Chcę zarażać pasją do tańca

Na parkiecie tryska kobiecym seksapilem. Marzy jej się teatr i pewnie to marzenie spełni, bo jest ambitna i pracowita. W rozmowie aktorka wspomina swoje początki w „Klanie”, sukcesy taneczne, wyjaśnia, czym jest „przyjemny ból” i dlaczego warto mieć „hejterów”. Z Agnieszką Kaczorowską rozmawia Anna Komorowska.

Większość osób do niedawna utożsamiała Panią z ugrzecznioną Bożenką z „Klanu”. Jak fani serialu zareagowali na Pani ogniste wcielenie w „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami”?


Niektórzy fani już wcześniej wiedzieli, że jestem tancerką. A ci, którzy nie wiedzieli, byli pozytywnie zaskoczeni. Zobaczyli, że tańczę i jak tańczę, jaka jestem i jaki mam temperament. Mój udział w programie dał mi też nową rzeszę fanów (śmiech).


Czyli starsze panie nie upominały na chodniku „Bożenka, dziecko drogie, opamiętaj się, zakryj się trochę!”?


Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło (śmiech). Myślę, że osoby, które oglądają zarówno program, jak i „Klan” potrafią odróżnić serialową rzeczywistość od praw, jakimi rządzi się taneczny show.


W „Klanie” zaczęła Pani grać, mając siedem lat. Czy wówczas już Pani tańczyła?


Tak, to było mniej więcej w jednym momencie, bo zaczęłam tańczyć mając sześć-siedem lat. A jak się zaczęła przygoda z tańcem? To było tak, że początkowo bardzo chciałam jeździć figurowo na łyżwach. Uwielbiałam oglądać tańczące na lodzie pary i marzyłam, by też to robić. Miałam pięć lat, gdy tata zapisał mnie na łyżwy. Niestety pani, która mnie uczyła, nie „podpasowała” mi, bo strasznie dużo krzyczała i ja tylko płakałam, że nic mi nie wychodzi. Zrezygnowałam po trzech miesiącach, ale dzięki temu zainteresowałam się tańcem. Zaczęło się od rytmiki w przedszkolu. Mama mojej koleżanki zaproponowała, żebym poszła z nimi na lekcje tańca towarzyskiego, bo stwierdziła, że mam do tego „dryg”. Zajęcia bardzo mi się spodobały i tak już zostałam.


„Klan” też pojawił się przypadkiem?


Tak, to była tak naprawdę jedynie uprzejmość, jaką mama zrobiła mojej dyrektorce (śmiech). Moja mama nie należy do rodziców, którzy prowadzą dzieci na castingi i nigdy nie planowała, żeby mnie na taki zabrać. Po prostu, do mojego przedszkola przyszli jacyś ludzie, powiadomili, że jest casting do serialu i poprosili dyrektorkę o wytypowanie kilku dziewczynek do uczestnictwa w nim. Znalazłam się w tej grupie, pojechałam i tak się złożyło, że go wygrałam.


Konkurencja pewnie była ogromna?


Był to wówczas jedyny serial na topie i rzeczywiście było sporo chętnych. Z tego co pamiętam, około 500 dziewczynek starało się o rolę Bożenki. Nie miałam jednak żadnej presji z tego powodu, traktowałam to jako zabawę lub konkurs.


Szkoła, serial, taniec... Czy to trochę nie za dużo obowiązków dla małej dziewczynki? Był czas na podwórko i lalki?


Sama się dziwię, że miałam na to wszystko czas (śmiech). Mimo tylu obowiązków pamiętam, że bardzo dużo czasu spędzałam, bawiąc się z rówieśnikami. Wielką grupą wychodziliśmy na podwórko jeździć na rolkach, bawić się w chowanego, poskakać na trzepaku. Po szkole zostawałam na boisku i dopiero wieczorem jechałam na trening. Plan zdjęciowy był zwykle rano, więc po lekcjach miałam czas na zabawę. Zajęcia na sali tanecznej zaczynałam dopiero o godz. 17.00, 18.00. Za to późno wracałam. Często zdarzało się tak, że zasypiałam w samochodzie i rodzice zanosili mnie na rękach do domu (śmiech).


A co z nauką i odrabianiem lekcji?


Na szczęście nauka nie sprawiała mi nigdy kłopotu. W podstawówce „pyk-pyk” odrabiałam lekcje, czegoś się nauczyłam i wychodziłam się bawić. Więcej uczyłam się w weekendy. Kiedy dorastałam i obowiązków szkolnych było coraz więcej, to czasem odrabiałam lekcje w samochodzie. Jakoś tak zawsze udało mi się wszystko ładnie pogodzić (śmiech).


Jest Pani utytułowaną tancerką. Proszę się pochwalić swoimi osiągnięciami.


Udało mi się zdobyć wiele ogólnopolskich i międzynarodowych nagród w tańcu towarzyskim. Zdobyłam złoty medal na mistrzostwach Polski w roku 2009 i 2010 oraz brązowy medal na mistrzostwach Europy w 2010 roku. W tym samym roku zostałam złotą medalistką na mistrzostwach świata w tańcach latynoamerykańskich w kategorii młodzieży, co uważam za swoje największe osiągnięcie.


Od 2011 roku nie startuje Pani w turniejach tańca?


To prawda, zakończyłam wówczas przygodę z tańcem sportowym. W wyniku przetrenowania nabawiłam się kontuzji. Było to złamanie zmęczeniowe stopy, które wykluczyło mnie z tańca na dobrych kilka miesięcy.


Czyli przesadzała Pani z treningami?


Taniec sportowy obciąża nasze ciało w sposób nienaturalny. Godziny treningów na obcasach dają się we znaki. Jedni nabywają kontuzji kręgosłupa, inni kolan, w moim przypadku padło na stopę. Na szczęście jest już wszystko w porządku i mogę dalej tańczyć, choć straszono mnie, że już nigdy nie będę mogła.


Taniec to podobno połączenie wysiłku fizycznego z relaksem. Czyli na parkiecie męczymy się z przyjemnością?


Kiedyś pani, która uczyła mnie baletu, mówiła, że gdy się rozciągamy, to jest to przyjemny ból. I ja teraz wszystko, co jest związane z przygotowaniem do tańca, nazywam przyjemnym bólem. Rzeczywiście, to zmęczenie jest przyjemne, jeżeli mamy z tego radość. Owszem, musimy ciężko pracować, by opanować technikę i zasady, ale w momencie, gdy już je opanujemy, możemy dać się ponieść emocjom i wejść w taniec całym sercem. Dzięki temu ból zamienia się w przyjemność.


Ma Pani doświadczenie w uczeniu innych tańca. Uczyła Pani nie tylko gwiazdy, ale też dzieci. Jakie zmiany zauważa Pani w osobach, które zaczynają tańczyć?


Dla mnie największym sukcesem jest fakt, że ktoś zaraża się ode mnie pasją tańca, że zaczyna kochać taniec i odnajduje w tym ogromną radość. Jeśli chodzi o zmiany, to u każdego można zaobserwować inne. U kobiet np. zwiększa się ich pewność siebie, mają większą świadomość ciała, wyzwala się ich kobiecy seksapil. Dzieci przestają być nieśmiałe, bo taniec sprawia, że nie boją się pokazać przed innymi.


A co z mężczyznami?


To może wyjaśnię na przykładzie Krzyśka (Krzysztof Wieszczek – partner Agnieszki Kaczorowskiej w trzeciej edycji „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami” – przyp. red.). Przyszedł do mnie człowiek, który był pełen obaw. Niby chciał wziąć udział w programie, ale „bez przesady, nie będę tańczył w cekinach i w złotkach”. Ale kiedy go ten taniec wciągnął i zrozumiał, że jest to wielkie przedstawienie i show, wtedy udało mu się nabrać dystansu do siebie, do tego, co robi, i pozwolił sobie na ogromną wolność. To jest moim zdaniem niesamowite, bo nagle zrozumiał, że nie musi się trzymać żadnych form, nikogo udawać, tylko że może dać się ponieść emocjom. Chyba naprawdę całym sobą to polubił!


Układała Pani choreografię tanga do spektaklu „Ósmy cud świata”. Teatr Panią pociąga?


Uwielbiam teatr i bardzo mnie pociąga. Zwłaszcza połączenie teatru z tańcem i z muzyką, bo kocham musicale. Dążę do tego, by połączyć moje dwie pasje – aktorstwo i taniec, dlatego ciągle doskonalę swoje umiejętności. Marzy mi się występowanie w teatrze. Wierzę, że to marzenie kiedyś się ziści. Aktualnie skupiam się na tym, żeby nauczyć się śpiewać, bo śpiewu jeszcze w moim wachlarzu umiejętności brakuje (śmiech).


Jak ulał pasuje do Pani powiedzenie „dziewczyna do tańca i do różańca”. Chociaż bycie wierzącym-praktykującym chyba nie jest zbyt „modne” w tzw. show-biznesie?


Nie jestem osobą, która podąża za modą, tylko za własnymi wartościami. Nie wstydzę się tego, że jestem osobą wierzącą, chociaż niektórzy dziwią się, że nie mam problemu, żeby o tym mówić. Mam swoje poglądy i nie boję się głośno ich wyrażać. W końcu każdy ma prawo mieć własne zdanie.


Codziennie poddawana jest Pani ocenom – jedni komplementują Pani wygląd, taniec, wypowiedzi, inni ostro to krytykują. Skupia się Pani na pozytywach, czy zadręcza złośliwościami?


To normalne, że są ludzie, którzy nas kochają i którzy nas nienawidzą. Ktoś mi kiedyś powiedział, że im więcej „hejterów”, tym lepiej, bo to znaczy, że jesteśmy w czymś naprawdę dobrzy (śmiech). Mam dystans do siebie, więc niespecjalnie przejmuję się krytyką, bo nie na niej buduję poczucie własnej wartości, tylko na tym, co sama o sobie myślę. To nie znaczy, że ignoruję krytykę. Raczej staram się posłuchać i zapytać siebie, czy to jest dla mnie dobre, czy mogę na tym skorzystać? Jeśli nie – to wyrzucam to ze swojej głowy, a jeśli tak – wprowadzam zmiany w danym obszarze.


A kiedy się Pani tak porządnie zdenerwuje, to co Panią odpręża?


Relaksują mnie masaż i kąpiel. A czasem takie pobycie sama ze sobą i wylanie swoich refleksyjnych myśli w pamiętniku lub na blogu.


Zakupy lub czekolada poprawiają Pani humor?


Uwielbiam zakupy i słodycze, ale wiem, że nie można uciekać w tego typu rzeczy, bo to się potem źle kończy (śmiech).


Zatrzymajmy się przy zakupach. Na co Pani najwięcej wydaje?


Na buty i bieliznę. O tak, bieliznę lubię gromadzić (śmiech).


Podobno uwielbia Pani gotować dla przyjaciół. Czym ich Pani ostatnio uraczyła?


Powiem szczerze, że nie pamiętam, bo to było ładnych parę miesięcy temu (śmiech). Latem często robię grilla i wtedy przygotowuję mięsko, sałatki, owoce.


To poproszę o jakiś przepis na fajną letnią sałatkę?


Proszę bardzo, na sałatkę z pomarańczą i kozim serem. Na jedną porcję potrzebujemy: cztery liście sałaty lodowej, garść rukoli, jedną pomarańczę, plaster koziego sera, a na sos łyżkę oliwy, łyżkę octu balsamicznego i łyżeczkę miodu. Wystarczy porwać sałatę na mniejsze kawałki, dodać rukolę, pomarańczę obrać i pokroić w kostkę, plaster sera pociąć na cztery kawałeczki. Składniki sosu wymieszać, polać nim resztę i gotowe!


Większość gwiazd jest na jakiejś diecie. Pani też jakąś stosuje?


Jestem na tzw. diecie pudełkowej. Dostaję catering „Zdrowie na talerzu” i jem pięć posiłków dziennie, doskonale zbilansowanych i dobranych specjalnie dla mnie. Świetnie się na niej czuję.


Powiedziała Pani kiedyś, że lubi się podejmować rzeczy, które są niemożliwe. Co teraz znajduje się na Pani liście?


Na mojej liście jest obecnie kilka pozycji, nad którymi pracuję, aby niemożliwe stało się... możliwe. Ale na razie nic nie zdradzę (śmiech).


Dziękuję.

Autor:

Komentarze