Istnieje teoria dotycząca „bańki intymności”, czyli przestrzeni osobistej, której potrzebujemy, by czuć się swobodnie, a jednocześnie bezpiecznie. U każdego z nas odległość w kontaktach międzyludzkich zapewniająca komfort jest nieco inna.
Rozmowa z Tomaszem Jarmużem psychoterapeutą, współzałożycielem toruńskiego Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego „PRO”.
Dlaczego część ludzi potrzebuje dużo własnej przestrzeni, a inni czują się zagrożeni, gdy nowo poznana osoba witając, rzuca się im na szyję?
Wynika to zarówno z cech osobowych, jak i doświadczeń z dzieciństwa. Dla przykładu, jedynak przyzwyczajony do własnego pokoju może się czuć źle w ciasnym pomieszczeniu akademika i intensywnie marzyć o „własnym kącie”, a osoba, która miała w dzieciństwie zbyt narzucających się z czułościami rodziców czy krewnych, może nie lubić zbyt wylewnych kontaktów ze strony obcych osób.
Mówi się o dystansie publicznym, intymnym, osobistym, społecznym i publicznym. Co oznaczają te pojęcia?
Te cztery podstawowe strefy terytorialne wyróżnił amerykański etnolog Edward Hall, który zajmował się zachowaniami przestrzennymi człowieka. Dystans intymny to ta sfera kontaktu fizycznego, czyli, umownie przyjmując, odległość ok. 45 cm od nas. Do tej sfery dopuszczamy wyłącznie najbliższych – żonę, chłopaka, dziecko. Dystans osobisty to ten, który rezerwujemy dla osób nam znanych i bliskich (np. rodziny i przyjaciół). Rozciąga się on wokół nas na przestrzeni od 45 cm do 1,2 m (czyli na wyciągnięcie ręki). O ile na taką odległość chętnie dopuszczamy osoby zaprzyjaźnione, z którymi czujemy się bezpiecznie, o tyle reagujemy napięciem, gdy granicę tę przekroczy osoba obca. To tłumaczy nasze podenerwowanie w zatłoczonym tramwaju.
Aby korzystać z Mojego Konta zaloguj się lub zarejestruj!
Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.