Portal Świat Zdrowia:
| Rejestracja

Sekcje tematyczne

  Świat Zdrowia
Świat Kardiologii i Diabetologii
Kardiologia
Diabetologia
Opublikowany: 2010-04-22
Dziecko jest najważniejsze
Monika Sadowska
WSZYSTKO ZALEŻY ODE MNIE - OLGA BORYS
Aktualnie czytasz: Dziecko jest najważniejsze

Lubię siebie, naturę mam raczej dobrą. Jak próbuję zrobić coś złego, to natychmiast dostaję karę.

Dziecko jest najważniejsze

-    Czy widok córki zrekompensował cały tamten ból?

 

Kiedy tylko wyciągnęli mi Mirę z brzucha i pokazali, to Wojtek się śmiał, że ja instynktownie jak zwierzę zareagowałam, bo od razu chciałam ją dotknąć i pocałować. Nie miałam siły na najmniejszy ruch, a całą sobą jakbym mówiła: „Dajcie mi ją, to moje, moje... (śmiech). A ona od początku wiedziała, co i jak. Wie, kiedy ma spać, a kiedy jeść. A jak nie chce, to nie nalegam. To jest dziecko, które bardzo uważnie słucha swoich potrzeb i daje nam bardzo wyraźne sygnały. Nie zmuszam jej do niczego. Jest fantastycznym dzieckiem, nawet nie choruje. Katar miała chyba ze dwa razy, praktycznie żadnych przeziębień. Jest za to bardzo temperamentna...



Po mamie?

 

Chyba tak. Na razie nie chce mówić. Mówi tylko: „Myjka" na siebie oraz „Tata" na mnie i na Wojtka. Mam nadzieję, że w końcu zacznie mówić, bo na razie porozumiewa się z nami swoim językiem. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, otwartym na ludzi, którzy zresztą do niej lgną. Całuje wszystkich, psa, telefon, co ma pod ręką. Bardzo kochana! To właśnie dzięki dziecku zmienia się sposób patrzenia na życie, nabiera się dystansu do wielu spraw. Oczywiście jesteśmy egoistami, ale trzeba sobie uświadomić, że to nas niszczy. Zwracamy uwagę tylko na siebie i bardzo się napinamy. A mając dziecko, wiemy, że warto dla niego pracować, podejmować jakiś wysiłek.



Myślą Państwo o drugim dziecku?

 

Tak, rozmawialiśmy o tym, ale nie do końca jesteśmy zdecydowani. W naszym  zawodzie  musimy się  liczyć z tym, ze raz jest praca, raz jej nie ma. Decydując się na dziecko, mamy świadomość także  obciążenia  finansowego.   Zanim   Mirka  pójdzie do przedszkola, szkoły, a chcemy ją dobrze wyedukować, na pewno czekają nas wydatki.   Zobaczymy. To nie jest prosta decyzja. Na szczęście mogę liczyć  na  męża, jest  nieoceniony. Gdybym wiedziała, że na  przykład, kiedy ja pracuję, dziecko nie ma właściwej opieki, to nie mogłabym się skupić na niczym. Ale mamy także do pomocy nianię i, gdy ona przychodzi, Wojtek ma też czas dla siebie. Więc myślę, że udało się nam właściwie zorganizować życie rodzinne.

 

 

A jaka jest naprawdę Olga Borys?

 

Podobno nie lubi Pani porównań ze swoją bohaterką - Zuzią Śnieżanką - z serialu „Lokatorzy"? Śmieszy mnie, jak ktoś mówi, że jestem do tej postaci podobna. Owszem, jestem żywa, lubię się zgrywać i nie mam problemu, żeby nawet powygłupiać się ku uciesze kolegów. Lubię się z siebie śmiać. Byleby ktoś tego nie wykorzystywał, bo każda przesada jest niesmaczna. Z Zuzią było tak, że sprawdzałam - dzięki temu, że reżyser zostawiał mi pole do popisu - na ile wygłupów mogę sobie jeszcze pozwolić. Szłam na całość, nawet śmiech sobie wymyśliłam, tak zwany „tylny wciągany" Potem ktoś mnie prosił, niech się pani tak zaśmieje, więc rżałam jak osioł... (śmiech). Ale nadszedł w końcu moment, że pomyślałam sobie, że czas się odciąć od tej postaci, bo nagle dla nikogo nie miało znaczenia, że dostawałam nagrody za role dramatyczne w teatrze. Wszyscy widzieli we mnie tylko głupiutką Zuzię. A jaka jestem? Lubię siebie, naturę mam raczej dobrą. Jak próbuję zrobić coś złego, to natychmiast dostaję karę. Kiedy parę dni temu zrugałam taksówkarza, to natychmiast dostałam mandat za nieopłacenie parkingu (śmiech).

 

 

Trzeba być dobrym?

 

Nie każdemu to wychodzi. Trzeba działać w zgodzie ze swoją naturą. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Jestem bardzo otwarta do ludzi, lubię ich. Na wiele im pozwalam, ale staję się potworem, kiedy przekroczą cienką czerwoną linię. Wtedy chcę, żeby poczuli, że mnie skrzywdzili, i to mocniej, niż ja to odczułam. I tego sama w sobie się boję, muszę się wyzbyć tej cechy, bo to nie jest dobre. Ogólnie jestem pogodna, a moje motto brzmi: „Peace and love" chciałabym, żeby wszyscy się kochali, żeby było fantastycznie, miło. Tak mało mamy czasu dla siebie, ludzie tak szybko odchodzą. Nie zaganiajmy się w kozi róg, nie oblewajmy się pomyjami, nie wylewajmy żółci.

 

 

A nie miała Pani żalu do wykładowców, którzy wyrzucili Panią z wrocławskiej PWST? To musiało zaboleć.

 

Kiedy się dostałam na studia, miałam zaledwie 18 lat i byłam kompletnie niedojrzała. W rezultacie wyleciałam ze szkoły. Moja wizja tego, co chcę robić i jak w ogóle chciałabym żyć, nie pasowała do tego, co proponowano mi na uczelni. I wiem, że bardzo dobrze, że ten cios mnie spotkał. Bo ja siebie znam. Wiem, że jak dotknę dna, to natychmiast idę w górę, odbijam się jak piłka, natychmiast potrafię właściwie ocenić wiele spraw. Po tym, jak mnie po drugim roku wylano ze studiów, miałam pomysł, żeby zdawać na germanistykę. Ale Wojtek szybko mi to wybił z głowy. Pojechałam do filmówki do Łodzi i spotkałam się z Janem Machulskim, który przyjął mnie do szkoły i pozwolił poprawić drugi rok. To mój ukochany dobroczyńca, dzięki któremu skończyłam studia. Doceniam, że się wtedy nade mną pochylił, zainteresował moją sprawą, przyjął mnie z całą życzliwością i okazał mi zaufanie.

 

A jak można wyjaśnić, że dla Pani aktorstwo nie oznacza: „Mam dwie rączki, mam dwie nóżki, proszę ustaw mi paluszki"?

 

Od zawsze wiedziałam, co mi w duszy gra, że chcę być aktorką. Tradycyjnie: udział w szkolnych akademiach, recytowanie wierszy. Miałam w podstawówce kolegę, który nerwowo gryzł ołówki, kiedy ja zaczynałam recytację. Tak strasznie tego nienawidził, kiedy ja pełna natchnienia, z emfazą mówiłam wiersz. Ale tak naprawdę dopiero później uświadomiłam sobie, że artystką jestem ja. I wszystko zależy ode mnie: to są moje warunki, moja wrażliwość, moje ruchy i to ja muszę umieć nad tym panować, wiedzieć, gdzie co wyeksponować, gdzie co schować. To także kwestia indywidualności. Aktor powinien ufać reżyserowi, ale sam musi mieć coś do za¬proponowania.



Jak się Państwo lubią relaksować po trudach pracy?

 

Najchętniej byśmy więcej z małą pojeździli, pozwiedzali. Jednak jest problem, bo Mira ma potworną chorobę lokomocyjną. Już 10 minut jazdy samochodem kończy się zawsze w jednakowy sposób. Dlatego staramy się nie wyjeżdżać, chociaż ona bardzo lubi. Uwielbia towarzystwo ludzi, lubi inne dzieci, place zabaw. Miło spędzamy także czas w naszym domu, na luzie, w dresie, na przykład bawimy się razem, tarzamy się z dzieckiem i psem po podłodze (śmiech).



A co Pani planuje na wakacje?

 

Pojedziemy na urlop z mężem do Kanady, do naszych przyjaciół Borowieckich, czyli do Sławka z żoną. Ale bez Mireczki. Mała zostanie z moimi rodzicami. Już się boję do nich jechać, bo mój partner z lodowiska znowu mnie będzie terroryzował (śmiech). I\la pewno będzie mnie zmuszał do wysiłku, bo oni lubią aktywnie spędzać czas: a to skutery wodne, a to narty. Ja lubię aktywność sportową, ale nie do przesady, a tutaj obawiam się, że to będzie urlop pod hasłem: „Włóż łyżwy albo zgiń!" (śmiech).

Dodaj do: Facebook Twitter Blip Flaker Pinger Wykop Śledzik

Chcesz wyrazić swoją opinię? Dodaj komentarz

Zasady dodawania komentarzy
Nick/pseudonim: Gość
Chcesz używać stałego nicka? lub Zarejestruj

Pozostało znaków: 5000

Zasady dodawania komentarzy Zasady dodawania komentarzy


1. Komentarze mogą dodawać zarówno zalogowani, jak i niezalogowani użytkownicy.

2. Wszystkie komentarze podlegają moderacji. Wpisy naruszające regulamin serwisu zostają usunięte i nie podlegają publikacji w portalu.

Moje kontozwiń

Aby korzystać z Mojego Konta lub zarejestruj!

Newsletter

Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.