Aktorstwo jest dla mnie pasją

Może rzeczywiście jestem do Jamesa Deana trochę podobny wizualnie, ale mamy zupełnie inne osobowości. Ja nie jestem typem buntownika, jestem raczej pogodzonym ze światem optymistą, zachowującym dystans do tego, co mnie w życiu spotyka. Rozmowa z Przemysławem Cypriańskim.

- Od Pana debiutu na ekranie minety trzy lata. Zdążył Pan przyzwyczaić się do swojej popularności?


To, że stałem się rozpoznawany, postępowało etapami. Najpierw udział w reklamach, potem pierwsza rola w „Klanie" wreszcie mocny akcent - „M jak Miłość" i role filmowe. A więc oswajałem się z aktorstwem stopniowo. Zresztą, popularność to za dużo powiedziane. Sama pani widzi - wchodzę do restauracji, zamawiam kawę i nic się nie dzieje.


- Żadnych mdlejących fanek, żadnego pokazywania palcami? Naprawdę nie czuje się Pan czasem jak na świeczniku?


Śmiech... Oczywiście, często zbieram zaciekawione spojrzenia, słyszę komentarze na ulicy, czasem ktoś mnie zagaduje. Ale dzieje się to zupełnie zwyczajnie – ekspedientka w sklepie spojrzy na mnie, powie „A, to pan!" po czym wszystko wraca do normy. Poza tym zawsze staram się wyłączyć, zdystansować do tego typu sytuacji. Po prostu koncentruję się na własnych sprawach, realizując swoje zadania.


- Podobno nie lubi Pan, gdy określa się Pana jako polskiego James Deana. Czy to nie jest wyróżnienie, rodzaj dyplomu od Pana widzów?


Nigdy nie powiedziałem, że nie podoba mi się takie porównanie. Jednak mam ambicje, by przede wszystkim pracować na siebie, na swój własny wizerunek. Może rzeczywiście jestem do Jamesa Deana trochę podobny wizualnie, ale mamy zupełnie inne osobowości. Ja nie jestem typem buntownika, jestem raczej pogodzonym ze światem optymistą, zachowującym dystans do tego, co mnie w życiu spotyka.


- Znów odwołuje się Pan do konieczności dystansu wobec świata. Proszę poradzić naszym czytelnikom, jak to się robi?


Myślę, że taka umiejętność jest wypadkową różnych czynników: wychowania, doświadczeń, pracy nad sobą. Ważne, by działać zgodnie z własnymi wartościami i zasadami. Po prostu - robić swoje. Trzeba być otwartym na zmiany, ale nie zmieniać swoich zalet. Kiedyś dużo bardziej się wszystkim przejmowałem. Przez długi czas trenowałem biegi długodystansowe i przed każdym startem wręcz pożerała mnie trema. Teraz w dużo większym stopniu potrafię sobie radzić ze stresującymi sytuacjami. Oczywiście, nie jest tak, że niczym się nie przejmuję. Ale wierzę, że upadek nie oznacza przegranej, jeśli mam siłę wstać i dalej walczyć.


- Czy odkąd stał się Pan osobą rozpoznawaną, zwraca Pan większą uwagę na to, jak Pan wygląda?


Zawsze staram się być sobą. Absolutnie nie czuję presji, żeby wyglądać jakoś inaczej, niż wyglądałem do tej pory. Nie potrzebuję stylistów, specjalistów od wizerunku. Był czas, że na wszystkie bankiety chodziłem wciąż w tej samej marynarce, w ogóle się tym nie przejmując. Ubieram się w to, co lubię: buty sztyblety, dżinsy, T-shirty, koszule i skóry - najlepiej perełki znalezione w lumpeksach.


- Jest Pan stałym klientem ciucholandów?


Nie, natomiast wszystkie moje skóry kupiłem w lumpeksie. Są powycierane, z charakterem i przede wszystkim kosztują grosze. Bawi mnie, gdy jestem w markowym sklepie, a sprzedawca próbuje mnie przekonać: - „Ale przecena, proszę pana, przecena: trzy dziewięćset!" „Ile?! To jaka była cena wcześniej?" pytam. - „Osiem tysięcy" - Boże!


Mówi Pan, że aktorstwo się Panu przydarzyło. Co to znaczy?


Kiedy siedem lat temu przyjechałem do Warszawy, zacząłem zajmować się zupełnie czymś innym - studiowałem informatykę, pracowałem w restauracji. Zarabiałem niewiele, więc pomyślałem, że może udział w reklamach podreperuje mój budżet. Na castingach spotykałem zawodowych aktorów i studentów szkół aktorskich. Rozmowy z nimi zainspirowały mnie tak bardzo, że postanowiłem pójść w tym kierunku. Zacząłem naukę w Studium Aktorskim przy Teatrze Żydowskim i wszystko nagle nabrało rozpędu. Po pierwszym roku zacząłem grać w sztuce „Skrzypek na dachu" i równocześnie w serialu. Teraz aktorstwo jest dla mnie pasją, zabawą, do której jednak podchodzę w pełni odpowiedzialnie. Mam szczęście, że pojawiają się kolejne propozycje i mogę się rozwijać. Jednocześnie studiuję psychologię. Najbardziej interesują mnie zagadnienia dotyczące wpływu społecznego i metod oddziaływań psychologicznych. Rozumienie istoty działania mechanizmów psychologicznych, zwłaszcza mechanizmów manipulacji, pozwala niejednokrotnie uniknąć nieprzyjemnych sytuacji.


- Nad czym Pan teraz pracuje?


Kontynuuję pracę na planie „M jak Miłość" Jestem w trakcie zdjęć do filmu „Fenomen" w reżyserii Tadeusza Paradowicza. To rola perełka, która bardzo mnie ucieszyła. Uwaga! Gram tam geja, zabawną i wyrazistą postać. Przede mną również kolejne wyzwanie w filmie „Tajemnica Westerplatte" w reżyserii Pawła Chochlewa. Poza tym gram w Teatrze Żydowskim we wspomnianym „Skrzypku na dachu" oraz w powstałym niedawno, pod skrzydłami Teatru Żydowskiego, Teatrze Popularnym w „Moralności Pani Dulskiej"


Inspiracja - może Pan tak powiedzieć o bliskiej Panu osobie?


Mówiąc „bliska osoba" ma pani na myśli moją dziewczynę?


To Pan tak to dookreślił.


Rzeczywiście, od kilku miesięcy jestem w związku. Mam bystrą, błyskotliwą i śliczną dziewczynę. Kasia jest bardzo inspirującą osobą, obdarzoną wyjątkową energią. Miło spędzamy razem czas, choćby całkiem zwyczajnie, oglądając całymi godzinami ulubione filmy. Nie zgadzam się z teorią, że w miłości przeciwieństwa się przyciągają. Jestem raczej za podobieństwami, swoistą koordynacją.


- Co Pan rozumie przez koordynację w związku?


To rodzaj współpracy. Dwoje ludzi ma wspólną przestrzeń do wspólnego życia, ale też każde z tych dwojga ma własne pole realizacji. Ważne, by te dwie płaszczyzny odpowiednio skoordynować. Nam się to, na razie, udaje. Nadal rozwijam pasję do starych samochodów, realizuję swoje plany zawodowe, a Kasia zajmuje się swoimi sprawami. Potem opowiadamy sobie, co się wydarzyło w ciągu dnia, wzajemnie się wspieramy.


- To był grom z jasnego nieba?


Śmiech... Jeśli grom, to coś długo leciał, bo poznaliśmy się już kilka lat temu. Co prawda Kasia miała wtedy piorunochron w postaci chłopaka, a ja byłem zatwardziałym singlem, więc i tak nic by z tego nie wyszło. Kilka miesięcy temu warunki okazały się bardziej sprzyjające i stało się.

Autor: Anna Maj

Komentarze