Akceptuję fakty, nie walczę z rzeczywistością

Najbardziej znana dziennikarka sportowa opowiada o pracy w męskim gronie, charytatywnym „dotykaniu” piersi oraz wyjaśnia, dlaczego jest kucharką specyficzną. Z Karoliną Szostak rozmawia Anna Komorowska.

Czytając zdecydowanym głosem te wszystkie sportowe fakty, sprawia pani wrażenie silnej, powiedziałabym nawet drapieżnej kobiety. Ten typ jest pani bliski, czy może na co dzień Karolina Szostak to delikatna romantyczka?

Silna jestem, bo życie mnie tego nauczyło, a środowisko wręcz wymaga ode mnie stanowczości i profesjonalizmu. Myślę, że widzowie lubią mój zdecydowany głos podczas czytania, bo jest odzwierciedleniem tego, że naprawdę kocham swoją pracę. Często czytam też tzw. offy, czyli daję głos bez pokazywania twarzy. A na romantyczność można sobie pozwolić po godzinach.

W pracy obraca się pani niemal wśród samych mężczyzn – fajnie być takim „rodzynkiem”? Jakoś panią rozpieszczają?

Rodzynkiem albo wręcz „rodzynką” byłam przez 15 lat – to prawda. W ciągu ostatnich trzech lat pojawiły się jednak kolejne dziewczyny, które również występują, robią reportaże, jeżdżą na zawody sportowe itd. Także jest silna damska ekipa w Polsacie Sport.

Sport wyzwala mnóstwo emocji. Czy chłopakom zdarza się przy pani „rzucić mięsem”, czy jednak się hamują?

Nad emocjami czasami trudno zapanować, więc w rożnych sytuacjach, tych sportowych, zdarza się nam krzyczeć i emocjonować. Nikt nikogo nie hamuje, ale staramy się nie nadużywać niecenzuralnych słów. Emocje są wpisane w naszą pracę, niemniej jednak należy mieć na uwadze kulturę i dobro widza.

Jest pani bardzo atrakcyjną kobietą, robiącą na mężczyznach piorunujące wrażenie. Koledzy z redakcji starali się panią podrywać?

Rzecz gustu. Dla jednych atrakcyjna, dla innych za duża, a jeszcze innych normalna dziewczyna.

Wiadomo, że jak się spędza w pracy ze sobą dużo czasu, to z jednymi łapie się lepszy „feeling”, a z innymi słabszy. Ludzie się poznają, ale podrywów nie pamiętam. Raczej miłe gesty lub żarty. Trzeba pamiętać, że z większością chłopaków znamy się od powstania Polsatu Sport, kiedy stery przejął nasz szef, pan Marian Kmita. Całe dorosłe życie w pracy spędziliśmy po części w jednej ekipie, która z biegiem czasu oczywiście się powiększała.

Czuła pani kiedyś, że musi udowadniać, że jest nie tylko piękna, ale i inteligentna?

Ludzie sami decydują, jak odbierają innych, więc nie ma co udowadniać czegoś na siłę. Ja nie mam wpływu na to, jaki kto ma danego dnia nastrój, co mu się podoba, a co nie. Należy po prostu pewne fakty akceptować i nie walczyć z rzeczywistością. Podobno inteligentni ludzie nie komentują swojej inteligencji.

A zdarza się, że koledzy dziennikarze radzą się pani w sprawach damsko-męskich? Na przykład, co kupić żonie w prezencie albo jak zrozumieć o co ma „focha"?

To prawda, że zdarza się nam rozmawiać na takie tematy i pytają o perfumy, ubrania albo gdzie wyjść wieczorem na dobrą kolację. Zawsze chętnie pomagam, ale wiadomo, że ostateczna decyzja należy do nich, bo to oni później słuchają ewentualnych wyrzutów (śmiech).

Á propos „fochów”. Denerwuje panią, że zamiast o pani osiągnięciach zawodowych albo o akcjach charytatywnych, które pani wspiera, media donoszą zwykle o tym, ile i czy pani schudła, jaki ma rozmiar biustu lub jak wygląda w jakiejś sukience?

Już się przyzwyczaiłam, że figura wzbudza zainteresowanie, a największe, jak się zmienia. U mnie też duży wpływ na to, jak wyglądam, ma ubranie. Zdarza się, że w poniedziałek piszą o tym, jak bardzo schudłam, a w środę, że przytyłam. Z drugiej strony żyjemy w czasach kultu ciała. Kobiety cały czas się odchudzają i chcą nosić rozmiar XS, a mnie się wydaje, że na świecie jest miejsce dla każdego. Trzeba żyć zdrowo, dbać o siebie, ale też nie dążyć ślepo za okładkowymi ideałami.

Wzięła pani udział w świetnej akcji „Dotykam = Wygrywam”, proszę opowiedzieć, czego dotyczyła?

„Dotykam = Wygrywam” to wspaniała akcja zorganizowana przez firmę Panache i jej właścicielkę Izabelę Sakutową. Propagujemy badania piersi i to, żeby kobiety nie zapominały o sobie i nie były zdeterminowane strachem przed badaniami, bo wcześnie wykryta choroba daje szanse na szybkie wyleczenie. Dotykam piersi, wygrywam życie i zdrowie. Po prostu.

To nie jedyna inicjatywa wspierająca działania związane z profilaktyką nowotworową, w jakiej pani uczestniczy. Była też specjalna sesja zdjęciowa do kalendarza?

Staram się w miarę możliwości i jeśli jest to w zgodzie z moim wnętrzem, brać udział w akcjach, które mogą komuś pomóc lub propagują jakąś inicjatywę, jak na przykład wspomniane nawoływanie do badań piersi czy kalendarz, z którego dochód przeznaczony jest na badanie dzieci. Na ostatnim XVII Charytatywnym Balu Dziennikarza jako Polsat Sport wystawiliśmy do licytacji piłkę z podpisami piłkarzy, a dochód ze sprzedaży został podzielony dla kilku organizacji. Niedawno wzięłam też udział w nagraniu programu „Surprise, Surprise”, dając dużo radości bohaterowi historii.

Nie da się ukryć, że programy typu „Taniec z Gwiazdami” są dźwignią popularności. Chociaż w mediach jest pani obecna od lat, to po programie w 2014 roku był pewnie na panią „szał” i trudno było się opędzić od dziennikarzy, nowych fanów. Jak się pani czuła w roli gwiazdy?

Propozycja udziału w pierwszej edycji „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami” w Telewizji Polsat była dla mnie dużym zaskoczeniem, a jednocześnie ogromną przyjemnością. Cudownie wspominam ten czas. Faktycznie, zainteresowanie było duże, ale udział w programie się skończył, a ja wróciłam do pracy i swoich obowiązków.

Śledzi pani w internecie opinie na swój temat, czy lepsza jest słodka nieświadomość?

Wiadomo, że czasami coś wpada w oko albo ktoś coś podeśle. Nie jestem jednak osobą, która poświęca czas na wyszukiwanie newsów czy opinii na swój temat.

Mówi się, że szewc bez butów chodzi, ciekawa jestem, czy z dziennikarzami sportowymi jest podobnie. Uprawia pani jakiś sport?

Faktycznie, coś jest w tym powiedzeniu. Teraz jestem na nartach, które kocham miłością pierwszą. W domu natomiast mam orbitrek, na którym miałam silne postanowienie codziennego „latania”. Wiosną i latem jeżdżę na rowerze lub na rolkach.

Zmieniła pani dietę, da się na niej przeżyć?

Na każdej diecie można przeżyć, ważne jednak, by była zbilansowana i pomagała, a nie przeszkadzała w życiu. Zaraz po powrocie z nart przechodzę na detoks zaplanowany przez specjalistów od cateringu dietetycznego „Przełom w odżywianiu”. Myślę, że na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

Określiła pani siebie jako kucharkę specyficzną. Czyli na domówce u Szostak raczej nie ma co liczyć na domową kuchnię przygotowaną ręką gospodyni?

To prawda, talentu kulinarnego mi brak. Znam się jednak na jedzeniu, lubię smakować, testować, ale sama mam dwie lewe ręce do gotowania. Sprawdzam się jako pomoc kucharza, mogę umyć, pokroić, skosztować, przypilnować. Więc bez wątpienia przydaję się w kuchni (śmiech).

I ostatnie pytanie – co pani robi, że ma takie piękne włosy? Może jest jeszcze nadzieja dla moich blond piór à la Kryszak…

Włosy to dar natury. Był moment, kiedy miałam farbowane na bardzo jasny blond i skończyło się dramatem, bo kucyk był grubości małego palca. Obcięłam, poddałam je regeneracji i wróciły do dobrej formy. Nadal są odrobinę rozjaśnione, ale Warszawski Dom Fryzjerów dba o nie od lat i myślę również, że preparaty, których używają teraz fryzjerzy są doskonałej jakości. Warto dbać o włosy, są taką samą wizytówką kobiety jak piękny i zdrowy uśmiech czy zadbane dłonie.

Dziękuję za rozmowę.

Ramka

Karolina Szostak

Dziennikarka sportowa, przez wiele lat jedyna kobieta w sportowej redakcji Polsatu. W kanałach sportowych Polsatu pełniła rolę wydawcy magazynów. Aktualnie jest dziennikarką Polsatu Sport i Polsatu Sport News. Wspiera akcje charytatywne – ostatnio wzięła udział w sesji zdjęciowej do kalendarza na rok 2016, będącego inicjatywą Centrum Onkologii w Białymstoku i Fundacji Bajkowa Fabryka Nadziei. Bierze udział w akcji „Dotykam = Wygrywam” marki Panache, nawołującej do samobadania i profilaktyki raka piersi.

Autor: Anna Komorowska

Komentarze