Aktorstwo to recepta na życie

Rozmowa z aktorką Ewą Gawryluk.

- Jakie miejsca z dotychczasowych podróży wspomina Pani najmilej?


Cały czas myślę, że jeszcze wszystko przede mną. Jest tyle pięknych miejsc do zwiedzenia. Czasem z nutką zazdrości oglądam zdjęcia z czyichś wojaży lub czyjegoś domu. To, w jakich miejscach świata ludzie mieszkają, jest naprawdę godne podziwu i zazdrości. Udany wypoczynek zależy od tego, w jakim towarzystwie się go spędza. Wyjazd z rodziną lub z przyjaciółmi jest najlepszym sposobem na zrelaksowanie się.


- Czy jest jakieś szczególne miejsce, które chciałaby Pani odwiedzić?


Tak, chciałabym poznać Islandię. Jej krajobrazy, które zobaczyłam w albumie u znajomych, zaczarowały mnie. Ciekawią mnie też Hawaje. Jestem ciepłolubna i generalnie lubię ciepłe kraje, ciepłe oceany i morza - tak samo jak moja córka Marysia, a to ważne, bo za granicę jeździmy razem.


- Jak Pani odpoczywa?


Odpoczynek to czas, kiedy można oderwać się od codzienności i pozwolić sobie na leniuchowanie i wyciszenie umysłu. Relaksuję się, kiedy jestem wolna od typowych obowiązków, takich jak zarabianie pieniędzy, sprawy związane ze szkołą Marysi, sprzątanie czy robienie zakupów... Gdy odpoczywam, oczekuję, że bieżące obowiązki ktoś wypełni za mnie, a ja mogę na chwilę zapomnieć o odbieraniu telefonu komórkowego i załatwianiu wielu spraw naraz. Jeżeli jeszcze przy okazji mogę robić coś, co lubię, czyli na przykład jeździć na nartach czy popływać, to wtedy mogę to nazwać relaksem. Kiedy w tym czasie mam szansę jeszcze spotykać się i rozmawiać z przyjaciółmi, to już jest pełnia szczęścia.


- Lubi Pani jeździć na nartach?


To moja pasja. Jeszcze bardziej lubię uprawiać ten sport, kiedy jest ciepło. Wtedy jest to szczególnie atrakcyjne. Na wysokości trzech tysięcy metrów można liczyć na bliskie spotkanie ze słońcem, wówczas jazda na nartach ma inny charakter i sprawia mi większą przyjemność niż zimą.


- Jak to się stało, że została Pani aktorką?


W Miastku, z którego pochodzę, nie było żadnego teatru. Dlatego rzadko zdarzało mi się w nim bywać i miałam o nim niewielkie wyobrażenie. Mój kontakt z teatrem to był przede wszystkim Teatr Telewizji, który bardzo lubiłam. Aktorstwem interesowałam się od zawsze. Już jako dziecko występowałam na różnych akademiach czy apelach szkolnych. Nigdy nie miałam problemu z nauczeniem się tekstu na pamięć. Wtedy nie traktowałam tych moich występów jako trampoliny do ewentualnego przyszłego zawodu aktora. Decyzja o zdawaniu egzaminów w szkole teatralnej zapadła bardzo późno, w ostatniej klasie liceum. Wtedy wybrałam się na dni otwarte Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Jednak w czasie tych odwiedzin nie dowiedziałam się za wiele o czekających mnie egzaminach. Na studia w PWST nie dostałam się i nawet się tym nie zdziwiłam, bo przecież trudno się tam dostać osobie, która nie wiedziała, jak się trzeba przygotować do egzaminów, co trzeba umieć, jak się zachować, żeby się sprzedać przed szanowną komisją. Aby nie tracić czasu, rozpoczęłam studiowanie pedagogiki na uczelni w Słupsku. Rok później próbowałam się dostać do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi i udało się.


- Czyli pierwsze niepowodzenie nie zniechęciło Pani?


Nie, bo decyzja o wyborze drogi życiowej już zapadła. Liczyłam się z możliwością porażki na egzaminach na PWST, gdyż zdawałam sobie sprawę, że byłam za słabo przygotowana.


- Co było alternatywą dla aktorstwa?


Miałam szerokie zainteresowania: medycyna, psychologia, archeologia, biochemia - więc pomysłów na życie mi nie brakowało. Tyle rzeczy mnie pociągało, że chciałam to jakoś ze sobą połączyć, dlatego wybrałam aktorstwo. Ta praca to nie tylko to nauka tekstu i kreacja, ale też okazja do spotkania wielu ciekawych ludzi. Można się od nich nauczyć różnych rzeczy. Na planie filmowym współpracuje się z lekarzami, psychologami czy prawnikami. Aktorstwo to bardzo rozwijający zawód.


- Czy aktorstwo jest dla Pani zawodem czy pasją?


Łączę jedno z drugim. Aktorstwo było dla mnie czymś nieznanym i dlatego mnie pociągało. Chciałam spróbować różnych form - i teatru, i radia. Pragnęłam pracować z różnymi reżyserami. Z upływem czasu aktorstwo stało się moim zawodem. Jednak nie przestałam być pasjonatką, bo bez pasji nie mogłabym wykonywać tej pracy. Wciąż ją lubię, jeszcze się do niej nie zniechęciłam, ciągle odnajduję w niej coś nowego.


- Czy aktorstwo może być receptą na życie?


W moim przypadku rzeczywiście nią jest. Cieszę się, że moja praca nie zamyka się w ściśle określonych ramach, na przykład w godzinach od 7 do 15. W tym zawodzie trzeba wszystko podporządkować temu, co akurat ma się zdarzyć danego dnia. Czasem bardzo trudno to pogodzić z innymi sprawami, takimi jak obowiązki domowe, opieka nad dziećmi. Chyba nie da się idealnie połączyć aktorstwa z wychowywaniem dzieci. Do zawodu aktora trzeba się dostosować.


- Jak walczy się o rolę?


Aktorzy są ludźmi do wynajęcia. Muszę się starać - chodzić na castingi, mieć znajomości... To jest też kwestia dobrego agenta, o którego trudno. W Polsce jest ich garstka i przeważnie zajmują się bardzo wieloma osobami. Dlatego trudno od nich oczekiwać, aby mogli poświęcać dużo czasu na szukanie ciekawych i wartościowych scenariuszy dla każdego aktora, z którym współpracują. Sama nie walczę o rolę za wszelką cenę. Cieszę się, kiedy ktoś mnie zaprosi na casting. Raz mi się tylko zdarzyło osobiście zadzwonić do Jana Łomnickiego, kiedy szukał obsady do serialu „Dom" i zapytać, czy mogłabym przyjść na casting. Zgodził się i w dodatku dostałam tę rolę.


- Jak się skończyła Pani przygoda z Teatrem Współczesnym?


Zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko. Był to czas, kiedy nie mogłam występować. Musiałam zająć się córką. Zrezygnowałam więc z pracy we Współczesnym. W teatrze mogłam grać wtedy, kiedy nie miałam rodziny. Teraz byłoby mi chyba bardzo trudno pogodzić codzienne granie w serialu telewizyjnym, opiekę nad córką i do tego jeszcze występy na scenie. Proszę pamiętać, że praca w teatrze wymaga bycia tam dwa razy dziennie. Rano idzie się na próbę, wieczorem -na spektakl. Może jak córka będzie starsza, będzie mi łatwiej.


- Woli Pani role komediowe czy dramatyczne?


W filmie dramatycznym czasem wystarczy kogoś ładnie oświetlić, dodać muzykę, kilka łez, i już widownia jest wzruszona. Zdecydowanie bardziej wolę role komediowe, stanowią większe wyzwanie dla aktora. W Polsce, niestety, stosunek do nich jest gorszy, a przecież, więcej pracy i wysiłku należy włożyć w stworzenie postaci komediowej niż dramatycznej. To często wymaga nabrania dystansu do siebie i odwagi.


- Która rola była dla Pani największym wyzwaniem?


Może taka rola jest jeszcze przede mną? Z dotychczasowych ról największe wyzwanie stanowiły te z Teatru Telewizji. Zapamiętałam wiele mocnych przeżyć i skomplikowane sytuacje, jakie pojawiły się na planie filmowym, związane z udziałem w niemieckim obrazie „W stronę raju" Grałam tam matkę dwójki dzieci, która ucieka z Czechosłowacji do Niemiec w 1968 roku. W czasie zdjęć musiałam ściąć na krótko swoje długie blond włosy, co było dla mnie wówczas nowością, bo przeważnie rozwiązuje się to perukami. W tym filmie obcinałam też włosy mojej filmowej córce i dziecko płakało jak bóbr. To było dla tej dziesięcioletniej dziewczynki ogromne przeżycie. W jednej ze scen musiałam też uderzyć ją w twarz, bo tego wymagał scenariusz. Nie wiedziałam, jak mam to zrobić. Wiadomo, że teatr i film to udawanie. Widz musi uwierzyć w coś, co jest wymyślone. Ale w przypadku uderzenia nie da się już tego zamarkować. Trudno powtórzyć scenę z małym dzieckiem, kiedy ono nie umie zagrać takich emocji, pierwsza reakcja jest najważniejsza. Popłakałyśmy się wtedy obie.


- Co uważa Pani w swojej pracy za największy sukces?


To, że cały czas funkcjonuję w tym zawodzie, bo to przecież mogło się nie udać. Cieszę się, że mogę robić, co chciałam. Osiągnięciem było też granie przez wiele lat w warszawskim Teatrze Współczesnym. Kiedy kończyłam łódzką szkołę, nie było oczywiste, czy uda mi się znaleźć dla siebie miejsce na stołecznej scenie.


- Których reżyserów ceni sobie Pani najbardziej?


Aktorstwo do okazja do poznania wspaniałych ludzi. Wielu z nich było wyśmienitymi reżyserami, z którymi miałam zaszczyt i szczęście pracować. Byli wśród nich Erwin Axer, Edward Dziewoński, Jan Łomnicki, Kazimierz Kutz, Maciej Englert. Występowałam w bardzo wielu filmach i przedstawieniach teatralnych, więc miałam możliwość pracy ze stosunkowo dużą liczbą reżyserów. Trudno byłoby ich wszystkich wymienić, a przecież kontakt z każdym z nich wzbogacał mnie jako aktorkę.


- Czy to dobrze, kiedy małżonkowie wykonują ten sam zawód?


Nie mam innego doświadczenia, dlatego trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.


- Jak córka reaguje na to, że jej rodzice są znanymi aktorami?


Dla mojej córki od początku była to naturalna sytuacja. Uważa za oczywiste, że „wujkowie" i „ciocie" są znani, występują w telewizji i filmie. Już przestało to być dla niej dziwne, że gdy jesteśmy na ulicy, ktoś prosi mnie o autograf, ona wtedy też się podpisuje.



- Podobno ma Pani kosmiczną więź z siostrą?


Tak, urodziłyśmy się praktycznie tego samego dnia, choć między nami są cztery lata różnicy. Miewamy dziwne sny. Na przykład ona miała taki sen, że wchodzi na scenę i nie umie tekstu! A przecież nigdy nie pracowała jako aktorka, mieszka 500 kilometrów ode mnie...


- Czy zdarzyła się Pani taka sytuacja, że wchodzi Pani na scenę i nie pamięta tekstu?


Nie, na szczęście nigdy nie zapomniałam roli, choć zawsze się tego bałam. Moja siostra przejęła moje lęki. Zawsze kiedy się źle czułam albo coś mi się stało, to siostra do mnie dzwoniła i pytała, czy wszystko w porządku. Nawet gotujemy zawsze to samo. Dzwonimy do siebie i okazuje się, że przygotowujemy ten sam obiad, choć wcześniej na ten temat nie rozmawiałyśmy.


- Jak się Pani regeneruje po pracy?


To zależy od dnia. Serial „Na Wspólnej" wymaga ode mnie bardzo intensywnej pracy, czasami z różnymi reżyserami. Wiadomo, że każdy reżyser inaczej pracuje. To wymaga olbrzymiej koncentracji i skupienia. Po takim dniu jestem zmęczona nie tyle fizycznie, co psychicznie. Wtedy relaksem jest dla mnie powolna jazda samochodem do domu. Auto traktuję jako swoją enklawę. Mam tam wszystko, co mi jest potrzebne, co może mi się przydać. To nie jest tak, jak z kobiecą torebką, bo torebki się zmienia, a samochód jest jeden. W aucie mogę mieć nawet bałagan, ale musi być tam wszystko, czego potrzebuję.


- Jaki sport Pani uprawia?


Bardzo lubię jeździć na rowerze. Szczególną przyjemność sprawia mi jazda w trudnych warunkach. Od asfaltowych ścieżek wolę polne drogi wiodące wśród łąk lub po lasach. Dlatego cieszę się, że było mnie stać na kupno samochodu Seat Freetrack z napędem na cztery koła, którym mogę wozić rower w najciekawsze plenery. Dzięki temu mam możliwość uprawiać swój ulubiony sport w takich warunkach, jakie dają mi maksymalną satysfakcję i pozwalają się zrelaksować i odprężyć.


- Jak sądzę, nie zawsze może Pani wybrać się na taką długą wycieczkę?


To prawda. Niekiedy brak czasu lub pogoda uniemożliwiają mi uprawianie sportu na świeżym powietrzu. W domu mam rowerek stacjonarny, na którym ćwiczę 5-10 minut codziennie - to mi wystarcza. Czasem lubię się zmęczyć, zwłaszcza rano, przed śniadaniem. Niekiedy stwierdzam, że muszę bardziej zadbać o kondycję, i wtedy ćwiczę intensywniej. Zazwyczaj korzystam z domowych sposobów, czyli robię przysiady, brzuszki, podnoszę hantle. Nie chodzę na zajęcia na siłownię, bo bardzo często nie wiem, w jakich godzinach będę pracować w danym tygodniu, natomiast w soboty i niedziele mam inne pomysły, jak wypełnić sobie czas.


- Jakie ma Pani plany?


Są jakieś propozycje filmowe i serialowe, ale nie chcę zdradzać, jakie, bo to przynosi pecha. Chciałabym też spełnić marzenie córki. Marysia chce się nauczyć jeździć konno i chciałabym znaleźć trochę czasu, by jej w tym pomóc.

Autor: Juliusz Bolek

Komentarze