiłem znajomą, żeby dała mi spróbować i… już jej nie oddałem. „Kac” był niesamowity następnego dnia. Powiedziałem, że absolutnie nie, ale wróciłem z wielką chęcią, tyle tylko, że paliłem już dwa razy więcej. Prawda jest jednak taka, że jak chce się rzucić – a tak jest, myślę, z wieloma uzależnieniami – to trzeba trochę zmieniać nawyki żywieniowe. I dużo rzeczy „wokół siebie”. Dlatego na trzy miesiące przestałem pić kawę, bo jak się pije kawę, to – wiadomo – bardzo chce się palić. Niesamowite jest to, jak ciało pamięta. Miałem taki czas, kiedy przyjeżdżałem do rodziców i relaksowałem się: telewizor, kawa, papieros. Teraz – kiedy nie palę już rok – przyjeżdżam, siadam w tym samym fotelu co zawsze i … zaczynam się wiercić. Czegoś mi brakuje… I co wtedy? Przesiadam się na inny fotel i jest spokój (śmiech).


Skoro mowa o nawykach żywieniowych… Skąd pomysł na zdrowy tryb życia?


Jakiś porządek w życiu musi być (śmiech). Teraz pracuję na tym, żeby przytyć (śmiech) i okazuje się, że to wcale nie jest łatwe. Miałem taki okres w życiu, kiedy byłem pulchną kulką. Ale wyrosłem. Od tego czasu mam bardzo szybką przemianę materii, dlatego co drugi dzień chodzę na siłownię i pracuję nad masą, bo wiem, że jestem za chudy. Staram się również jeść regularne posiłki co dwie, trzy godziny.


Jak można mówić o zdrowym trybie życia, kiedy się pracuje 12 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu?


Teraz rzeczywiście mogę sobie na to pozwolić, ale podczas kręcenia „BrzydUli” jadłem to wszystko, co mi serwował catering, a więc to, co można było przygotować szybko i w większości przypadków na sodzie. Tak naprawdę zacząłem się „zdrowo” albo w miarę zdrowo odżywiać, kiedy stwierdziłem, że mam dość planowego jedzenia i chcę pójść w drugą stronę. Pod koniec „BrzydUli” rzuciłem palenie, ale żeby było mi łatwiej, to, jak już wcześniej wspomniałem, trzeba było również inaczej podejść do zmiany żywienia. Zacząłem więc wprowadzać drobne zmiany w kuchni.


Czyli żywność ekologiczna?


Kiedy patrzę na to, co oferują sklepy z ekologiczną żywnością, to wolę zrobić sobie soję albo soczewicę z pomidorami. Do tego kromka ciemnego pieczywa i gotowe. Albo kurczak, najlepiej w sosie, ale nie z torebki, oliwa, wyciśnięty czosnek, zioła naturalne, sól, pieprz i już. Kurczak najlepiej z patelni grillowej. Sałata czy przecier pomidorowy i zawijamy chociażby w gotową tortillę. I mamy szybkie danie. Albo pasta z soczewicy. Soczewicę gotuje się szybko, kilka minut. W tym czasie podsmażamy czosnek, dodajemy pomidory i rozgotowujemy na papkę. Ugotowaną soczewicę dodajemy do pomidorów, doprawiamy i gotowe. Taka pasta może zastąpić ryż, kaszę czy ziemniaki. Albo można nią posmarować chleb. Polecam!


A do tego kieliszek wina…


Jak najbardziej! Jestem amatorem czerwonego wina, chociaż raczej po zachodzie słońca. No, chyba że bylibyśmy w Toskanii… Ale wiadomo, na wakacjach można sobie pozwolić na więcej. Bo czasem trzeba sobie – oprócz kija – pokazać także marchewkę.


Rozumiem, że w kuchni czujesz się jak ryba w wodzie?


Lubię gotować. Sprawia mi to ogromną frajdę, tym bardziej że umiem gotować nie tylko z torebki czy puszki. Ostatnio poznałem tagine – marokański garnek z gliny. A wszystko dlatego, że moja znajoma wróciła z Londynu i przywiozła ten dziwny garnek. Kiedy go zobaczyłem, stwierdziłem, że będzie to mój obiekt drwin na najbliższe kilka dni. I tak było, dopóki go nie użyła. A że jest wegetarianką, zrobiła najprostszą rzecz, czyli marchewkę, ziemniaki i kilka innych warzyw. Jak smakuje gotowana marchewka, każdy wie. Nigdy jednak nie podejrzewałem, jak może smakować marchewka z tagine! Kiedy spróbowałem, zmieniłem zdanie i natychmiast kupiłem kilka takich naczyń przez internet. Tagine sprezentowałem moim rodzicom, żeby – kiedy przyjeżdżam – garnek ten zawsze był w domu.


Chyba ciężko wytrzymać z takim wybrednym synem?


Pamiętam, kiedy przyjechałem do domu i powiedziałem, że trochę zmieniłem podejście do odżywiania, że jem to, to i to, to moja mama na to: „Chyba zwariowałeś! To co ja ci mam teraz gotować?” (śmiech). I dodała: „Pamiętaj o jednej rzeczy: bez przesady i wszystko z umiarem”. Bo to nie jest tak, że jak nie jesz słodyczy, to nie jesz ich w ogóle. Raz na trzy dni nie zaszkodzi. Ktoś, kto ma wielką ochotę na słodycze, nie zastąpi jej 10 tabletkami magnezu. Jak już wcześniej wspomniałem, systematyczne chodzenie na siłownię czy basen też dużo daje. I uważam, że jest najlepszym konkurentem każdej diety. :) Zdrowa kuchnia, siłownia, bieganie. Jeszcze jak usłyszę, że chodzisz na jogę… Kiedy czas mi pozwalał, ćwiczyłem. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że z pozoru po prostych ćwiczeniach bolą mięśnie, o których istnieniu nie masz pojęcia, a ciało nie jest jednak tak elastyczne, jak się wydawało. Ale jeśli komuś sprawia to przyjemność, to dlaczego nie? Po jodze mam ogromnie dużo energii jeszcze przez trzy dni.


Co prawda całe ciało jest narzędziem pracy aktora, ale chyba najważniejszy jest głos…


Głos jest szalenie ważny. Dlatego co dwa, trzy dni nad nim pracuję. Praca na planie „BrzydUli” była świetna, ale codzienna. Wracało się o 21.00 i zaczynało o 7.00. Zdarzało się, że głos „siadał” ze zmęczenia.


Jak dbać wtedy o głos?


Sen jest lekiem na wiele chorób, więc warto się wysypiać. Chyba że głos już „siadł”…


A zanim „siądzie”, sięgamy po…


… gotowany imbir z cytryną. Kiedy łapie nas przeziębienie i chcemy sięgać po naturalne środki, to dolewamy do tego wywaru amol. Smakuje bardzo „oryginalnie”, ale doskonale rozgrzewa, oczyszcza i rozluźnia.


Ale aktor to nie tylko głos, to także wygląd. Ważny? Nieważny?


Wszystko zależy od podejścia, dnia, humoru, ale... ważny. Kiedyś nie zwracałem na to takiej uwagi, teraz, owszem, patrzę na to inaczej. Często bywa tak, że liczy się pierwsze wrażenie. Warto wiedzieć, w co wypada się ubrać. Mam jednak jedną podstawową zasadę: muszę czuć się dobrze i swobodnie. A jak było wcześniej? Różnie bywało (śmiech). Wcześniej nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia, czy założę np. koszulkę, koszulę czy sweter. Uważam, że nie zawsze trzeba być przystojniakiem w garniturze. Zawsze można znaleźć alternatywę.


Alternatywę? Dla przystojniaka z „BrzydUli”?


Kiedy trafiłem do teatru, ani razu nie zagrałem nikogo przystojnego, żadnego amanta. Nie będę nagle udawał, że wyglądam inaczej, niż wyglądam. Może być 50 amantów do zagrania przez tego samego aktora i każdy może być inny. Na przykład przystojniak, którego fetyszem jest zdobywanie kobiet, a potem podcinanie im gardeł.


Chciałbyś?


Bardzo! Albo gdybym dostał propozycję zagrania w Bollywoodzie… A propos, całkiem niedawno jechałem pociągiem i siedziałem w przedziale z pewną parą. Chłopak, który był z Indii, spytał mnie, czym się zajmuję. Kiedy usłyszał, że jestem aktorem, zaczął się śmiać: „To niemożliwe, przecież ty chudy jesteś!” (śmiech).

Autor: Karina Bonowicz

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    bardzo fajny człowiek, fajne szczere i otwarte podejście do życia.Pozdrawiam i życzę powodzenia w życiu osobistym i zawodowym**))

  • 2016-03-31 gość

    Jakbym moją mamę słyszała :P

  • 2016-03-31 gość

    'jadłem to wszystko, co mi serwował catering, a więc to, co można było przygotować szybko i w większości przypadków na sodzie' - e? ketchupy (benzoesan sodu), wędliny (azotan III sodu), czy może jedno z drugim? mógłby być bardziej precyzyjny :P

  • 2016-03-31 gość

    Fajny facet, fajny artykuł, fajne podejście do życia

  • 2016-03-31 gość

    Och Filip :)