Pochodzi z Klęczan, małej wioski w Małopolsce, w której Wigilii i świętom Bożego Narodzenia towarzyszyło mnóstwo malowniczych tradycji. Jako dziecko uwielbiała je, dlatego większość przeniosła do własnego domu. Dziś, już jako dorosła kobieta, Ewa Wachowicz co roku przygotowuje uroczystą Wigilię. I przekazuje zamiłowanie do świątecznych rytuałów swojej córce, Oli.
To też zwyczaj z Klęczan?
Nie, to już silna krakowska tradycja. Ale też bardzo fajna. Już pod koniec października nastawiam piernikowe ciasto, z którego tydzień czy dwa przed świętami pieczemy z córką pierniczki. Mają różne kształty: gwiazd, aniołów, serduszek. Razem je zdobimy i stanowią dekorację i prezenty. Robimy wielką porcję i starczają przez cały karnawał. I choćby po tych pierniczkach widzę, jak ważne są rytuały i powtarzalność w życiu dziecka: mała uwielbia je piec i zdobić. To ona już od początku października czeka i przypomina, żeby nastawić ciasto. Kocha wszystkie rytuały związane ze świątecznymi przygotowaniami.
Pamięta pani, jak pomagała mamie w kuchni przygotowywać święta?
Zostałam zaproszona do pomocy jak tylko trochę podrosłam. Na początku do moich zadań należało ucieranie i siekanie: to ja mieliłam mak na makowniki czy ser na sernik. Przygotowywałam też bakalie: dziadziuś przywoził orzechy, które u nich rosły, a ja łupałam je i wyłuskiwałam. Wtedy nie kupowało się bakalii w sklepie… To było megaradosne zajęcie: robiliśmy z bratem zawody, kto więcej orzechów nałupie. A kiedy byłam sprawniejsza manualnie, zostałam włączona w lepienie pierogów i uszek, choć farsz i ciasto robiła moja mama. A pierogów mieliśmy na święta przynajmniej trzy rodzaje…
To wtedy połknęła pani „kuchennego bakcyla”, dzięki któremu prowadzi dziś program „Ewa gotuje”?
Można tak powiedzieć. Moja mama uwielbiała gotować i eksperymentować w kuchni. Do przepisów podchodziła twórczo i często je modyfikowała – z korzyścią. Bardzo lubiłam z mamą robić wszystko w kuchni. I wychowując się przy niej, nasiąkałam gotowaniem i kulinarnymi eksperymentami. Mogę więc powiedzieć, że gotowanie mam we krwi. Dziś uwielbiam smakować nowe potrawy i je wymyślać. Uwielbiam też próbować, co ktoś gotuje i jak mu to wyszło. Jestem wielkim smakoszem.
Czego kiedyś na wigilijnym stole nie mogło zabraknąć i jak to jest dzisiaj?
Generalnie Wigilia dziś jest taka, jak w domu rodzinnym. Jedyne co się zmieniło, to ryby i sposób ich przyrządzenia. Nie może zabraknąć kapusty z grzybami, pierogów z kapustą i grzybami, pierogów na słodko z serem i cynamonem, grochu ze śliwkami i kaszy z grzybami i zmrożonym masłem. Musi być też karp, przyrządzany zawsze tak samo: dzień wcześniej marynuję go w cebuli, soli i pieprzu i smażę lekko oprószony mąką w samą Wigilię, tuż przed podaniem. Za to jako przystawkę robię różne ryby: karpia w galarecie, rybę po grecku. Ale nauczyłam się od znajomych robić rybę po grecku na bazie… śledzia. Była fantastyczna. Moja rodzina chórem oświadczyła, że właśnie taka ryba powinna na stałe zagościć na wigilijnym stole.
Kasza z grzybami jest regionalną potrawą?
Tak, pochodzi z moich stron, w Krakowie jest nieznana. Jest to bardzo prosty przepis: grzyby – podgrzybki lub borowiki – namaczam na noc, a rano przekładam do kaszy (jęczmiennej mazurskiej). Zlewam też do niej wodę z grzybów, ale delikatnie; tak, by osad pozostał w garnku. Uzupełniam wodą, by pokryła kaszę na 2 cm, solę do smaku i gotuję. Jak się kasza ugotuje, zawijam w koce lub pierzynę i tak trzymam do wieczora. Podaję z wiórkami z zamrożonego masełka, które się na niej smakowicie rozpuszcza… Wszyscy moi znajomi się tą kaszą zajadają. Wielu też ją już wprowadziło do wigilijnego menu.
Aby korzystać z Mojego Konta zaloguj się lub zarejestruj!
Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.