Katarzyna Grochola nie uważa się za celebrytkę, choć jej nazwisko zna chyba każdy. Wywiad? Niechętnie… Ale kiedy słyszy, że rozmawiać będziemy m.in. o nowotworze i o tym, że można z nim wygrać – zmienia zdanie. Bo sama to przeżyła.
Jak się czuje człowiek, który słyszy słowa „ma pani raka”? To chyba najtrudniejsza chwila…
Byłam tak przerażona, że nie pamiętam, bym cokolwiek czuła. W ogóle niewiele pamiętam. Zdaje się, że zasłabłam na ulicy. Pamiętam jakichś ludzi i samochód, którym podwozili mnie do domu… A to były inne czasy, wtedy nie było tylu aut ani zwyczaju pytania kobiety na ulicy, czy nie potrzebuje transportu. Ale najgorszy czas to okres między pobraniem wycinków do badania a ostatecznym potwierdzeniem diagnozy.
To oczekiwanie…
Kiedy jest już diagnoza, można stanąć wobec czegoś, podjąć jakieś decyzje. Niepewność była zabójcza. Ja chyba najgorzej znoszę niepewność; kiedy przeczuwam, że coś się dzieje, ale jeszcze nie wiadomo, z czym – z miłością, zdrowiem, bliskimi? Jak człowiek wie, to może albo zamknąć oczy i udawać, że to nieprawda, albo je szeroko otworzyć, rozejrzeć się i sprawdzić, czy jest gdzieś jakaś woda, żeby ugasić ten pożar.
I co pani zrobiła?
Ogarnęłam, co się dało. Poszłam do adwokata. Napisałam testament. Poszłam do spółdzielni mieszkaniowej dowiedzieć się, czy małoletni dziedziczą; byłam właścicielką mieszkania, a córka miała 6 lat.
Powiedziała pani komuś?
Tylko kilku osobom, przy czym parę moich przyjaciółek wybuchło śmiechem. Nie uwierzyły. A jedna się rozpłakała. A potem poszłam walczyć o życie.
Walczyć z lekarzami…
Problem polegał na tym, że nie chciano mnie operować. Siedziałam przy stole, naprzeciwko mnie siedmiu lekarzy, którzy mnie przekonywali, że operacji w tym stadium nie opłaca się robić, to nie wskazane, jest za późno. A ja im na to, że trzeba mnie operować, że czas ucieka. Przekonywali mnie, że są inne formy terapii, ale ja nie przyjmowałam tego do wiadomości i odpowiadałam, że o tym porozmawiamy po operacji. Na szczęście miałam w tym szpitalu kolegę, lekarza. To on przekonał pozostałych, żeby mnie operować, choćby to miała być operacja placebo.
Dzięki uporowi uratowała pani życie.
Operacja placebo przemieniła się w prawdziwą. I żyję do dziś.
Gość | 2011-03-12 19:31:55 cytuj
Jest Pani naprawdę bardzo mądrą kobietą .Jestem szczęśliwa że mogłam przeczytać tą rozmowę z Panią ,bo dzięki niej utwierdziła mnie Pani w przekonaniu co jest tak naprawdę w życiu ważne .Pozdrawiam Eliza
Aby korzystać z Mojego Konta zaloguj się lub zarejestruj!
Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.