Od chirurgów plastycznych oczekuje się cudów. W ich rękach nie widzimy skalpela, tylko czarodziejską różdżkę, która kilkoma machnięciami przeniesie nas w świat marzeń. Jak nasze wyobrażenia mają się do rzeczywistości, opowiada dr Andrzej Sankowski.
- Zatem wszyscy, którzy przestąpią próg tego gabinetu, przychodzą po nadzieję na lepsze jutro? Wystarczy nowy nos, gładkie czoło i trudności same znikną?
Jeśli zjawia się ktoś z takimi oczekiwaniami, to muszę go odesłać. Dodam - bez żalu. Chirurg plastyczny nie jest Panem Bogiem, nie jesteśmy dystrybutorami szczęścia ani kowalami ludzkiego losu. Często zjawiają się ludzie z depresjami, chorobami psychicznymi czy maniacy doskonałości. Wielu z nich niepowodzenia życiowe zrzuca na nieforemny nos. Staram się unikać takich pacjentów jak ognia. Dla każdego chirurga plastycznego praca z nimi oznacza kłopoty. Tacy ludzie naprawdę potrafią zatruć życie. To oni najczęściej skarżą się na nieudane zabiegi. Choć są one z technicznego i estetycznego punktu widzenia dobrze przeprowadzone. Nie ma po nich powikłań i efekt jest dobry. Jednak ludzie ci spędzają godziny przed lustrem, analizując każdy szczegół swojej twarzy. Popadają w manię. Niezależnie od tego, jak dobrze chirurg przeprowadzi zabieg, i tak stanie się obiektem oskarżeń i pretensji.
- Czyli w klinice chirurgii plastycznej nie każdy pacjent jest mile widziany?
To jest biznes i dlatego trzeba zachować ostrożność. My nie szukamy kłopotów, bo jeden psychicznie niestabilny pacjent potrafi zrobić zamęt i niszczy dobrą markę, na którą pracuje się latami.
- Jak Pan odmawia takim pacjentom?
Mam na to tylko jedną konsultację i muszę być bardzo ostrożny. Wielu pytań nie mogę zadać wprost, a jednak staram się dotrzeć do motywów decyzji o zmianie wyglądu. Jeśli ktoś oczekuje, że zmienię mu życie, zmieniając kształt nosa, nie zgadzam się na wykonanie zabiegu. Stanowczo odmawiam też osobom, które chcą się do kogoś upodobnić, licząc na odniesienie takiego samego sukcesu. Kobiety chcą być takie jak Angelina Jolie czy Marilyn Monroe, ale nie rozumieją, że podobieństwo rysów i sylwetki nie jest tożsame z osobowością. Nie tylko piękna twarz decyduje o sukcesie. Takie osoby jak Angelina Jolie mają osobowość, wdzięk i temperament, którego nie da się skopiować. Nie na stole operacyjnym.
- Jakie zatem oczekiwania może zrealizować chirurg?
Rozsądne. Skorygować kształt nosa, powiek, sprawić, że twarz będzie wyglądała młodo i świeżo. I zawsze po to, by pacjent czuł się pewniej we własnej skórze, pozbył się kompleksów. Moje pacjentki są w większości bardzo racjonalne.
- Wiele się słyszy o różnicy między europejską a amerykańską chirurgią plastyczną. Na czym ona polega?
To raczej różnica oczekiwań pacjentów oraz kulturowego podejścia do operacji plastycznej. Za oceanem taki zabieg jest oznaką statusu społecznego, nikt się nie kryje z zamiarem poprawienia wyglądu. Ludzie raczej się z nim obnoszą. Często pacjent wpada do gabinetu w przerwie na lunch i robi mu się zabieg. Powszechne jest chodzenie w opatrunkach. Poza tym, Amerykanie chcą mieć efekt bardzo wyrazisty, więc modne jest przesadne naciąganie skóry. Nieważne, czy to dobrze wygląda. Europejczycy niechętnie przyznają się do operacji. Otoczeniu często wmawiają, że nagła poprawa wyglądu to rezultat używania cudownych kosmetyków. Europejki chcą wyglądać młodziej, ale tak, by nikt nie spostrzegł, że zawdzięczają to interwencji chirurgicznej. W Europie panuje moda na twarze bez wieku, kobiety nie chcą wyglądać przesadnie młodo, bo zdają sobie sprawę, że efekt nie będzie przekonujący.
- Ile razy można poddać się operacji?
Drobnym korektom wiele razy, ale liftingowi tylko trzy. Poza tym istnieją nowe techniki podtrzymywania świeżości twarzy, np. wypełnianie bruzd, zapadnięć i zmarszczek tkanką tłuszczową pacjentki. Są takie panie, które regularnie poddają się temu zabiegowi i często wyglądają lepiej niż trzydzieści lat wcześniej.
- Czy każdy chirurg może być dobrym chirurgiem plastycznym?
Nie. To wymaga wyobraźni, to rodzaj daru. Tak jak nie każdy jest dobrym muzykiem czy malarzem.
- Pan znany jest z tego, że maluje. Czy kiedyś Pan wystawiał swoje dzieła?
Dawno temu tak. Mój kilkuletni syn miał z tego wielką frajdę. Jednak od wielu lat brakuje mi czasu. Oprócz mnie bardzo wielu chirurgów plastycznych uprawia jakąś dziedzinę sztuki - malują, rzeźbią, muzykują.
- To znaczy, że nie wystarczy wiedzieć, jak używa się skalpela, igły i nici, by zrobić specjalizację z chirurgii plastycznej?
Stanowczo nie. Na akademii działa taka specjalizacja, jednak jest ona poświęcona głównie rekonstrukcjom, leczeniu oparzeń itp. W zasadzie całkowicie pomija problematy¬kę chirurgii estetycznej. Po studiach trzeba dalej się kształcić. Ja mam obecnie czterech znakomicie zapowiadających się uczniów. Zresztą cały czas przyswajam sobie nowe techniki. Wiele podróżuję, biorę też udział w licznych kongresach naukowych. Nie jest tak, że raz się czegoś nauczyłem i teraz powtarzam to w nieskończoność. Lubię zmiany i nie obawiam się, że uczniowie podpatrzą moje sekrety. Nawet jeśli tak będzie, ja i tak za jakiś czas zmienię technikę.
- Mówi się, że specjalizacja w chirurgii plastycznej jest utrudniana i bardzo ograniczona.
Niewątpliwie dla patrzącego z zewnątrz wygląda to bardzo elitarnie, ludzie wiążą tę specjalizację z sukcesem finansowym. Jednak w środowisku lekarzy jest to dziedzina wręcz jawnie lekceważona. Zupełnie jak za socjalizmu, kiedy operacje plastyczne przeprowadzano prawie ukradkiem, mimo że odbywały się w normalnym szpitalu.
- Dziękuję za rozmowę.
Aby korzystać z Mojego Konta zaloguj się lub zarejestruj!
Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.